Rośnie popyt na małe mieszkania z balkonem lub ogródkiem. Pandemia koronawirusa zmienia preferencje Polaków dotyczące wynajmu

Około 15 proc. Polaków mieszka w wynajmowanym mieszkaniu, z czego 5 proc. płaci czynsz rynkowy. To niewiele w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, gdzie z wynajmu mieszkania korzysta około 40–45 proc. społeczeństwa. Jak podkreśla Sławomir Imianowski z Resi4Rent, w Polsce wciąż preferowany jest zakup mieszkania na własność, ale coraz więcej młodych ludzi dostrzega zalety wynajmu. Tym bardziej że spowodowany pandemią kryzys zwiększył w społeczeństwie poziom niepewności finansowej. W ostatnich miesiącach chętni na najem szukają lokali z balkonem i ogródkiem, które zostały szczególnie docenione w okresie izolacji.

Obecnie największym zainteresowaniem wynajmujących cieszą się mieszkania najmniejsze, 25-metrowe, jednopokojowe oraz dwupokojowe o powierzchni około 30 mkw., optymalne dla jednej lub dwóch osób – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Imianowski, prezes zarządu Resi4Rent. – W dobie COVID-19 zwiększyło się zapotrzebowanie na mieszkania z balkonami lub ogródkami, co ma rekompensować ewentualne niedogodności związane z izolacją domową.

Z badań przeprowadzonych przez JLL we współpracy ze Stowarzyszeniem Mieszkanicznik wynika, że już w poprzednich latach na rynku najmu funkcjonowały głównie mieszkania małe: 70 proc. lokali znajdujących się w zasobie osób ankietowanych stanowiły kawalerki i mieszkania dwupokojowe. 14 proc. mieszkań ma mniej niż 20 mkw., a ponad 40 proc. – między 21 a 40 mkw. Większe mieszkania są często wynajmowane kilku osobom, z których każda zajmuje osobny pokój. To rozwiązanie jest szczególnie popularne wśród studentów. Badanie ujawniło również, że liczną grupą wśród osób korzystających z najmu mieszkań w Polsce są obcokrajowcy, głównie spoza Unii Europejskiej.

Szacujemy, że podaż mieszkań w Warszawie kształtuje się na poziomie 150 tys., w innych miastach, takich jak Wrocław, jest to ok. 55 tys. Obecnie jednak nikt nie jest w stanie ocenić, ile mieszkań jest oferowanych na rynku wynajmu – dodaje ekspert. – Nasze badania wskazują, że część lokali funkcjonuje w tzw. szarej strefie – mieszkania są wynajmowane, ale nie jest to rejestrowane.

Badania JLL przeprowadzone przed pandemią wskazują, że zasoby na rynku są dobrze dopasowane do potrzeb wynajmujących. 95 proc. właścicieli mieszkań twierdziło, że jest w stanie znaleźć najemcę w ciągu miesiąca (w tym 42 proc. nawet w trakcie tygodnia).

– W Niemczech około 50 proc. społeczeństwa mieszka w mieszkaniach wynajmowanych i tam ten rynek jest bardzo sprofesjonalizowany. W Danii to około 40 proc. społeczeństwa. Generalnie, jeśli popatrzymy na Europę Zachodnią, to jest około 40–45 proc. W Polsce to ok. 15 proc. – mówi Sławomir Imianowski.

Te dane, wynikające z analiz Eurostatu, pokazują, że Polska pod tym względem znajduje się na szóstym miejscu od końca w UE. To pokazuje duży potencjał rynku najmu. Jak podkreśla prezes Resi4Rent, zainteresowanie wynajmem mieszkań wśród Polaków będzie rosło z uwagi na zwiększone wymagania banków przy udzielaniu kredytów hipotecznych.

– Z jednej strony banki bardziej restrykcyjnie podchodzą do kredytowania zakupu nieruchomości, wymagają większego wkładu własnego, co może być kłopotem dla wielu osób. Z drugiej strony z uwagi na kryzys wywołany koronawirusem wielu Polaków znalazło się w niepewnej sytuacji finansowej i wstrzymuje się z zaciąganiem wieloletnich zobowiązań. W związku z tym ludzie wolą wynajmować mieszkanie, zamiast obciążać się kredytem – wyjaśnia.

Widać to szczególnie wśród młodych ludzi.

Starsze pokolenia Polaków chcą raczej posiadać nieruchomość na własność, ale młodzi ludzie coraz mniejszą wagę przywiązują do własności. Wolą korzystać, dlatego dużym powodzeniem wśród młodych pokoleń cieszą się wszelkie subskrypcje dóbr i usług. Korzystają z nich tylko wtedy, kiedy są potrzebne – zauważa Sławomir Imianowski.

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa nie będzie miał istotnego wpływu na czynsz najmu mieszkań. Możliwe są niewielkie spadki, choćby dlatego, że duża część mieszkań, które wcześniej funkcjonowały na rynku tzw. krótkoterminowego wynajmu, trafiły na rynek długoterminowego wynajmu.

Będzie to bardziej widoczne w średnim okresie, jednak w dłuższym okresie kryzys nie powinien mieć większego wpływu na ceny. Wysokość czynszu zależy od lokalizacji mieszkania, a te położone w dobrych lokalizacjach wciąż będą w cenie – zaznacza prezes Resi4Rent.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-popyt-na-male,p1732366503

Inteligentne cegły potrafią magazynować energię. Ukryte w konstrukcji budynku mogą zasilać np. elementy smart home

Naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis przeprowadzili eksperymenty z wykorzystaniem cegieł budowlanych w roli nośnika i magazynu energii elektrycznej. Dzięki wykorzystaniu zjawiska polaryzacji udało się przepuścić przez nie prąd i zasilić niewielką diodę LED. Materiały tego typu mogą sprawdzić się do budowy inteligentnych domów wyposażonych w innowacyjne technologie do gromadzenia i przesyłania energii.

– Opracowaliśmy powłokę z przewodzącego polimeru PEDOT, która składa się z nanowłókien wnikających w wewnętrzną, porowatą sieć cegły. Powłoka polimerowa pozostaje wewnątrz cegły i służy jako gąbka jonowa, która przechowuje i przewodzi prąd – tłumaczy Julio D’Arcy, docent na Wydziale Chemii w Uniwersytecie Waszyngtona w St. Louis.

Wykorzystanie cegieł w roli nośnika energii pozwoli zmienić podejście do budowania ekologicznych, niskoemisyjnych domów. Choć ich stosunek masy całkowitej do maksymalnej pojemności nie jest tak korzystny jak w przypadku klasycznych baterii wykorzystywanych w przydomowych kolektorach słonecznych, pełnią podwójną funkcję – mogą sprawdzić się zarówno w roli konstrukcji nośnej, jak i wszechstronnego magazynu energii.

Baterie tego typu mają także znacznie mniejszy wpływ na środowisko naturalne, ulegają wolniejszej degradacji, a koszt ich wytworzenia będzie zauważalnie niższy niż typowych banków energii wykorzystywanych do przechowywania energii ze źródeł odnawialnych.

– Nasza metoda działa ze zwykłą cegłą lub cegłami pochodzącymi z recyklingu, możemy również wykonać własne cegły – wskazuje Julio D’Arcy.  – Praca, którą opublikowaliśmy w „Nature Communications”, opiera się na cegłach zakupionych w markecie po 65 centów.

Wstępne testy laboratoryjne wykazały, że „ceglane” baterie znacznie lepiej znoszą ekstremalne warunki atmosferyczne niż klasyczne ogniwa. Mogą pracować zarówno przy mrozie dochodzącym do -40 stopni Celsjusza, jak i w upalne lato, kiedy powietrze wokół budynku rozgrzewa się do 60 stopni Celsjusza. Ponadto wykazują pełną sprawność operacyjną po zanurzeniu w wodzie. Oznacza to, że sprawdzą się praktycznie na każdej szerokości geograficznej oraz w każdej strefie klimatycznej.

Za wykorzystaniem cegieł z powłoką PEDOT do zasilania ekologicznych domów przemawia także błyskawiczny czas ładowania. Badania laboratoryjne wykazały, że dziesięciosekundowa sesja ładowania pozwala zasilać oświetlenie LED przez 10 minut bez przerwy. Ogniwa tego typu można także bardzo łatwo rozbudowywać i tworzyć rozległe magazyny energii składające się z wielu ścian. Tym samym zeroemisyjne domy mogłyby przechowywać duże ilości energii elektrycznej bez konieczności budowania oddzielnych pomieszczeń na baterie, gdyż te byłyby ukryte w konstrukcji budynku.

– Cegły z powłoką PEDOT są idealnymi elementami budowlanymi, które mogą zapewnić zasilanie np. oświetlenia awaryjnego – przekonuje ekspert. – 50 naszych cegieł z ogniwami słonecznymi umożliwiłoby zasilanie oświetlenia awaryjnego przez pięć godzin.

Materiał tego typu ułatwiłby także projektowanie inteligentnych domów o wysokim stopniu wyspecjalizowania, w których montuje się wiele czujników czy kamer wymagających źródła zasilania. Dziś urządzenia tego typu podłącza się do gniazdka bądź zasila bateryjnie, a dzięki zastosowaniu cegieł z powłoką PEDOT energia mogłaby być pobierana bezpośrednio ze ściany budynku, bez konieczności instalowania skomplikowanego systemu kabli.

– Ceglana ściana służąca jako superkondensator może być ładowana setki tysięcy razy w ciągu godziny. Jeśli podłączy się ze sobą kilka cegieł, mogą w łatwy sposób zasilać np. czujniki półprzewodnikowe – wskazuje Julio D’Arcy.

Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku budownictwa zeroemisyjnego do 2025 roku wzrośnie do 22,66 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 12,66 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentne-cegly,p180131343

Urządzenia ubieralne to przyszłość medycyny. Zbierane w ten sposób dane mogą pomóc w leczeniu, lecz także są zagrożeniem dla prywatności

Miniaturyzacja technologii ułatwiła monitoring podstawowych czynności życiowych przy wykorzystaniu przystępnych urządzeń ubieralnych wykorzystywanych np. do fitnessu. Zegarki i opaski sportowe mogą jednak okazać się kluczowym elementem ewolucji branży medycznej, ułatwiając wykrycie nieprawidłowości w pracy organizmu w czasie pomiędzy wizytami u specjalisty. W gadżetach ubieralnych coraz częściej obok prostych krokomierzy montuje się oprzyrządowanie do pomiaru pojemności płuc czy proste kardiografy, które mogą przyspieszyć zidentyfikowanie wczesnych objawów chorób przewlekłych.

– Przyszłością medycyny będzie konglomerat różnych zjawisk, a jednym z nich są urządzenia, które nosimy na co dzień do kontrolowania aktywności fizycznej. Choć jest to zastosowanie niemedyczne, wyniki z takiego zegarka wpływają na to, jak podejmujemy decyzje terapeutyczne. Możemy ocenić, jak długo śpimy, jakie mamy fazy snu, chrapanie i bezdechy senne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Daniel Śliz, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

W tym roku posiadacze zegarków fitnessowych od Apple wraz z aktualizacją systemu do watchOS 7 otrzymają dostęp do zintegrowanego monitora snu. I choć funkcja ta była dostępna w wielu konkurencyjnych zegarkach od dawna, dopiero jej debiut w ekosystemie Apple może spopularyzować ją na szeroką skalę, gdyż według najświeższego raportu Strategy Analytics udział urządzeń tej firmy w globalnym rynku smartwatchów wynosi aż 55 proc. Zegarki Apple zbiorą jednak wyłącznie podstawowe informacje na temat rutyny związanej z zasypianiem oraz liczby przespanych godzin każdego dnia.

Potencjał technologii biometrycznych docenił także Samsung, który w swoim najnowszym smartwatchu zamontował szereg rozwiązań stosowanych w typowych opaskach i zegarkach dla sportowców. Galaxy Watch 3 zmierzy nie tylko kroki, wyposażono go także w zintegrowany elektrokardiogram oraz systemy do pomiaru tętna oraz saturacji krwi tlenem.

– Wearable devices są coraz dostępniejsze, ale to nie są urządzenia medyczne. Te muszą być dokładniejsze, a przez to droższe, gdyż wykonane są z trwalszych materiałów, łatwych do dezynfekcji. Wyzwań przed medycznymi urządzeniami jest więcej niż przed tymi personalnymi. Ale dane pochodzące z wearable devices mogą wspomagać decyzyjność medyczną. To, że chodzenie nie jest lekarstwem wypisywanym w Polsce na receptę, wcale nie znaczy, że nie pytamy pacjenta o aktywność fizyczną, monitorowaną przez te urządzenia – zauważa ekspert

Zespół badaczy ze Stanford Medicine widzi w smartwatchach doskonałe narzędzie predykcyjne dla branży medycznej. Naukowcy we współpracy z firmami Fitbit oraz Scripps Research prowadzą prace nad rozwiązaniami, które pozwolą wykorzystać dane biometryczne gromadzone przez technologie ubieralne w celu analizy stanu zdrowia w czasie rzeczywistym. Nadrzędnym celem projektu jest opracowanie algorytmów, które rozpoznają objawy świadczące o osłabieniu organizmu, dzięki czemu będą mogły zasugerować unikanie potencjalnych ognisk wirusów, aby uniknąć infekcji.

O krok dalej poszedł zespół naukowców z NUS Electrical and Computer Engineering oraz NUS Institute for Health Innovation, którzy opracowali bezprzewodowy, podskórny czujnik biometryczny o wielkości nieprzekraczającej jednego milimetra. Badania laboratoryjne wykazały, że technologia tego typu może posłużyć do monitorowania oddechu bądź tętna wewnątrz organizmu, bez potrzeby zasilania czujników za pośrednictwem baterii.

– Jeśli mamy odpowiedzialnie korzystać z urządzeń medycznych, to muszą one z jednej strony zbierać informacje o zdrowiu, a z drugiej strony stanowić fundament bezpieczeństwa i anonimowości. Spójrzmy, jak COVID-19 zmienił postrzeganie bezpieczeństwa. W Korei Południowej w sposób świadomy wykorzystuje się dane ludzi, których do tej pory nie publikowano. Dane zebrane przez wearable devices będą miały ogromny wkład w medycynę, pytanie tylko, jak daleko zgodzimy się na deprywację naszej niezależności. Miałbym obawę, żeby wszczepić sobie chip, pomimo tego, że widzę w tym potencjalne korzyści. Świadomość, że ktoś może dysponować taką ilością agregowanych codziennie danych i może wyłączyć ten chip, trochę mnie przygniata – ocenia Daniel Śliz.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku technologii ubieralnych w 2019 roku wyniosła 27,91 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 74 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 17,65 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/urzadzenia-ubieralne-to,p944272033

Polska na razie nie wyklucza chińskich dostawców z budowy infrastruktury 5G. Sytuacji nie powinna zmienić wizyta amerykańskiego sekretarza stanu [DEPESZA]

Wdrożenie standardu telekomunikacyjnego 5G będzie mieć rewolucyjny wpływ na globalną i polską gospodarkę. Bezpieczeństwo nowej technologii jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki i wciąż trwają spekulacje dotyczące komponentów 5G dostarczanych przez producentów z Chin. Jednak do tej pory Polska, podobnie jak Niemcy, nie zdecydowała się na wykluczenie żadnego dostawcy, w tym spoza Europy. Nie powinna wpłynąć na to również zaplanowana na 15 sierpnia w Warszawie wizyta sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Eksperci podkreślają, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie miejsce ich pochodzenia.

– Obecnie obowiązujące dokumenty nie wykluczają dostawców spoza Europy. Chociażby przyjęte 29 czerwca rozporządzenie w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług, jasno wskazuje, że z każdym producentem można budować sieci 5G – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

We wrześniu zeszłego roku premier Mateusz Morawiecki i wiceprezydent USA Mike Pence podpisali deklarację dotyczącą wzmocnienia współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy budowie sieci 5G, która – jak ocenia ekspert Digital Poland – mogła sugerować takie wykluczenie. Do tej pory nie miała ona jednak przełożenia na wdrażanie nowej technologii w Polsce. Jak ocenia Mieczkowski, nie wpłynie na to też zaplanowana na 15 sierpnia wizyta w Warszawie sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo.

– Jego wizyta w Czechach wiele nie zmieniła, więc i tutaj spodziewam się podobnego skutku – mówi Mieczkowski. – Trzeba też pamiętać, że 3 listopada są w USA wybory prezydenckie, a obecne sondaże dają dużą przewagę kontrkandydatowi Donalda Trumpa. Może więc nastąpić zmiana podejścia amerykańskiej administracji do wojny handlowej z Chinami, szczególnie że pierwsza umowa nie jest dotrzymywana.

Czesi odmówili podpisania dokumentu dotyczącego sieci 5G, powołując się na wspólne stanowisko UE, które nie wyklucza żadnego z dostawców infrastruktury.

Bezpieczeństwo sieci 5G jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Na świecie wciąż trwają spekulacje dotyczące bezpieczeństwa informatycznego komponentów dostarczanych przez koncern technologiczny Huawei. Ekspert ocenia jednak, że są one jedynie efektem wojny handlowej i napiętych relacji pomiędzy Chinami i USA. Stany Zjednoczone w ubiegłym tygodniu przedstawiły program „Clean Network”, który ma na celu m.in. wyeliminowanie z rynku ICT produktów dostarczanych przez producentów wywodzących się z Chin.

– Bezpieczeństwo sieci komórkowych LTE było zawsze na wysokim poziomie. Nieznane są przypadki masowej inwigilacji czy podsłuchów dokonywanych przez producentów sprzętu z użyciem sieci komórkowych. Obiekcje na świecie pojawiły się wyłącznie w wyniku wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Ponieważ Chiny stały się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej, oferując światu zaawansowane technologie, USA postanowiły ten porządek zmienić – wskazuje ekspert.

Eksperci podkreślają na ogół, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie wyłącznie miejsce pochodzenia. Do tej pory także Niemcy nie zdecydowały się na wyłączenie dostawców spoza Europy z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Nie przewiduje tego opublikowany w tym tygodniu rządowy katalog bezpieczeństwa sieci 5G, który powstał w wyniku działań Unii Europejskiej zmierzających do spójnego podejścia w zakresie bezpieczeństwa nowej technologii.

– Katalog bezpieczeństwa oraz projekt funkcji krytycznych sieci 5G jasno wskazuje, że elementy radiowe nie są krytyczne, a dostawcy spoza Europy nie będą wykluczeni z sieci telekomunikacyjnych w Niemczech. Z racji dużej pozycji Niemiec w UE, w tym czołowej pozycji w przemyśle 4.0, należy spodziewać się, że podobne rozwiązania będą przyjmować inne kraje. Takie podejście jest pragmatyczne, bo eksperci z Niemiec doskonale wiedzą, że bezpieczeństwo sieci jest najważniejsze w warstwie sterowania w szkielecie sieci, a nie w części radiowej 5G. To powinno zachęcić inne państwa do przyjęcia podobnych regulacji – mówi Piotr Mieczkowski.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do końca tego roku kraje członkowskie UE muszą uruchomić 5G w co najmniej jednym dużym mieście. Natomiast do 2025 roku są zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie tą siecią na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich (Europejska Agenda Cyfrowa). Według szacunków przytaczanych przez KE w 2025 roku w skali globalnej ta technologia będzie generować przychody rzędu 225 mld euro, co będzie mieć kluczowe przełożenie także na rozwój polskiej gospodarki.

Polski rynek telekomunikacyjny czeka teraz na ogłoszenie przez UKE aukcji częstotliwości dla 5G (3.4-3.8GHz), co zgodnie z zapowiedziami m.in. ministra Zagórskiego ma nastąpić w tym roku. Przy okazji pojawią się też dodatkowe wymagania dotyczące bezpieczeństwa nowego standardu.

– W projekcie decyzji rezerwacyjnej prezes UKE będzie musiał określić wymogi w zakresie bezpieczeństwa i integralności sieci telekomunikacyjnej, a następnie ten dokument będzie opiniowany przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. W mojej ocenie to podejście jest błędne, ponieważ zaburza neutralność sieci, a anteny 5G będą przecież obsługiwać i inne pasma. Nie sposób więc łatwo i mądrze wdrożyć takie wymagania – mówi dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Komercyjne wdrożenie nowego standardu zbliża się w Polsce dużymi krokami. Jak dotąd operatorzy wprowadzili technologię 5G bazując na częstotliwościach, które wykorzystywali dotychczas na potrzeby sieci poprzedniej generacji. Jednak zdaniem ekspertów to, co dziś operatorzy w Polsce oferują jako sieć 5G, stanowi zaledwie namiastkę prawdziwej sieci piątej generacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-na-razie-nie,p1458157128

UE zainwestuje miliardy w zielony wodór. W tej chwili aż 95 proc. tego surowca wciąż pochodzi z paliw kopalnych

W tej chwili wodór ma zastosowanie głównie w sektorze chemicznym, jego wykorzystanie w transporcie czy energetyce wciąż jest marginalne. Co więcej, aż 95 proc. produkowanego wodoru wciąż pochodzi z paliw kopalnych, a tylko 5 proc. jest wytwarzane z odnawialnych źródeł. Unia Europejska zamierza odwrócić te proporcje, a opublikowana na początku lipca strategia wodorowa ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć 16,5 mln ton. Wyzwaniem pozostają jednak koszty, bo wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż jest droższe od innych form, i bariery technologiczne związane z produkcją i transportem tego surowca.

Jak wynika z lipcowego raportu Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”, globalna produkcja wodoru sięga w tej chwili ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w tym Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton).

95 proc. wytwarzanego globalnie surowca to tzw. szary wodór, obecnie niemodny, bo wytwarzany z paliw kopalnych typu ropa albo gaz. Tylko 5 proc. to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. W tym procesie technologicznym CO2 jest odzyskiwany i nie jest emitowany do środowiska – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór ma zastosowanie jako nośnik energii w przemyśle i transporcie, może być wykorzystywany  m.in. w energetyce, ciepłownictwie i motoryzacji. Jednak obecnie stosuje się go przede wszystkim jako surowiec w chemicznych procesach produkcji (np. amoniaku) i procesach rafineryjnych. Wykorzystanie go jako paliwa wciąż jest marginalne, a globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju.

– Odpowiedź na pytanie, czy w przyszłości będzie więcej zielonego wodoru, nie jest łatwa. Żeby był on masowo wykorzystywany, musi też być  tani. O ile nie traktujemy go jako konkurencję dla paliw kopalnych, bo ich chcemy się pozbyć, o tyle wodór musi konkurować np. z elektryfikacją transportu. Bardzo duże pieniądze są teraz inwestowane w nowe technologie, które mają ułatwić produkcję zielonego wodoru. UE chce ją intensywnie rozwijać. Unijna strategia wodorowa, która pojawiła się niedawno, ma wygenerować bodźce i zachęty, żeby tego zielonego wodoru było jak najwięcej – mówi Łukasz Antas.

Opublikowana 8 lipca br. strategia wodorowa Komisji Europejskiej ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć ok. 16,5 mln ton. KE przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i do 2030 roku zapewnić inwestycje na poziomie 430 mld euro. W sojuszu uczestniczą liderzy przemysłu, krajowych i regionalnych ministerstw oraz Europejski Bank Inwestycyjny (EBI).

UE ma plan, aby wdrożyć wodór we wszystkich sektorach, m.in. transporcie, energetyce, ciepłownictwie, a zwłaszcza przemyśle. Unia jest zdeterminowana, żeby do 2050 roku zdekarbonizować przemysł, a ten odpowiada za 95 proc. obecnego zużycia wodoru z paliw kopalnych – mówi analityk i partner zarządzający Esperis. – Z perspektywy UE ważne jest, żeby szybko zamienić go na wodór zielony poprzez np. kontrakty różnicowe dla przemysłu chemicznego. To ważny sygnał także dla polskiej chemii. Podobnie w transporcie i energetyce UE chce rozwijać dodatkowe sieci stacji wodorowych. W przyszłym roku ma zajść zmiana w kolejnej dyrektywie, która pozwoli na przyspieszenie tego procesu.

Unijny plan zakłada, że w latach 2020–2024 mają powstać elektrolizery (instalacje do produkcji wodoru z wody) o łącznej mocy 6 GW, a produkcja zielonego wodoru ma sięgnąć 1 mln ton. W latach 2025–2030 moc elektrolizy ma wzrosnąć do 40 GW, a produkcja do 10 mln ton. Z kolei w latach 2030–2050 technologie produkcji zielonego wodoru powinny osiągnąć dojrzałość i być wdrażane na dużą skalę we wszystkich sektorach trudnych do dekarbonizacji.

Wyzwaniem pozostaje jednak wciąż wysoki koszt wytwarzania i przechowywania wodoru oraz jego znikomy udział w całkowitym zużyciu energii (dziś na poziomie ok. 2 proc.). Zielony wodór odpowiada raptem za 4 proc. europejskiej produkcji. Wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż pozostaje droższe od innych form.

Pokonywanie barier technologicznych w produkcji, ale też w przesyle i magazynowaniu wodoru mogą wesprzeć odpowiednie regulacje, bodźce na poziomie globalnym, europejskim i krajowym, które będą motywowały firmy do inwestowania, szukania rozwiązań technologicznych, budowania infrastruktury. Bez infrastruktury i generowania popytu nie będzie chętnych do rozwijania technologii – podkreśla Łukasz Antas.

Unijna strategia wodorowa jest istotna dla nowej polityki klimatyczno-energetycznej i spójna z założeniami Zielonego Ładu. Jednak rozwój technologii wodorowych ma nie tylko wpłynąć na gospodarkę i przyczynić się do neutralności klimatycznej. Wpłynie też na unijne relacje w dziedzinie energetyki. Według prognoz zawartych w raporcie Esperis do 2050 roku to azjatycki rynek będzie największym na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa będą łącznie odpowiadać za ok. 2/3 globalnego zapotrzebowania i nawet do 75 proc. zużycia wodoru. UE będzie musiała więc promować nowe obszary współpracy energetycznej i poszerzać o współpracę z potencjalnymi eksporterami wodoru.

Należy spodziewać się zacieśnienia współpracy handlowej między Azją, Afryką a Europą, co może być pozytywnym scenariuszem. Dzięki temu problemy ekonomiczne Afryki staną się trochę mniejsze. Z drugiej strony mamy plany zastosowania wodoru w różnych sektorach i będziemy mieli do czynienia z tzw. integracją sektorową. Do tej pory energetyka, ciepłownictwo, przemysł, transport to były silosy, z których każdy miał swoją strukturę, przesyły energii itd. Wodór może je połączyć – mówi partner zarządzający Esperis. – Świat zrobi się bardzo ciekawy, kiedy wodór rzeczywiście zostanie wdrożony masowo, jednak wciąż została jeszcze masa barier do przełamania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ue-zainwestuje-miliardy-w,p1142512319

Polscy pacjenci onkologiczni z szansą na rewolucyjną terapię już w przyszłym roku. Agencja Badań Medycznych wsparła ją kwotą 100 mln zł

Przełomowa terapia w leczeniu nowotworów może już wkrótce trafić do Polski. W efekcie leczenie zamiast ok. 1,5 mln zł będzie kosztowało 10-krotnie mniej. Agencja Badań Medycznych przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Terapia komórkami pozwala uzyskać całkowitą remisję u ok. 90 proc. chorych z ostrą białaczką limfoblastyczną, przy czym u połowy pacjentów ma ona charakter trwały. Grant ABM może wprowadzić Polskę do światowej czołówki w zakresie immunoterapii.

– Wprowadzenie do Polski przełomowej terapii CAR-T cells jest niezwykłym osiągnięciem i realizacją obietnicy, którą złożyliśmy polskim pacjentom. Współpraca międzynarodowa, którą rozpoczęliśmy głównie ze stroną amerykańską, owocuje dzisiaj konkursem na 100 mln zł, który ogłaszamy po to, żeby tę przełomową, innowacyjną terapię do Polski sprowadzić – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Agencja przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Nabór wniosków potrwa do 14 września. Dzięki grantowi Polska ma dołączyć do potęg w zakresie immunoterapii, takich jak USA czy Izrael.

– Konstrukcja konkursu zakłada, że będzie tylko jeden zwycięzca. Jeden ośrodek otrzyma całe 100 mln zł po to, żeby w ciągu najbliższych pięciu lat dostarczyć pacjentom tę terapię – tłumaczy Radosław Sierpiński.

Terapia CAR-T jest stosowana w leczeniu pacjentów z nowotworami krwi, u których inne terapie już zawiodły, w USA wykorzystuje się ją w leczeniu białaczki limfoblastycznej w ostrej postaci. Przyniosła spektakularne efekty, remisje sięgnęły 90 proc., a połowa pacjentów została całkowicie wyleczona (trwała remisja). Terapie CAR-T docelowo mogą też być stosowane u innych pacjentów onkologicznych. Jak przekonuje prezes Agencji Badań Medycznych, na rewolucyjnej metodzie skorzystają przede wszystkim najmłodsi pacjenci, w stosunku do których lekarze są już bezradni.

– W Polsce dotychczas kazuistycznie udawało się tę terapię dostarczyć, ale to leczenie kosztowało 1,5 mln zł, olbrzymie pieniądze, które musiały być zbierane poprzez ludzi dobrej woli po to, żeby mogła być sfinansowane. A sukces tej terapii wynosi blisko 50 proc., więc nie mówimy tutaj o  pojedynczych procentach, ale o wielkiej szansie na życie dla wielkiej grupy, szczególnie bardzo chorych dzieci – przekonuje.

Siłą technologii CAR-T jest krew pacjenta, a dokładnie – limfocyty T, które zostają ukierunkowane przeciwko komórkom nowotworowym. Nasz układ odpornościowy jest naturalną obroną naszego organizmu przed infekcjami, ale atakuje również komórki rakowe. Naukowcy odkryli, że komórka T może skanować organizm, aby ocenić, czy istnieje zagrożenie, które należy wyeliminować. Leczenie rozpoczyna się od usunięcia limfocytów T pacjenta za pomocą wirówki. Po usunięciu są one wysyłane do laboratorium, gdzie modyfikuje się ich DNA i przyłącza je do białek receptorowych. W tym procesie powstają chimeryczne receptory antygenowe (CAR), które mają zdolność namnażania się, co z kolei pomaga zidentyfikować i zniszczyć komórki rakowe.

– Wyznakowujemy poprzez bardzo zaawansowane metody inżynierii genetycznej własne komórki pacjenta. De facto doposażamy jego białe krwinki, czyli te, które walczą z nowotworem, o dodatkowe narzędzia do tego, żeby ta walka była skuteczniejsza – tłumaczy ekspert.

Polska ma już dostęp do nowoczesnych terapii w leczeniu nowotworów. Jednak CAR-T jest metodą zupełnie rewolucyjną, a co więcej – bardzo rozwojową. Niedawno odkryte przez naukowców właściwości komórek T mogłyby być stosowane w leczeniu innych nowotworów. Jeśli terapia na stałe wejdzie do Polski, uratuje życie setkom, a nawet tysiącom osób, które dotychczas, aby z niej skorzystać, musiały zbierać ogromne kwoty na leczenie w USA.

– Mamy nadzieję, że być może za kilka lat, kiedy naukowcy wytworzą tę terapię, nauczą się ją podawać pacjentom, będzie ona kosztować 200 tys. zł. A to jest już próg, który z punktu widzenia refundacji może zostać poniesiony i być może polscy pacjenci zyskają trwały dostęp do tego leczenia – mówi dr Radosław Sierpiński.

Leczenie tą metodą jest uważane za „żywy lek”, co oznacza, że ​​podane limfocyty T mogą utrzymywać się w organizmie pacjenta przez długi czas i kontynuować walkę z leczonym rakiem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już w przyszłym roku możemy zacząć leczyć metodą CAR-t pierwszych pacjentów w Polsce.

– Mam nadzieję, że w roku 2021 będziemy mogli wspólnie świętować pierwsze podania leku i pierwszych ozdrowieńców. W kolejnych latach liczba tych pacjentów będzie się tylko zwiększać, a jeżeli chodzi o wskazania do tej terapii, będzie to kilkaset czy kilka tysięcy osób leczonych rocznie – zapowiada prezes Agencji Badań Medycznych.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polscy-pacjenci,p113150262

Samoloty naddźwiękowe nowej generacji przyspieszą podróżowanie. Przy ich produkcji wykorzystywane będą innowacyjne technologie 3D [DEPESZA]

Po blisko 20 latach od wycofania ze służby Concorde’ów branża technologiczna ponownie zwraca się w stronę ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich. Wdrożenie pojazdów tego typu do powszechnego użytku będzie wymagało skorzystania z nowych technologii, które umożliwią bezpieczne podróżowanie w ponaddźwiękowych prędkościach przy maksymalnej redukcji zanieczyszczenia środowiska przez silniki nowej generacji. Koncern Virgin Galactic nawiązał współpracę z firmą Rolls-Royce, która ma ułatwić skonstruowanie takich samolotów.

Korporacje podpisały memorandum, w którym zobowiązały się do zaprojektowania silników odrzutowych umożliwiających przywrócenie powszechnych lotów ponaddźwiękowych w sektorze pasażerskim. Według wstępnych założeń pierwsze egzemplarze silnika posłużą do napędzenia 19-osobowych pojazdów zdolnych do osiągnięcia prędkości mach 3 (ok. 3700 km/h) podczas przelotu na wysokości przeszło 18 kilometrów. Projekt jest we wczesnej fazie wdrożeniowej i zespół odpowiedzialny za jego rozwój dopiero opracowuje docelową konstrukcję silnika.

– Ujawniamy wstępną koncepcję projektu szybkiego samolotu, który naszym zdaniem łączy bezpieczne i niezawodne podróże komercyjne z niezrównaną obsługą klienta – podkreśla George Whitesides, Chief Space Officer w Virgin Galactic.

Inżynierowie muszą podjąć decyzję m.in. o materiałach, jakich użyć w procesie produkcyjnym, aby napęd spełniał wyśrubowane wymagania dotyczące zarządzania temperaturą, głośnością czy emisją spalin w trakcie pracy. Loty wykonywane za pośrednictwem nowych maszyn muszą spełniać zarówno warunki bezpieczeństwa, jak i mieć jak najmniejszy wpływ na środowisko.

– Wraz z innowacyjnym zespołem Rolls-Royce’a staramy się opracowywać zrównoważone, najnowocześniejsze systemy napędowe dla samolotów. Współpracujemy także z FAA [amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa – przyp. red.]. Poczyniliśmy ogromne postępy i nie możemy się doczekać otwarcia nowego rozdziału w podróżowaniu z dużą prędkością – podkreśla George Whitesides.

Marka Rolls-Royce, choć kojarzona głównie z luksusowymi samochodami i limuzynami, jest także producentem silników odrzutowych. To właśnie na czterech silnikach turboodrzutowych Rolls-Royce/Snecma Olympus 593 z dopalaczem opierał się naddźwiękowy samolot Concorde, którego ostatni lot odbył się w listopadzie 2003 roku.

– Rolls-Royce wnosi unikatową historię w dziedzinie napędu dużych prędkości, wliczając w to silniki dla Concorde’a. Światowej klasy możliwości techniczne pozwalają opracować i wdrożyć zaawansowane systemy napędowe potrzebne do napędzania komercyjnych lotów o prędkości kilku machów – mówi dyrektor generalny Rolls-Royce na Amerykę Północną.

Virgin Galactic nie jest jedyną firmą, która chce wejść na rynek samolotów ponaddźwiękowych. Już 7 października 2020 roku własny pojazd tego typu zaprezentuje firma Boom. Jej XB-1 będzie jednoosobowym samolotem odrzutowym służącym jako platforma testowa silników ponaddźwiękowych, które w przyszłości zostaną wykorzystane przy produkcji pełnowymiarowych samolotów pasażerskich Overture. XB-1 wykorzystuje symulatory 3D oraz technologię druku cyfrowego do produkcji podzespołów oraz narzędzi serwisowych. Dzięki zastosowaniu takich metod produkcja samolotów tego typu ma przebiegać szybciej i z większą efektywnością.

Z kolei inżynierowie z firmy Aerion pracują nad 12-osobowym samolotem biznesowym zdolnym do osiągnięcia prędkości mach 1.4 (1,728 km/h) i pokonania na jednym tankowaniu dystansu 7800 km. Aby ograniczyć wpływ silników Aerion na środowisko naturalne, firma podjęła rozmowy z kanadyjskim Carbon Engineering wyspecjalizowanym w produkcji zielonej energii. Wspólnymi siłami mają stworzyć paliwo, przy którego produkcji i spalaniu więcej dwutlenku węgla będzie pochłaniane niż emitowane do atmosfery.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/samoloty-naddzwiekowe,p1757160444

Naprawa pieców gazowych we Wrocławiu

Naprawa pieców gazowych we Wrocławiu

Regularna obsługa kotła to świetny sposób na uniknięcie niepotrzebnego stresu. Nieoczekiwana awaria kotła może osłabić nastrój, nie mówiąc już o obciążeniu portfela, a co najważniejsze ma wpływ na Twoje bezpieczeństwo.

Nasz zespół ABC GAZ we Wrocławiu  jest tutaj, aby Ci pomóc. Zapewniamy szybką i wydajną obsługę kotłów Termet, serwis kotłów Viessmann.  https://abc-gaz.pl/naprawa-piecow-gazowych-wroclaw Jesteśmy dumni z tego, że oferujemy wygodny sposób na wydajne i bezpieczne działanie kotła, abyś mógł cieszyć się nieprzerwanym centralnym ogrzewaniem.

A ponieważ pomaga zapobiegać naprawom awaryjnym, które mogą być kosztowne, jest również bardzo opłacalny.

Naprawa kotłów Viessmann i Termet


Oferujemy również serwis tego samego dnia na kotłach marki Viessmann,Vaillant,  Termet, SaunierDuval.

Gdy nas zatrudniasz, konserwacja Twojego kotła gazowego jest przeprowadzana przez doświadczonych serwisantów, którzy są również zarejestrowani pod kątem bezpieczeństwa gazowego, co oznacza, że ​​upewniamy się, że Twój kocioł jest naprawiany zgodnie ze standardami branżowymi. Zgłaszają również wszelkie problemy.

Z dumą zapewniamy doskonałą co roczną obsługę kotłów. Dbamy o to, jak traktujemy naszych klientów, co zapewniło nam uznanie wśród Klientów. Możesz przeglądać nasze opinie na naszej stronie Google. Przekonasz się, że konsekwentnie otrzymywaliśmy oceny klientów 4 na 5 gwiazdek.

Szeroka gama rozwiązań grzewczych dla Twojego domu. Od zamocowania rury po instalację nowego kotła. Nasi specjaliści są przygotowani do przeprowadzania wszelkich napraw czy instalacji kotłów gazowych, instalacji hydraulicznych i centralnego ogrzewania.


Będąc renomowaną firmą z siedzibą w południowym Wrocławiu, firma ABC-GAZ dąży do zapewnienia wysokiej jakości pracy, doskonałej obsługi i zadowolenia klientów. Nasi eksperci od instalacji chętnie Ci pomogą – jeśli więc potrzebujesz usługi, skontaktuj się z nami pod numerem 533 747 999, aby umówić się na spotkanie w dogodnym dla Ciebie terminie.


Każdy z naszych serwisantów jest wykwalifikowanym specjalistą w zakresie bezpieczeństwa gazowego, więc możesz ufać, że będą oni bezpiecznie serwisować twój piec gazowy.


Zapraszamy do zapoznania sięe naszą ofertą na stronie firmowej https://abc-gaz.pl/

Od dziś nowe regulacje dotyczące połączeń lotniczych. Ruch nad Polską wciąż znacznie mniejszy niż przed pandemią, ale notuje wzrosty

Zgodnie z nowym rozporządzeniem, które będzie obowiązywać do 25 sierpnia, wstrzymane są połączenia lotnicze z 44 krajami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Brazylią, Rosją, Izraelem czy Czarnogórą. Pojawiła się jednak możliwość podróżowania do Szwecji i Portugalii, a wcześniej także do takich popularnych latem miejsc jak Egipt, Turcja czy Tunezja. Operacji lotniczych wykonuje się obecnie w Polsce znacznie mniej, niż miało to miejsce przed rokiem, jednak ruch na polskim niebie rośnie dynamicznie wraz z otwieraniem kolejnych kierunków. To rodzi szereg wyzwań dla kontrolerów ruchu lotniczego, którzy nigdy nie pracowali w tak szczególnych i niepewnych warunkach.

Wbrew powszechnemu mniemaniu lotniska w Polsce nie zostały kompletnie zamknięte ani na moment, ponieważ nawet w czasie najcięższego lockdownu obsługiwaliśmy przewoźników lotniczych w ramach takich akcji jak HASHLOTdoDomu”, transportów maseczek oraz sprzętu medycznego, a także zapewnialiśmy bezpieczeństwo samolotom wojskowym, medycznym czy też tzw. lotnictwu turystycznemu, które w okresie zmniejszonej liczby operacji rozkładowych ochoczo korzystało z kontrolowanej przestrzeni powietrznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Caban, kontroler warszawskiego zbliżania w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Wraz ze znoszeniem restrykcji ruch lotniczy powoli zaczynał wzrastać. Największy wzrost odnotowaliśmy na przełomie czerwca i lipca, kiedy z dnia na dzień potrafił on wynieść nawet blisko 50 proc.

Rada Ministrów co dwa tygodnie publikuje nowe rozporządzenie dotyczące kierunków, w które i z których można wykonywać loty z polskich lotnisk. Zgodnie z rozporządzeniem, które zaczyna obowiązywać 12 sierpnia, zakaz połączeń dotyczy 44 państw, w tym USA i krajów bałkańskich, takich jak Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Serbia, Macedonia Północna, a także Luksemburg czy Andora. Choć wolno już latać do chętnie wybieranych przez Polaków miejsc, zwłaszcza w sezonie,  takich jak Turcja, Tunezja, Grecja czy Hiszpania, ruch lotniczy ciągle jest zdecydowanie mniejszy niż przed pandemią.

Według Jakuba Cabana dziś codziennie nad Polską przelatuje ok. tysiąca samolotów, a warszawskie lotniska – Chopina i Modlin – obsługują ok. 300 operacji lotniczych dziennie.

Poziom tego ruchu ciągle nie jest jeszcze porównywalny z tym, który miał miejsce w ubiegłych latach – tłumaczy warszawski kontroler i podkreśla, że kluczowa jest niepewność tego, co zdarzy się w nadchodzących tygodniach. – Stanowi to bardzo duże wyzwanie dla całej branży lotniczej i kontrolerów ruchu lotniczego. Jest to właściwie sytuacja bezprecedensowa, nigdy wcześniej przeszkody dla funkcjonowania ruchu lotniczego – czy wynikające z wybuchu wulkanu, czy wojny na Ukrainie, czy też nawet kryzysu w 2008 roku – nie były dla branży tak dotkliwe – mówi.

Jak wyjaśnia, w związku z pandemią i wprowadzonymi w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej restrykcjami sanitarnymi kontrolerzy lotów zostali podzieleni na przynajmniej dwie grupy, żeby w razie pojawienia się zakażenia u pracownika jednej z grup pracownicy tej drugiej mogli zastąpić kolegów. W związku z tym dobowe obsady stanowisk operacyjnych zostały zmniejszone, w niektórych przypadkach do takiego poziomu, że kontrolerzy muszą pracować samodzielnie, jednoosobowo. Ponadto w związku z koniecznością odkażania głównej sali operacyjnej operacje regularnie przenoszone są do zapasowej sali.

– Dla wszystkich pracowników branży lotniczej procedury bezpieczeństwa są czymś na kształt konstytucji, ponieważ zwłaszcza zawód kontrolera ruchu lotniczego wiąże się ze znaczną odpowiedzialnością – wyjaśnia Jakub Caban. – Z perspektywy kontrolera warszawskiego zbliżania mogę powiedzieć, że w ubiegłym roku w czasie każdej godziny pracy swoje życie powierzyło nam ponad 3,34 tys. pasażerów. Z kolei w skali roku odpowiadaliśmy za majątek większy niż roczne PKB Polski, a mówię o wartości samych maszyn.

W ubiegłym roku według wstępnego szacunku GUS wartość PKB Polski wyniosła prawie 2,3 bln zł.

W 2019 roku polskie lotniska obsłużyły prawie 49 mln pasażerów, czyli o 7 proc. więcej niż w 2018 roku. Najwięcej skorzystało z Lotniska Chopina w Warszawie (ponad 18,8 mln osób). Ruch w porcie wzrósł o 1,1 mln pasażerów, czyli o 6 proc. Na drugim miejscu wśród lotnisk pod względem liczby przewiezionych pasażerów pozostał Port Lotniczy Kraków-Balice z 8,4 mln pasażerów i z największym wzrostem ilościowym (+1,6 mln pasażerów) oraz dynamiką wzrostu na poziomie 24 proc. O 8 proc. wzrosła liczba osób, które skorzystały z gdańskiego portu im. L. Wałęsy (+394 tys.), a o 6 proc. zwiększyło się grono korzystających z lotniska Wrocław-Strachowice (+203 tys.). Z mniejszych portów znaczący wzrost odnotowały Zielona Góra-Babimost (+56 proc.), Olsztyn-Mazury (+26 proc.), Łódź (+11 proc.) oraz Bydgoszcz (+4 proc.). Spadek zanotowano w przypadku portów lotniczych Lublin, Poznań-Ławica i Szczecin-Goleniów.

Dla nas kluczowe jest to, żeby wszelkiego rodzaju procedury bezpieczeństwa, które nas obowiązują i które są podstawą naszej pracy, zostały odpowiednio przygotowane, wdrożone i przeanalizowane, ale też przede wszystkim, że są przestrzegane zarówno przez PAŻP, kontrolerów, jak i przez wszystkich użytkowników przestrzeni powietrznej – podkreśla członek zarządu Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Będziemy apelować do wszystkich pracowników w tej branży o to, żeby zawsze przestrzegali procedur bezpieczeństwa, natomiast w tym szczególnym okresie, żeby przykładali do tego podwójną wagę.

Jak podkreśla, to właśnie dzięki przestrzeganiu wszystkich procedur bezpieczeństwa ruch lotniczy jest tak bezpieczny. W Europie ostatni wypadek lotniczy spowodowany błędem kontrolera wydarzył się 18 lat temu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-dzis-nowe-regulacje,p2133209726

Fundusze emerytalne odrobiły większość strat z marca. Odsunięcie reformy OFE pozwoliłoby im zrekompensować je klientom w całości

Po fatalnym dla funduszy emerytalnych marcu kolejne trzy miesiące przyniosły wzrosty na rynku. Wprawdzie lipiec ponownie zakończył się  spadkiem średniej stopy zwrotu, ale eksperci spodziewają się szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostową. Problemem branży i utrudnieniem w planowaniu inwestycji jest jednak niepewność związana z rozwojem pandemii, ewentualnym przywróceniem obostrzeń oraz terminem reformy likwidującej OFE. Według Małgorzaty Rusewicz, prezes  Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, sensowne byłoby odsunięcie jej w czasie co najmniej o rok.

Po trudnym okresie, z którym mieliśmy do czynienia w marcu, OFE dzisiaj bardzo wyraźnie pokazują, jak szybko są w stanie odrobić straty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Zarządzającej Funduszami i Aktywami oraz prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Natomiast w przypadku funduszy emerytalnych warto popatrzeć na długą perspektywę, czyli np. horyzont 10 lat. W tym czasie OFE przyniosły ponad 25 proc. zysku swoim klientom. W związku z tym ta forma oszczędzania dzisiaj wydaje się szczególnie atrakcyjna i warto na to zwrócić uwagę.

W marcu po ogłoszeniu zamknięcia wielu obszarów gospodarki fundusze emerytalne przeżyły zapaść, tracąc średnio 14,4 proc., przy czym wyniki poszczególnych zarządzających wahały się od 13,5 proc. do 15,7 proc. Już w kwietniu nastąpił jednak wzrost o 8,1 proc., w maju o kolejne 2,3 proc., a w czerwcu – o 3,1 proc. (dane Analizy.pl). W lipcu średnia stopa zwrotu okazała się ponownie ujemna (-0,2 proc.), co – jak tłumaczą przedstawiciele IGTE – było pochodną słabszej wyceny spółek w niektórych branżach, w których fundusze emerytalne mają ulokowane aktywa. Do tej pory OFE udało się odrobić 25 proc. od momentu największej przeceny, a do odrobienia pozostało jeszcze uzyskać wzrost na poziomie 15 proc. Na koniec lipca br. aktywa OFE warte były 131,24 mld zł.

Wobec odroczonej na nieznany na razie czas reformy przekształcającej OFE w IKE i niewiadomej związanej z rozwojem pandemii planowanie inwestycji jest jednak utrudnione. Minister finansów Tadeusz Kościński zapowiadał przed kilkoma tygodniami, że OFE znikną dopiero w 2021 roku.

Jesteśmy trochę pod znakiem zapytania. Wydaje nam się, że rok przesunięcia całej reformy jest wskazany, chociażby po to, żeby rzeczywiście te fundusze emerytalne mogły w pełni odrobić straty swoich klientów, ustabilizować również sytuację na rynku w tym obszarze i żebyśmy mogli kolejny raz spojrzeć na projekt, ponieważ on zapewne będzie wymagał pewnych drobnych modyfikacji związanych chociażby z limitami inwestycyjnymi – tłumaczy prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. – Samo przesunięcie jej w czasie o rok pozwoli natomiast wyprostować potencjalne problemy, które dotychczas się pojawiły, i płynnie i efektywnie przeprowadzić całą reformę.

Likwidacja OFE miała nastąpić od lipca 2020 roku, a pieniądze zbierane na emeryturę przeszłyby albo do I filaru, czyli ZUS-u, albo na indywidualne konta emerytalne powstałe z przekształconych OFE. Pieniądze miałyby zostać przetransferowane w listopadzie po pobraniu 15-proc. opłaty przekształceniowej. Środki z ZUS-u przekazano by w całości, bo – jak tłumaczył rząd – od ich wypłaty odprowadzany jest podatek dochodowy. Zarządzający funduszami kwestionowali ten zapis, postulując, by opłata była odprowadzana przy wypłacie pieniędzy, a nie od razu. Proponowali też zmniejszenie limitu inwestycji w akcje polskie, bo po zmarginalizowaniu tych funduszy w 2014 roku mogły one inwestować na GPW 80 proc. środków.

Podtrzymujemy propozycje zmian, które przedstawialiśmy dotychczas. Rzeczywiście najistotniejszą z punktu widzenia dotychczasowych wydarzeń kwestią, której trzeba będzie się przyjrzeć, są limity inwestycyjne. Tutaj pojawiło się szereg pytań wynikających ze zmian na rynku, które były konsekwencją koronawirusa. Z kolei większość rzeczy, które zgłaszaliśmy, dotyczyła kwestii komunikacji z klientami czy drobnych poprawek w całym projekcie. Ten projekt toczył się długo i bardzo intensywnie nad nim pracowaliśmy, więc też szereg rzeczy już można by było przenieść w takiej formule, jaka była przygotowana dotychczas – wyjaśnia Małgorzata Rusewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/fundusze-emerytalne,p793572888