Dr hab. Piotr Płoszajski: Wirus nie spowodował kryzysu, tylko ujawnił problemy systemu. Potrzebujemy technologii, żeby go rozwiązać

Pandemia pokazała możliwości najnowszej technologii. Jednocześnie koronawirus ukazał wady całego systemu, m.in. długie łańcuchy logistyczne czy szybkie tempo rozpowszechniania dezinformacji. Potrzebujemy nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby te problemy rozwiązać. – To jest nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – ocenia dr hab. Piotr Płoszajski, profesor SGH w Warszawie.

– To nie wirus spowodował kryzys, wirus tylko ujawnił cechy tego systemu. To, że wszystko ze wszystkim jest połączone w czasie realnym, że mamy długie łańcuchy logistyczne, a informacje rozchodzą się tak samo szybko jak dezinformacje. On się nam w jakimś sensie należał. Potrzebujemy więc nowych technologii, począwszy od komputerowych, a skończywszy na technologiach inżynierii genetycznej po to, żeby ten problem rozwiązać. To nieustający wyścig pomiędzy technologiami a rozwiązywaniem problemów, które one tworzą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Piotr Płoszajski.

Eksperci od lat byli zgodni – ludzkość, coraz bardziej zaawansowaną technologicznie, z coraz większą wiedzą – paradoksalnie najskuteczniej może zaatakować coś prostego, a przez to niespodziewanego. Takim czynnikiem okazał się być koronawirus, niewielki organizm, w zasadzie pojedyncza nić RNA, niezdolny do dłuższego życia poza ofiarą. Jednocześnie ujawnił to wszystko, co w naszej rzeczywistości się nie sprawdza i może rodzić kryzysy. Z drugiej jednak strony koronawirus może wpłynąć na sposób, w jaki wykorzystujemy nową technologię.

– Nowe technologie będą musiały mieć wpływ nie tylko na gospodarkę, na społeczeństwo, na życie społeczne, na życie polityczne, na życie planety czy cywilizacji jako takiej. Lepiej, żeby pojawiły się takie, które nam pozwalają to rozwiązać – ocenia ekspert.

Sztuczna inteligencja potrafi zastąpić dziennikarzy, pisarzy, a nawet doskonale naśladować uznanych malarzy. Sprawdza się w medycynie i przemyśle, ustala diagnozy, pomaga w podejmowaniu istotnych decyzji. Coraz częściej jednak inteligentne algorytmy stosuje się do ułatwiania życia, powstały więc np. inteligentne pisuary, które uczą małych chłopców techniki prawidłowego oddawania moczu.

Tymczasem jako ludzkość opracowaliśmy rewolucyjne technologie, które mogą całkowicie zmieniać jakość życia. To choćby technologia CRISPR, która umożliwia wycięcie nieprawidłowego genomu i zastąpienie go zupełnie nowym. Tak może powstać człowiek przyszłości, w ten sposób już stworzono zmodyfikowane rośliny.

– Potrzebujemy teraz bardzo specyficznych technologii, począwszy od technologii inżynierskich, a skończywszy na technologiach rządzenia. Ponieważ problemem tego świata jest to, że mamy problemy globalne, które musimy rozwiązywać globalnie. I teraz będziemy potrzebowali technologii, instrumentów i narzędzi, które pozwalają nam rozwiązywać problemy globalne, a nie tylko na poziomie indywidualnym albo firm, albo nawet pojedynczych narodów – tłumaczy ekspert.

To, że technologia może pomóc rozwiązać kryzys, pokazał koronawirus. Kamery zaopatrzone w systemy sztucznej inteligencji same znajdowały chorych, a drony kontrolowały ludzi na kwarantannie. Kluczowe może być jednak stworzenie za pomocą istniejącej technologii nowej, która lepiej odpowie na nasze potrzeby. Jak przekonuje dr hab. Piotr Płoszajski, koronawirus pokazał, że jako społeczeństwo nie radzimy sobie z dezinformacją, problemem jest też łańcuch logistyczny, który m.in. wpłynął na szybkość jego rozprzestrzeniania się.

– Technologie tworzą i dobre, i złe problemy. Technologia umożliwiła niespotykany na skalę dziejową sposób porozumiewania się ludzi, czyli przepływu informacji. Ale informacje płyną tak samo szybko jak dezinformacje. Więc będziemy musieli coś zrobić, żeby zahamować nieprawdopodobnie szkodliwy rozwój, tzn. rozprzestrzenianie się dezinformacji – mówi.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/dr-hab-piotr-ploszajski,p1479421831

Sztuczna inteligencja ułatwia komunikację między robotami a żołnierzami. Przyspieszy wojskowe misje i może zmienić oblicze wojen [DEPESZA]

W miarę jak sztuczna inteligencja wkracza do branż takich jak opieka zdrowotna i finanse, rządy na całym świecie coraz częściej inwestują w autonomiczne systemy uzbrojenia. Innowacyjne programy i technologie mogą dać przewagę nad przeciwnikami. Naukowcy z USA niedawno opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę na polu walki. Interfejs JUDI umożliwia szybką komunikację między żołnierzami a robotami podczas operacji.

Obecnie trwa już niemal wyścig zbrojeń we wdrażaniu sztucznej inteligencji w wojsku. W 2019 roku Stany Zjednoczone ogłosiły wielką strategię wykorzystania SI w wielu obszarach wojskowych, w tym w analizie wywiadowczej, podejmowaniu decyzji, autonomii pojazdów, logistyce i uzbrojeniu. Niedawno naukowcy z Army Research Laboratory (Dowództwa Rozwoju Zdolności Bojowych Armii Stanów Zjednoczonych)  we współpracy z  Instytutem Technologii Kreatywnych Uniwersytetu Południowej Kalifornii opracowali zaawansowaną sztuczną inteligencję, która jest w stanie prowadzić rozmowę z żołnierzami.

– Możliwość prowadzenia dialogu będzie kluczową zdolnością dla systemów autonomicznych działających na wielu szczeblach operacji wielodomenowych, tak aby żołnierze na lądzie, w powietrzu, morzu i przestrzeni informacyjnej mogli zachować świadomość sytuacyjną na polu bitwy – podkreśla dr Matthew Marge, naukowiec z amerykańskiego Army Research Laboratory.

Interfejs Joint Understanding and Dialogue Interface (JUDI) ułatwia i przyspiesza komunikację między żołnierzami a robotami, co może mieć ogromne znaczenie przy operacjach wojskowych.

– Technologia umożliwia żołnierzowi interakcję z systemami autonomicznymi poprzez dwukierunkowy dialog w operacjach taktycznych, w których słowne instrukcje zadań mogą być wykorzystywane do kierowania i kontrolowania mobilnego robota. Z kolei robotowi pozwala na proszenie o wyjaśnienia lub dostarczanie aktualizacji statusu w miarę wykonywania zadań zamiast polegania na wcześniej określonych i być może nieaktualnych informacjach o misji – tłumaczy dr Matthew Marge.

Z zaproponowanego przez Departament Obrony budżetu w wysokości 718 mld dol. na 2020 rok 927 mld dol. trafiło właśnie na badania nad sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Symulacje już pokazały, że pluton piechoty, wzmocniony dronami i robotami naziemnymi, wielokrotnie rozbijał trzykrotnie większe siły obronne, nie tracąc przy tym ani jednego żołnierza.

Coraz częściej stosowane są inteligentne drony i systemy do rozpoznawania otoczenia z dokładnością do milimetrów. Już w Afganistanie inteligentne systemy potrafiły rozpoznać, gdzie rozmieszczono miny. Szersze wykorzystanie robotów podczas operacji wojskowych może zmienić oblicze wojen, zwłaszcza przy zastosowaniu szybkiej komunikacji między robotami a żołnierzami.

– Przemysł komercyjny w dużej mierze skupił się na inteligentnych asystentach osobistych, takich jak Siri i Alexa, które mogą wyszukiwać faktyczną wiedzę i wykonywać specjalistyczne zadania, takie jak ustawianie przypomnień, ale nie analizują bezpośredniego otoczenia fizycznego – tłumaczy Matthew Marge. – Naszym nadrzędnym celem jest umożliwienie żołnierzom łatwiejszego łączenia się w zespoły z systemami autonomicznymi, aby mogli skuteczniej i bezpieczniej wykonywać misje, zwłaszcza rozpoznawcze czy poszukiwawczo-ratownicze.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1566099296

Przedsiębiorcom nad Wisłą wciąż nie jest łatwo. Polska na 14. miejscu wśród europejskich państw z najbardziej skomplikowanymi przepisami dla biznesu

Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie i 14. w Europie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu – wynika z najnowszej edycji rankingu „Global Business Complexity Index 2020”. Względem ubiegłego roku oznacza to awans odpowiednio o 13 i 4 pozycje, ale eksperci TMF Group podkreślają, że wynika to tylko ze zmian w innych krajach i metodologii badania. W Polsce nie zaszły w tym czasie istotne zmiany, które poprawiłyby warunki dla biznesu. Przedsiębiorcy wciąż skarżą się na te same bolączki, jak niestabilność systemu prawnego, przewlekłość postępowań sądowych i administracyjnych czy niespójne przepisy.

– Otoczenie prawne i łatwość prowadzenia działalności gospodarczej to jedno z kryteriów, które przedsiębiorcy biorą pod uwagę, podejmując decyzję o inwestowaniu w Polsce czy innym kraju. Chcą mieć świadomość, że zainwestowane pieniądze będą bezpieczne, a środowisko biznesowe – przewidywalne. Im mniej tej pewności, tym mniejszy apetyt na takie inwestycje – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Romańczuk, dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

TMF Group, globalna firma dostarczająca nowoczesne usługi dla biznesu, cyklicznie publikuje raport „Global Business Complexity Index”, w którym analizuje warunki dla prowadzenia biznesu w poszczególnych krajach Europy i świata. Ranking uwzględnia około 250 różnych kryteriów, takich jak m.in. czas potrzebny na założenie firmy, koszty prowadzenia działalności, zawiłość procedur podatkowych czy regulacje dotyczące świadczeń pracowniczych. W tegorocznej edycji raportu Polska znalazła się na 34. miejscu na świecie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu. W Europie natomiast uplasowała się w samym środku stawki – na 14. pozycji.

 Względem zeszłego roku awansowaliśmy o 13 oczek w rankingu globalnym i o 4 w europejskim. Jednak jest to tylko pozorny awans, ponieważ nie wynika on ze zmian w polskim systemie prawnym, ale z faktu, że w innych krajach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. W kwestii łatwości prowadzenia biznesu w Polsce niestety nic się nie poprawiło – przedsiębiorcy nadal mają te same trudności co w poprzednich latach – tłumaczy Joanna Romańczuk.

Jak podkreśla, na pozycję Polski w tegorocznym rankingu wpłynęły m.in. niestabilność systemu prawnego. Częste i szybkie zmiany przepisów, z krótkim vacatio legis, powodują, że przedsiębiorcy nie mają czasu się do nich przygotować.

 Brak stabilności systemu prawnego oznacza też zwiększone koszty prowadzenia działalności – mówi dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę.

Przedsiębiorcy w Polsce skarżą się również na przewlekłość postępowań – zarówno sądowych, jak i administracyjnych. Kolejne bolączki to m.in. duża liczba przepisów, rozbudowane obowiązki sprawozdawcze i złożoność kwestii związanych z zatrudnieniem i zwalnianiem pracowników.

– Kolejny czynnik to stosowanie prawa. W naszym ustawodawstwie dużo jest klauzul generalnych, które dają swobodę interpretacji organom administracji, co z kolei przekłada się na to, że ich decyzje często są ze sobą niespójne. Wszystkie te elementy przekładają się później na doświadczenie przedsiębiorców – wyjaśnia Joanna Romańczuk.

Dyrektor generalna TMF Group na Polskę i Ukrainę wskazuje też, że z perspektywy inwestorów zagranicznych ważna jest łatwość zarejestrowania nowego przedsiębiorstwa. W Polsce trwa to minimum dwa miesiące od momentu założenia spółki do czasu, kiedy faktycznie jest ona w stanie prowadzić skuteczną działalność operacyjną. W państwach, które znalazły się na czele rankingu, ten proces trwa dużo krócej, ok. dwóch–trzech tygodni.

 Przedsiębiorca zagraniczny, aby mógł skutecznie zarejestrować w Polsce działalność gospodarczą lub spółkę, najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością, musi przedstawić oryginały dokumentów wraz z tłumaczeniami przysięgłymi. Często też wymagane jest osobiste stawiennictwo w urzędach, co z perspektywy inwestorów zagranicznych nie tylko wydłuża cały proces, ale znacząco też podnosi koszty rozpoczęcia działalności – mówi. – Z drugiej strony Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych w Europie lokalizacji dla inwestorów zagranicznych. Jesteśmy dużym krajem o ogromnym potencjale i trzeba więcej mówić o uproszczeniu wymogów prowadzenia działalności gospodarczej, żeby przyciągnąć więcej inwestorów, którzy będą budować tutaj swoje firmy.

Według „Global Business Complexity Index 2020” w Europie najbardziej przyjazne państwa dla biznesu to Dania, Holandia i Irlandia. Z kolei działalność gospodarczą najtrudniej prowadzić w Grecji, Francji i Belgii.

Wśród naszych bezpośrednich sąsiadów to Czechy i Rosja mają zdecydowanie trudniej pod względem łatwości prowadzenia działalności, z kolei Niemcy są dużo przed nami – mówi Joanna Romańczuk.

W skali globalnej liderami w budowaniu przyjaznego środowiska biznesowego są Curaçao (terytorium zależne Holandii), Stany Zjednoczone, Jamajka i Dania. Na przeciwległym biegunie znalazły się natomiast Indonezja, Brazylia, Argentyna i Boliwia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przedsiebiorcom-nad,p464417844

Pandemia nasiliła już wcześniej istniejące kryzysy humanitarne. Do końca roku z głodu umrze więcej osób niż z powodu koronawirusa

Koronawirus i związane z nim ograniczenia i skutki przyczyniają się do nasilenia takich kryzysów humanitarnych. WHO wskazuje, że problem głodu może dotknąć dodatkowe 130 mln ludzi. Według raportu Oxfam do końca roku średnio 12 tys. osób dziennie umrze z powodu głodu, podczas gdy w szczytowym momencie pandemii w kwietniu br. każdego dnia umierało z tego powodu 10 tys. osób. Skutki kryzysu najmocniej odczują najsłabsze społeczności, np. w krajach ogarniętych wojną, które nie radzą sobie bez pomocy z zewnątrz. – Na szczęście koronawirus przyczynił się do wzmocnienia solidarności międzynarodowej – mówią przedstawiciele Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

– Pandemia w dużej mierze wpłynęła na to, jak wygląda sytuacja w różnych częściach świata. Kryzys gospodarczy, który jest jej konsekwencją, wpłynął na to, że w Kenii wedle danych Banku Światowego prawie pół miliona ludzi może stracić pracę. W Etiopii już dziś mówimy o tym, że ponad 8,5 mln dzieci cierpi głód. Wraz z nasilającą się pandemią i ograniczeniami tych zagrożeń będzie więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Rutkowska, rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega, że koronawirus może nasilić już istniejące kryzysy na świecie. W przewlekłej sytuacji kryzysowej znajduje się obecnie, według danych WHO, ok. 220 mln ludzi. Wiele krajów, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie, cierpi z powodu konfliktów i głodu. Ekonomiczne skutki pandemii mogą pogorszyć i tak już złe warunki życia, zwłaszcza wśród uchodźców. PCPM podaje, że w latach 2010–2019 liczba uchodźców na świecie niemal się podwoiła, z 40 do 79,5 mln osób. To największa liczba w prawie 70-letniej historii urzędu Wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców (UNHCR).

– Szczególną uwagę powinniśmy skierować w stronę Syrii, gdzie 4 mln ludzi potrzebuje natychmiastowego wsparcia, a 11 mln ludzi – pomocy humanitarnej. Z drugiej strony są Etiopia i Kenia, które potrzebują wsparcia w rozwiązaniu problemu głodu – wymienia Aleksandra Rutkowska. – To właśnie ogarnięte wojną państwa Afryki i Bliskiego Wschodu bardziej potrzebują pomocy, bo pandemia wzmogła ich problemy.

Chociaż jest jeszcze za wcześnie, aby ocenić pełny wpływ koronawirusa na sytuację humanitarną na świecie, to na pewno wzrośnie problem głodu. Raport Oxfam podaje, że w 2020 roku to głód zabije więcej osób niż koronawirus. Według raportu „State of Food Security and Nutrition in the World” (m.in. UNICEF-u, WHO i FAO) w ubiegłym roku z tego powodu cierpiało 690 mln ludzi na całym świecie, z czego najwięcej w Azji i Afryce. W tym roku liczba ta może wzrosnąć o dodatkowe 130 mln.

Ograniczenia związane z pandemią – brak eksportu, możliwości transportu, otwartych granic – powodują, że Etiopia, kraj w 90 proc. oparty na rolnictwie, i jej mieszkańcy są w coraz trudniejszej sytuacji. Nie mają możliwości zarabiania pieniędzy, bo jedyna szansa na ten zarobek była właśnie poprzez eksport płodów rolnych, który w dobie pandemii zamarł – podkreśla rzeczniczka prasowa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Kolejnym trudnym wyzwaniem oprócz pandemii jest m.in. epidemia szarańczy. To ona powoduje, że dziennie 80 ton żywności jest odbierane Etiopczykom.

Problem głodu w państwach afrykańskich nasilają także decyzje rządów o zamknięciu szkół i cięciu wydatków na edukację. WHO ocenia, że blisko 10 mln dzieci do końca tego roku wypadnie z systemu edukacji.

W Etiopii zamknięcie szkół równoważne jest z tym, że dzieci nie dostaną jedynego posiłku w ciągu dnia, który otrzymywały zwykle właśnie w szkole. Organizujemy dużą zbiórkę na Etiopię, żeby najpierw rozwiązać te najtrudniejsze problemy, które wiążą się z pandemią, a potem zadbać o fundament, jakim jest edukacja. Bez niej nie będziemy w stanie wspierać tych społeczności – mówi Aleksandra Rutkowska.

Problemem jest także zła kondycja służby zdrowia, np. w Afryce. Kontynent ten – mimo pesymistycznych prognoz – na razie w miarę dobrze radzi sobie z pandemią. Do 9 sierpnia liczba zakażonych przekroczyła 880 tys., a ofiar – 16 tys.

– Większość krajów afrykańskich ma bardzo kruchy system opieki zdrowotnej. W wielu szpitalach, w których my pracowaliśmy, nie było ani jednego respiratora. To znaczy, że w sytuacji, kiedy koronawirus rozszerzałby się i tych zachorowań byłoby więcej, państwa afrykańskie nie byłyby w stanie sobie z tym poradzić – mówi ekspertka. 

To w obliczu takich kryzysów okazuje się, jak ważna jest pomoc międzynarodowa. Jednak pandemia wpłynęła również na pracę fundacji i instytucji, które się tym zajmują. Po pierwsze, ze względu na bezpieczeństwo swoich pracowników wiele działań musiało zostać przeniesionych do online’u. Po drugie, podmioty te musiały zmienić kierunki działania i inicjatywy, na które stawiają akcent. Były też obawy, że problemy gospodarcze i zdrowotne bogatszych państw wpłyną na ograniczenie skali zaangażowania darczyńców. Tak było tylko na początku pandemii.

Dziś już widzimy, bo kontynuujemy bardzo dużą zbiórkę na walkę z głodem w Etiopii, że zainteresowanie darczyńców znów jest duże. Nie odwrócili wzroku od problemów, z jakimi zmaga się świat. Działania, które podejmujemy od czasu pandemii, pokazały nam, że społeczeństwo nie przestało pomagać. W wielu z nas ta sytuacja obudziła wrażliwość społeczną. Solidarność międzykulturowa i międzynarodowa jest dużo silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy nadzieję, że ta tendencja się utrzyma, że nie odwrócimy wzroku od państw, które dziś w dobie pandemii szczególnie potrzebują wsparcia – podsumowuje Aleksandra Rutkowska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-nasilila-juz,p1949515438

Sztuczna inteligencja może zastąpić doradców finansowych. Jej stosowanie na szerszą skalę wymaga jednak odpowiednich regulacji prawnych

Polski nadzorca finansowy, jako jeden z pierwszych krajów Unii Europejskiej, opracował stanowisko dotyczące robodoradztwa. Takie działania wspierają stosowanie sztucznej inteligencji w procesie usług doradztwa inwestycyjnego. Choć robotyzacja zmniejsza koszty i zwiększa wydajność, konieczne są odpowiednie regulacje. Jednym z wyzwań jest zabezpieczenie prawne odpowiedzialności za szkody, które mogą powstać w związku z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

– Jeszcze 10 lat temu jadąc z nawigacją oraz z pasażerem, gdy nawigacja mówiła: jedź prosto, a ktoś, kto siedzi obok, powiedział: skręcaj, skręcilibyśmy. Nie wierzyliśmy, że technologia jest dostatecznie dobra. Dzisiaj pojedziemy prosto. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją w zakresie doradztwa. Dzisiaj wybierzemy człowieka, bo wierzymy w to, że technologia w tym zakresie nie jest jeszcze dostatecznie dobra. Za 10 lat być może wybierzemy już robodoradcę – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Szpringer, partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Robodoradztwo, czyli zautomatyzowane doradztwo inwestycyjne, oparte na zaawansowanych algorytmach, sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, staje się coraz popularniejsze. Sztuczna inteligencja poznaje potrzeby klienta na podstawie baz danych i proponuje mu dedykowane strategie inwestycyjne, następnie zarządza aktywami, aż do uzyskania określonego zysku. Jak podaje raport „Sztuczna inteligencja w bankowości”, erę robotów-doradców zapoczątkował w 2016 roku Bank of America. Dwa lata później Wealthfront stał się pierwszym doradcą robotycznym, który zaoferował bezpłatne, spersonalizowane planowanie finansowe dla swoich klientów.

Obecnie, jak szacuje firma Roland Berger, wartość aktywów zarządzanych przez sztuczną inteligencję wynosi ok. 500 mld euro. Choć to zaledwie 1 proc. światowych aktywów, rynek w ciągu najbliższych kilku lat ma rosnąć w tempie 36 proc. rocznie.

– Sztuczna inteligencja, która jest dostępna dzisiaj, to mechanizm oparty na uczeniu maszynowym, tzn. na algorytmach umiejących uczyć się na podstawie dostarczonych danych, zapotrzebowania klienta, jego profiu i opierając się na tym, proponować decyzje inwestycyjne. Należy pamiętać, że sztuczna inteligencja jest tak dobra jak algorytm, który za nią stoi, oraz dane, które zostaną do niego dostarczone, a za oba te elementy odpowiada człowiek – tłumaczy Jakub Szpringer.

Unia Europejska kładzie duży nacisk na rozwój automatyzacji. Wprowadzenie zachęt do wykorzystywania sztucznej inteligencji przez małe i średnie przedsiębiorstwa ma pozwolić na konkurencję z USA czy Chinami. Dotychczas brakowało jednak regulacji dotyczących wykorzystania sztucznej inteligencji w obszarze finansowym. Komisja Nadzoru Finansowego opracowała projekt stanowiska dotyczącego robodoradztwa w ramach tzw. Cyfrowej Agendy Nadzoru, czyli planu działań KNF w obszarze nowoczesnych usług finansowych. Tym samym Polska jest jednym z pierwszych europejskich krajów, w którym organ nadzoru poruszył szereg istotnych wątków związanych z projektowaniem takiej usługi, jej wdrożeniem i monitorowaniem.

– To jest bardzo dobry znak, bo pokazuje, że nadzorca jest świadom potencjału, jaki istnieje w nowych technologiach, oraz korzyści, jakie może przynieść dla klienta rynku finansowego –  ocenia ekspert.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w obszarze finansowym, choć może zmniejszyć koszty, niesie ze sobą zagrożenia. Dlatego, jak przekonuje Jakub Szpringer, nowe regulacje powinny być transparentne i zabezpieczyć kwestię odpowiedzialności za ewentualne szkody, jakie mogą powstać w wyniku stosowania sztucznej inteligencji.

– Sztuczna inteligencja ucząc się, popełnia oraz będzie popełniała błędy, natomiast konieczne jest to, żeby człowiek na każdym etapie jej rozwoju był w stanie te błędy zrozumieć tak, aby je wyeliminować – przekonuje prawnik.

Regulacje powinny też jasno wskazywać, od kogo klient może domagać się rekompensaty za ewentualne straty. Według rekomendacji komitetu ds. prawnych Komisji UE przyszłe przepisy powinny być wzorowane na regulacjach stosowanych do odpowiedzialności za produkt niebezpieczny.

– Czasami będzie to podmiot wprowadzający dane rozwiązanie na rynek, czasami podmiot, który dostarcza dane, modyfikując działanie sztucznej inteligencji, a czasami nadzorca, który kontroluje bieżącą działalność danego mechanizmu. W przypadku gdyby okazało się, że żaden z tych podmiotów nie jest dostępny, odpowiedzialność należy przypisać podmiotowi, który osiąga korzyści z tytułu działania danej usługi – wskazuje partner w Kancelarii KSZ Smart Legal – Karwasiński Szpringer i Wspólnicy.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p123914818

Internet satelitarny pozwoli połączyć się z siecią z dowolnego miejsca na świecie. Jeszcze w sierpniu ruszą testy technologii

Największe korporacje technologiczne inwestują w rozwój systemów satelitarnego internetu, aby podłączyć do sieci jak największy odsetek społeczeństwa i wymazać z mapy świata białe plamy komunikacyjne. Najbardziej zaawansowane prace w tej materii prowadzi firma SpaceX, która wysłała już pierwsze eksperymentalne satelity. Mają stworzyć podwaliny internetu przyszłości. W ślad za firmą Elona Muska podążają też giganci technologiczni, jak Amazon czy Facebook.

Jeden z najambitniejszych projektów związanych z upowszechnieniem internetu satelitarnego prowadzi firma SpaceX, która w ramach projektu Starlink planuje umieścić na niskiej orbicie okołoziemskiej blisko 12 tys. satelitów komunikacyjnych. Nadrzędnym celem tej inicjatywy jest stworzenie gęstej siatki telekomunikacyjnej, która pozwoli połączyć się ze światową siecią z dowolnego miejsca na Ziemi, w tym m.in. tam, gdzie nie dociera sygnał komórkowy.

– Internet satelitarny Elona Muska będzie jak najbardziej działać. Już w tym momencie mamy dostęp do internetu satelitarnego, cała powierzchnia Polski jest w jego zasięgu. Nie jest to zatem novum w zakresie technologii, lecz pod względem zasięgu, bo Elon Musk planuje objąć nim całą naszą Ziemię – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Bałdyga, kierownik działu astronomicznego Olsztyńskiego Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego.

Dotychczas w ramach programu testowego udało się wystrzelić 595 Starlinków (choć część z nich uległa zniszczeniu lub nie działa), a wszystkie jednostki docelowej sieci komunikacyjnej mają trafić na orbitę do listopada 2027 roku. Potencjalni użytkownicy nie będą musieli czekać kilku lat na podłączenie się do tych satelitów, gdyż proces otwartych beta-testów nowej usługi komunikacyjnej ma rozpocząć się jeszcze w sierpniu 2020 roku.

– Internet satelitarny działa bardzo podobnie do radiowego. Mamy specjalny talerz, który łączy się z satelitą na orbicie i w ten sposób pozyskujemy sygnał. O ile jego prędkość może być bardzo duża, o tyle opóźnienia dochodzą do 630 ms, a przy połączeniu kablowym oscylują w granicach 23 ms. Jeśli chcielibyśmy oglądać film, problemu nie ma, problemy zaczynają się w momencie, jak byśmy chcieli np. grać w gry internetowe, wtedy opóźnienia dyskwalifikują taki internet. Wykorzystuje się go jednak w sytuacjach, kiedy jest potrzebny po prostu dostęp do sieci nie w celach rozrywkowych, tylko komunikacyjnych – mówi Bartosz Bałdyga.

Docelowo internet od SpaceX osiągnie pełną moc operacyjną w 2027 roku i ma być w stanie przesyłać dane z przepustowością rzędu 1 Gb/s oraz przy opóźnieniu od 25 do 35 ms.

Tymczasem do walki o klientów satelitarnych sieci internetowych włączył się również Amazon, który uzyskał od Federalnej Komisji Łączności koncesję na rozwój Projektu Kuiper. Zakłada on wysłanie na niską orbitę okołoziemską ponad 3 tys. satelitów, które pozwolą dostarczyć internet do ok. 95 proc. populacji. Dzięki niemu korporacja będzie świadczyć swoje usługi większej liczbie potencjalnych klientów. Własną satelitarną sieć internetową planuje uruchomić także Facebook, aby dotrzeć ze swoim serwisem do osób, które nie mają dostępu do klasycznego internetu.

Konieczność walki z cyfrowym wykluczeniem jest jednym z koronnych argumentów stojących za rozwojem sieci tego typu. Internet satelitarny pozwoli skomunikować zarówno ubogie regiony krajów rozwijających się, jak i obiekty przemysłowe, które z powodu nietypowego umiejscowienia są odcięte od sieci, np. odległe platformy wiertnicze.

– Satelity podające sygnał internetowy w pewnym sensie są przyszłością komunikacji. Jednakże pozostają przed nami wyzwania stojące w zmniejszeniu czasu reakcji, tzw. pingów. Z drugiej jednak strony umożliwi to połączenie z internetem np. stacji wiertniczych czy statków, które w obecnym momencie prócz połączenia radiowego albo telefonów satelitarnych mają ograniczony dostęp do internetu – tłumaczy ekspert.

Choć potencjał technologii jest ogromny, nie każdy projekt z tej branży kończy się sukcesem. Firma OneWeb w marcu 2020 roku ogłosiła bankructwo po wysłaniu zaledwie 74 z 648 planowanych satelitów komunikacyjnych. W lipcu 2020 roku wykupiły ją brytyjski rząd oraz indyjski konglomerat Bharti Enterprises, dzięki czemu satelity wchodzące w skład programu OneWeb zostaną wcielone do brytyjskiej sieci nawigacji satelitarnej GNSS i nie zamienią się w kosmiczne śmiecie. To jedna z większych obaw przy projektowaniu coraz większej liczby siatek satelitów.

– Starlink z perspektywy szarego człowieka nie jest żadnym zagrożeniem, może zadziałać na plus w obecnej sytuacji geopolitycznej świata. Jednakże w przyszłości może być pewnym zagrożeniem dla astronomów, ponieważ satelita znajdujący się na orbicie może zadziałać jak lusterko, które może puścić nam zajączka prosto w aparaturę astronomiczną, uszkadzając ją. Ale z perspektywy szarego człowieka nie ma żadnego zagrożenia – twierdzi Bartosz Bałdyga.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku satelitarnych systemów przesyłu danych do 2027 roku wzrośnie do 36,9 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 27,9 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/internet-satelitarny,p978206818

Biznes zamierza walczyć ze zmianami klimatu nawet w trakcie pandemii. Na odwrócenie negatywnych tendencji mamy tylko 12 lat [DEPESZA]

ONZ ostrzega, że zostało nam już tylko 12 lat, aby zapobiec nieodwracalnym szkodom spowodowanym zmianami klimatycznymi. Może w tym pomóc biznes, m.in. poprzez kreowanie innowacyjnych rozwiązań dla klimatu, które walczą ze smogiem, poprawiają efektywność energetyczną i wykorzystują recykling. – Pandemia SARS-CoV-2 uwypukla krytyczną rolę, jaką nauka i biznes pełnią w rozwiązywaniu globalnych wyzwań – podkreśla Mike Roman, przewodniczący rady nadzorczej i prezes zarządu 3M.

 Wyzwania związane z klimatem, środowiskiem i zdrowiem publicznym, przed którymi stoi świat, mogą wydawać się przerażające, ale nie są nie do pokonania, zwłaszcza jeśli podejdziemy do nich, opierając się na współpracy, celach i nauce – wskazuje Mike Roman w globalnym raporcie na temat zrównoważonego rozwoju. 

Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega, że do powstrzymania nieodwracalnych szkód spowodowanych zmianami klimatycznymi pozostała nam już tylko dekada. Opracowane Cele Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) wskazują m.in., że w wyniku rosnącej populacji będziemy potrzebować trzykrotnie więcej surowców naturalnych niż obecne zasoby planety. Do 2050 roku w miastach będzie żyło ok. 60 proc. ludzi na świecie. Urbanizacja będzie oznaczać większe zapotrzebowanie na wodę, żywność i energię. Tymczasem już teraz metropolie odpowiadają  za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. Żeby sprostać tym wyzwaniom, potrzeba ścisłej współpracy między rządami, naukowcami a biznesem.

Firma 3M w swoim tegorocznym „Raporcie Zrównoważonego Rozwoju” podkreśla, że pandemia koronawirusa spowodowała jeszcze silniejszy wzrost oczekiwań społecznych odnośnie do transparentności działań międzynarodowych liderów oraz ich zaangażowania w poprawę stanu klimatu.

– Pierwsza połowa tego roku pokazała, że angażowanie się w poprawę stanu klimatu na świecie to już nie tylko przywilej nauki, ale wręcz jej obowiązek. Wiemy, że zaangażowanie w troskę o klimat jest istotne także dla naszych klientów oraz konsumentów korzystających z produktów 3M – podkreśla Alain Simonnet, dyrektor zarządzający 3M na region Europy Wschodniej oraz ambasador 3M w zakresie zrównoważonego rozwoju.

Coraz więcej firm wdraża działania proekologiczne – w produkcji ogranicza wodę, zużycie energii, bazuje na recyklingu. Przykładem służą zwłaszcza światowi giganci. W ciągu ostatnich dwóch dekad 3M zmniejszyło emisję gazów cieplarnianych o 68 proc. (przy jednoczesnym podwojeniu swoich dochodów), a co trzeci zakład spółki podczas produkcji nie marnuje żadnego materiału. Już teraz główna siedziba firmy w Minnesocie jest w 100 proc. zasilana z energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Strategia 3M zakłada, że do 2025 roku aż połowa energii wykorzystywanej przez nią na całym świecie będzie pozyskiwana właśnie w ten sposób.

Istotne jest też kreowanie innowacyjnych rozwiązań, które pomogą chronić klimat.

 Według Światowej Organizacji Zdrowia każdego roku ponad 7 mln ludzi umiera przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza – wskazuje Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju. – Rozszerzyliśmy o komercyjne zastosowanie jedno z naszych najbardziej innowacyjnych rozwiązań klimatycznych do tej pory – nanoszone na dachy domów granulki Cool Roofing Granulesobniżające temperaturę wewnątrz budynku i poprawiające wydajność energetyczną.

Podobne zastosowanie ma specjalna powłoka 3M Scotchkote RG 700 Solar Heat Reflective Coating, zastosowana m.in. w pociągach w Indiach. Tworząc izolację, obniża temperaturę wewnątrz pociągów o ok. 15 proc., dzięki czemu o 20 proc. można zredukować zużycie energii potrzebnej do klimatyzacji pociągu. Firma tworzy też rozwiązania do walki ze smogiem – Smog-reducing Granules dzięki energii słonecznej przekształcają tlenki azotu w jony, które rozpuszczają się w wodzie. W efekcie cząsteczki smogu spływają wraz z deszczem. Innym przykładem może być stosowany w kurtkach materiał Thinsulate Featherless, który wpisuje się w ideę zero waste. Zastępuje puch, a wytwarzany jest z włókna pochodzącego w 100 proc. z recyklingu, dokładnie – z plastikowych butelek.

 Jako 3M chcemy nie tylko dawać dobry przykład, ale także inspirować pozostałych liderów biznesu, aby dołączyli do grona firm, które działają na rzecz ochrony klimatu i skutecznego wdrożenia zasad nowego zielonego porządku – dla dobra nas i przyszłych pokoleń, w każdym miejscu, gdzie obecne jest 3M, oraz na całym świecie – podkreśla Alain Simonnet.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/biznes-zamierza-walczyc,p1071670858

Polskie banki zaakceptowały ponad 1 mln wniosków o wakacje kredytowe. Zdecydowana większość to klienci indywidualni

Do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów. Około 115 tys. z nich złożyli przedsiębiorcy, resztę w większości klienci indywidualni. Ci od 24 czerwca mają też możliwość wnioskowania o wakacje kredytowe także w trybie ustawowym, w ramach tarczy antykryzysowej 4.0. Jak informuje prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz – w skali całej Polski zgłoszono ich dotąd raptem kilkaset.

– Kilka tygodni temu mieliśmy do czynienia ze szczytem składania wniosków o wakacje kredytowe. My nazywamy to moratorium kredytowym. Obecnie mamy jego dwa rodzaje: ustawowe i pozaustawowe. To drugie zostało wdrożone przez banki już 16 marca – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz. – Dostęp był elektroniczny, a rozpatrywanie i decyzje szybkie .

W związku z pandemią SARS-CoV-2 polskie banki już w połowie marca umożliwiły klientom składanie wniosków o tzw. wakacje kredytowe i zawieszenie na trzy miesiące spłaty rat kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych oraz kredytów dla przedsiębiorców. Łączny okres spłaty kredytu był automatycznie wydłużany, a banki rozpatrywały wnioski na maksymalnie uproszczonych zasadach, żeby przyspieszyć pomoc. Według danych ZBP od połowy marca do 3 kwietnia klienci indywidualni złożyli aż 543 tys. wniosków o zawieszenie spłat. Do 20 maja było ich już ponad 855 tys., a poziom pozytywnie rozpatrywanych wniosków był wysoki i utrzymywał się na stałym poziomie (86 proc.)

W sumie do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów.

– W niektórych przypadkach klienci zgłosili po kilka wniosków, bo mieli kilka kredytów i w związku z tym to było po prostu zwielokrotnione. Po paru tygodniach okazało się, że część kredytobiorców postanowiła wycofać swoje wnioski, dlatego że okazało się, że ich sytuacja nie jest tak zła, jak wcześniej przewidywali. Ponadto, w niektórych przypadkach uzyskali wsparcie w innej formie, które pozwoliło im po prostu spokojnie myśleć o rozwoju – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Jak wskazuje, wśród miliona wniosków o tzw. wakacje kredytowe kilka tysięcy zostało złożonych przez rolników i przedsiębiorstwa rolne, a ok. 115 tys. przez przedsiębiorców. Łączna wartość odroczonych kredytów dla przedsiębiorców sięgnęła kilkudziesięciu miliardów złotych. Dynamika składania nowych wniosków o tzw. wakacje kredytowe jest już jednak niska, w większości banków są to już pojedyncze przypadki. Taką możliwość klienci mają jednak jeszcze do końca III kwartału br.

– Przedsiębiorcom, którzy mieli dobrą sytuację finansową w 2019 roku, zwłaszcza w listopadzie i grudniu, to moratorium pozwoliło w bardzo prosty sposób uzyskać dodatkowy kredyt obrotowy. To umożliwiło im pewien oddech i przygotowywanie planów rozwojowych w trudniejszej sytuacji – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – W międzyczasie na wniosek rządu zostało wprowadzone moratorium ustawowe. Do tej pory zgłoszono jedynie kilkaset wniosków w skali całego kraju.

Tarcza antykryzysowa 4.0, która ustawowo wprowadziła taką możliwość, weszła w życie 24 czerwca. Zgodnie z nowymi przepisami klient może wnioskować o zawieszenie spłaty kredytu hipotecznego i konsumpcyjnego na trzy miesiące (zarówno części kapitałowej, jak i odsetkowej kredytu), a okres kredytowania zostanie odpowiednio wydłużony. Taką możliwość mają osoby, które po 13 marca br. straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. Jeżeli w umowie kredytowej funkcjonuje np. małżeństwo, wystarczy, że ten warunek spełnia jedno z nich.

Jak podkreśla prezes Związku Banków Polskich, dla klientów indywidualnych i przedsiębiorców tzw. wakacje kredytowe okazały się dobrym i potrzebnym rozwiązaniem, które pomogło im w zachowaniu finansowej płynności. Zgoła odmiennie odbiły się jednak na kondycji banków.

– Wakacje kredytowe stanowiły i wciąż stanowią wysiłek dla banków, bo sposób zarządzania płynnością się zmienia i konsekwencją są zmniejszone dochody sektora bankowego. Jednak największy wpływ na jego kondycję i stabilność mają dwa czynniki: spadek dochodów wskutek intensywnego obniżenia stóp procentowych NBP i zmniejszone zainteresowanie kredytami w różnych segmentach rynku. To właśnie głównie te czynniki wpływają na obniżenie rentowności i dochodowości – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Dla sektora bankowego wakacje kredytowe w połączeniu z innymi czynnikami mogą przyczynić się do zachwiania jego stabilności, co z kolei może odbić się szerszych echem w całej gospodarce.

– Niedobre jest to, że zmniejsza się przez to tempo budowania siły polskich banków, która jest niezbędna do finansowania rozwoju w kolejnych miesiącach i kwartałach. Ta siła polskich banków jest potrzebna chociażby do tego, żeby mogły finansować programy rozwojowe uzgodnione przez polski rząd i zaplanowane w projektach unijnych – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-banki,p1488370099

Druk 3D zmienia oblicze branży rozrywkowej. Na polskich urządzeniach powstają m.in. kostiumy na potrzeby gry Cyberpunk 2077

Niemal każde studio filmowe posiada już drukarkę 3D. Rekwizytorzy, filmowcy i projektanci kostiumów wykorzystują tę technologię na różnych poziomach. Drukowanie w 3D pozwoliło stworzyć repliki kości dinozaurów na potrzeby filmu „Jurassic World”. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za kostiumy stworzone właśnie na drukarkach 3D. Polskie maszyny z kolei wykorzystywane są przy najbardziej uznanych grach komputerowych, w tym nadchodzącym hicie CD Projekt RED Cyberpunk 2077.

– Druk 3D może zostać wykorzystany w branży rozrywkowej, np. w sektorze filmowym, gamingowym bądź w sektorze odpowiedzialnym za efekty specjalne, ponieważ świetnie sprawdza się tam, gdzie potrzebne są niestandardowe i kreatywne rozwiązania. Ta technologia jest szeroko stosowana w przemyśle filmowym, wykorzystuje się ją np. do tworzenia rekwizytów czy makiet, które później używane są w animacjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, Head of Marketing w Zortrax.

Technologia druku 3D zmienia prawie każdą dziedzinę życia. Znajduje zastosowanie w medycynie, motoryzacji, architekturze, a także w przemyśle filmowym. Druk 3D umożliwia tworzenie rekwizytów czy kostiumów w szybki i precyzyjny sposób. Aaron Sims Creative, firma zajmująca się produkcją filmów, wykorzystała go do opracowania projektu Demogorgona z serialu Netfliksa „Stranger Things”. Skanowanie i drukowanie 3D zostały wykorzystane do stworzenia replik dinozaurów do filmu „Jurassic World” poprzez skanowanie oryginalnych kości i skamieniałości w celu stworzenia modeli do druku. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za najlepsze kostiumy, przy projektowaniu których wykorzystano druk 3D.

–  Również branża gamingowa korzysta z rozwiązań, jakie oferuje technologia druku 3D, np. decydując się na współpracę z projektantami zajmującymi się cosplayami. Takim przykładem jest Lightning Cosplay – jedna z czołowych firm, która na co dzień tworzy kostiumy i elementy strojów inspirowanych postaciami z gier komputerowych takich producentów jak Bethesda i THQ Nordic czy CD Projekt. Lightning Cosplay tworzy projekty, korzystając z pomocy dwóch drukarek od Zortrax – Inkspire i M200 – wskazuje Natalia Jusiak.

Druk 3D stał się niezbędnym narzędziem dla cosplayerów, którzy wcielają się w postaci ze świata fantasy. Umożliwia tworzenie autentycznych replik nawet najbardziej złożonych rekwizytów ze świata science fiction. Druk 3D zdecydowanie przyczynił się do rozwoju branży zajmującej się tworzeniem cosplayów. Wykwalifikowani twórcy projektują i tworzą niestandardowe projekty dla innych, jak np. Lightning Cosplay. Wiernie odtwarzają kostiumy postaci z gier, części ekwipunku, z dbałością o najmniejsze detale. Tak powstały elementy o wysokości warstwy 0,025 mm, gdzie finalny wydruk jest mniejszy niż 2 cm.

– Żywicowa drukarka Inkspire, jakiej używają w swojej pracowni Laura i Ralf z Lightning Cosplay, pozwala drukować elementy grubości kilku milimetrów. Znajdują one swoje zastosowanie np. w mniejszych detalach kostiumu. Można tworzyć na niej również przedmioty o delikatnej strukturze, np. imitację biżuterii, modele czaszek, fantazyjnych zwierząt czy karabiny bądź małe detale na mieczach – wskazuje ekspertka.

Obecnie Lightning Cosplay tworzy na potrzeby CD Projekt RED modele z gry Cyberpunk 2077 – Mantis Blade, czyli broń montowaną w przedramieniu, czy pistolet Achilles. Modele pokazano na ostatnim Gamescomie, a premiera gry zapowiadana jest na wrzesień 2020 roku.

– Godziny przygotowań i studiowanie fragmentów screenów z gry pozwalają wybrać technikę, w jakiej powstaje dany element, a w przypadku wydruków na drukarce 3D – wybrać odpowiedni materiał, który ma być wykorzystany w urządzeniu, lub również zdecydować się na technologię, czy np. ma być to bardziej precyzyjna technologia UV LCD, czy dedykowana do większych gabarytów technologia LPD bądź LPD+ – tłumaczy Natalia Jusiak.

Druk 3D jest znacznie tańszy niż dotychczas stosowane techniki tworzenia replik, pozwala też na wykonanie potrzebnych rekwizytów w krótkim czasie. Po wydrukowaniu elementów w drukarce 3D wystarczy przemodelować projekt cyfrowo w programie graficznym, zamiast spędzać godziny na tworzeniu nowego modelu.

– Przy masowej produkcji zabawek druk 3D służy często jako narzędzie do szybkiego prototypowania, wprowadzania różnych zmian w produkcie finalnym. Na drukarkach powstaje model, który po zatwierdzeniu przez grono projektowe jest wzorem dla całej kolejnej partii produkcyjnej. Ta odbywa się już za pomocą standardowych metod – zaznacza specjalistka Zortrax.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/druk-3d-zmienia-oblicze,p550321128

Przełom w zakresie interfejsów mózg–komputer. O 90 proc. obniżono pobór energii implantów, co pozwoli znacznie wydłużyć ich pracę [DEPESZA]

Naukowcy dokonali dużego skoku technologicznego w zakresie zasilania interfejsów mózg–komputer. Opracowano metodę zmniejszenia poboru mocy implantu przy jednoczesnym zwiększeniu jego dokładności w przesyłaniu sygnałów elektrycznych. To pozwoli opracować długowieczne implanty mózgowe, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– Obecnie interpretowanie sygnałów mózgowych w czyichś zamiarach wymaga komputerów tak wysokich jak ludzie i dużej ilości energii elektrycznej – o wartości kilku akumulatorów samochodowych – podkreśla Samuel Nason, doktorant w Laboratorium Protetyki Nerwu Korowego na Uniwersytecie Michigan.

Zespół z Uniwersytetu Michigan o 90 proc. obniżył zapotrzebowanie prototypowego interfejsu mózg–komputer, przy okazji zauważalnie poprawiając niezawodność przepływu danych. Udało się to uzyskać poprzez zastosowanie autorskiego systemu kompresji sygnałów mózgowych. Większość przewodowych interfejsów mózg–komputer przetwarza aż do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, przez co implant musi pobierać dużo energii. Nowa metoda zakłada badanie sygnałów SBP, czyli zespołu częstotliwości emitowanych przez wiele neuronów w zakresie od 300 do 1000 Hz.

Współczesne interfejsy mózg–komputer funkcjonujące w formie implantów doczaszkowych muszą analizować nawet do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, aby zapewnić płynny i precyzyjny przepływ danych pomiędzy mózgiem a zewnętrznym komputerem. Stosując metodę opracowaną na Uniwersytecie Michigan, można zaprojektować implant, który zapewni podobną bądź wyższą precyzję pomiaru, analizując zaledwie 2 tys. impulsów nerwowych na sekundę. Dzięki temu implanty kolejnej generacji będą mogły pobierać nawet do 90 proc. mniej energii.

– Zmniejszenie ilości energii elektrycznej o rząd wielkości pozwoli w końcu na stworzenie interfejsów mózg–maszyna w domu – przekonuje Samuel Nason. – Już istniejące obwody, wykorzystujące tę samą szerokość pasma i moc, mogą mieć teraz zastosowanie do całego szeregu interfejsów mózgmaszyna. 

Jednym z pionierów na rynku miniaturyzacji technologii interfejsów mózg–komputer jest Neuralink, które pracuje nad prototypowymi rozwiązaniami tego typu. Firma Elona Muska zaprezentowała już wyspecjalizowaną maszynę do szycia, która pozwoli w pełni automatycznie wwiercić się w czaszkę pacjenta i zaszyć w mózgu wiązki elektrod służących do przesyłania impulsów nerwowych do zewnętrznego komputera.

Neuralink jest obecnie w fazie wczesnych testów laboratoryjnych na szczurach, które mają potwierdzić możliwość nawiązania wysokoprzepustowego połączenia między mózgiem a maszyną. Według obecnych założeń 28 sierpnia 2020 roku firma ujawni stan prac nad projektem, a w 2021 roku będzie gotowa do wszczepienia implantów pierwszym pacjentom. Pozwolą one obejść rdzeń kręgowy i nawiązać bezpośrednie połączenie pomiędzy centralnym układem nerwowym a kończynami, tym samym przywracając ich sprawność.

Odkrycie naukowców z Michigan może z kolei prowadzić do powstania długotrwałych implantów mózgowych, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– To duży krok naprzód – podkreśla Cynthia Chestek, profesor nadzwyczajny inżynierii biomedycznej na Uniwersytecie Michigan. – Uzyskanie sygnałów o dużej przepustowości, których obecnie potrzebujemy do bezprzewodowych interfejsów maszyna–mózg, byłoby całkowicie niemożliwe, biorąc pod uwagę zasilanie istniejących urządzeń, takich jak rozrusznik.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer w 2019 roku wyniosła 1,36 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 3,85 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,3 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/przelom-w-zakresie,p79415723