Komputery optyczne przyspieszą rozwój systemów sztucznej inteligencji. Mogą być nawet 1000-krotnie szybsze od działających obecnie [DEPESZA]

Krzemowe superkomputery przystosowane do obsługi algorytmów uczenia maszynowego mogą zostać zastąpione przez ich optyczne odpowiedniki. Wykorzystanie światła jako podstawowego nośnika informacji pozwoli zmniejszyć zużycie energii elektrycznej przy jednoczesnym zwiększeniu mocy obliczeniowej. Firma Lightmatter zaprojektowała w pełni funkcjonalny procesor optyczny, który będzie kamieniem milowym na drodze do porzucenia krzemu na rzecz bardziej przyszłościowej technologii przesyłu danych.

Procesor fotonowy zaprezentowany przez inżynierów Lightmatter powstał z myślą o zastosowaniu specjalistycznym. Układ ma trafić do jednostek wyspecjalizowanych w wykonywaniu zadań na potrzeby systemów sztucznej inteligencji. W przeciwieństwie do klasycznych procesorów Lightmatter wykorzystuje do przesyłania i przetwarzania danych wiązkę światła, a nie impuls elektryczny przepuszczany przez krzemowe układy. Taka konstrukcja pozwoliła zauważalnie zredukować ilość ciepła wydzielanego przy maksymalnym obciążeniu procesora.

– Departament Energii szacuje, że do 2030 roku technologie komputerowe i komunikacyjne będą zużywać ponad 8 proc. światowej mocy. Tranzystory, siła napędzająca tradycyjne procesory, nie są ulepszane, a bardzo się grzeją. Budowanie coraz większych centrów danych to ślepa uliczka na drodze postępu obliczeniowego – przekonuje dr Nicholas Harris, założyciel i dyrektor generalny Lightmatter.

Układ Lightmatter został wykonany przy wykorzystaniu technologii druku cyfrowego, która pozwoliła na stworzenie procesora składającego się z przeszło miliarda tranzystorów FinFET, dziesiątek tysięcy fotonicznych jednostek arytmetycznych oraz setki konwerterów danych. Procesor został przystosowany do współpracy z najpopularniejszymi frameworkami używanymi do pracy z algorytmami sztucznej inteligencji, dlatego może zostać wykorzystany m.in. w parze z PyTorch czy TensorFlow.

Nie tylko inżynierowie z Lightmatter pracują nad wdrożeniem technologii przetwarzania danych z wykorzystaniem układów fotonicznych. W 2019 roku zespół badaczy z IBM Research Zurich zaprezentował optyczny tranzystor organiczny zdolny do przetwarzania danych z 1000-krotnie wyższą prędkością niż klasyczne tranzystory bazujące na technologii krzemowej.

Z kolei inżynierowie z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Uniwersytetu George’a Washingtona opublikowali na łamach „Applied Physics Reviews” pracę naukową opisującą model teoretyczny fotonicznej sieci neuronowej. Zgodnie z ich wyliczeniami zastosowanie optycznych układów Tensor Processing Unit wyspecjalizowanych do pracy w ramach głębokich sieci neuronowych pozwoliłoby nawet trzykrotnie przyspieszyć proces przetwarzania danych przez algorytmy sztucznej inteligencji.

– Potrzebujemy nowego paradygmatu w obliczeniach komputerowych. Procesory optyczne są znacznie szybsze i bardziej energooszczędne niż tradycyjne procesory. Jednocześnie umożliwiamy rozwój systemów obliczeniowych i zmniejszamy ich wpływ na naszą planetę – podkreśla dr Nicholas Harris z Lightmatter.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/komputery-optyczne,p921711662

Pracodawcy coraz częściej testują swoich pracowników na koronawirusa. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki czy plany filmowe

W ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń koronawirusem. W efekcie firmy coraz chętniej poddają swoich pracowników badaniom krwi. – Takie testy traktowane są jako benefit pracowniczy, a inne, takie jak wejściówki na siłownie, schodzą na dalszy plan – mówią przedstawiciele ALAB Laboratoria. Szybkie testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki, przedszkola czy plany filmowe.

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich i Konfederacji Lewiatan gospodarka traci na pandemii i związanych z nią restrykcjach średnio 2 mld zł dziennie, a dotychczasowe straty sięgają prawie 200 mld zł. Wprawdzie w czerwcu i lipcu zniesiono większość restrykcji i obostrzeń, a pracownicy wielu branż wrócili do stacjonarnych biur i zakładów pracy, jednak w ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń wirusem SARS-CoV-2 – w piątek przybyło ich 842. Dlatego też odmrażanie gospodarki i powrót do normalnego trybu pracy wiąże się dla firm z wyzwaniem zapewnienia bezpieczeństwa zarówno pracownikom, jak i klientom oraz kontrahentom, którzy mają z nimi kontakt.

– Bezpieczny powrót do biura to rzecz, nad którą głowią się dziś działy HR wielu firm. Badania krwi w kierunku COVID-19 wśród pracowników są jednym z elementów tego bezpiecznego powrotu do biura. Badając pracowników, firma może zarządzać ryzykiem i niebezpieczeństwem związanym z zakażeniami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes lek. med. Agata Strukow, dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Jak podkreśla, w grupie ryzyka znajduje się każdy, kto jest narażony na bezpośredni kontakt z innymi ludźmi – niezależnie od branży i miejsca pracy.

– Nie można powiedzieć, że są jakieś konkretne branże, które powinny się przebadać. Chyba że ktoś jest leśniczym, pracuje w lesie, wśród zwierząt i nie spotyka się z ludźmi, ale to są wyjątki – podkreśla Agata Strukow. – Z testów korzysta branża rozrywkowa. Badamy ludzi na planach popularnych seriali telewizyjnych czy reklam. Badani są także m.in. marynarze, pracownicy zakładów przemysłowych czy przedszkoli. Jeżeli takie badanie przeprowadza przedszkole, to rodzice czują się bardziej komfortowo i bezpiecznie, są pewni, że oddają dzieci w zdrowe ręce.

Główny Inspektorat Sanitarny opracował wytyczne dla zakładów pracy i poszczególnych branż, które obejmują m.in. zachowanie półtorametrowych odstępów pomiędzy stanowiskami pracy i częstą dezynfekcję ogólnodostępnych przestrzeni. Obowiązek wprowadzenia reżimu sanitarnego i zapewnienia bezpieczeństwa spoczywa na pracodawcach, którzy muszą przeorganizować zasady panujące w miejscu pracy. Jednak np. w fabrykach czy open space’ach będzie to trudne, a w przypadku wykrycia wirusa wśród pracowników firma musi liczyć się z zawieszeniem działalności, przymusową kwarantanną i stratami finansowymi.

Badania laboratoryjne pozwalają zminimalizować to ryzyko. Testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala zaś pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy.

– Firma może elastycznie zarządzać stanowiskami oraz zapewnić pracownikom bezpieczeństwo i komfort. To przekłada się również na klientów – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria. – Pracownicy z kolei czują się zaopiekowani. Można powiedzieć, że dzisiaj, w dobie COVID-19, inne benefity pracownicze zostają z tyłu za takimi badaniami.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podkreśla, że masowe testy przesiewowe są jedynym sposobem na opanowanie pandemii i zapobieganie nowym ogniskom choroby. Układ immunologiczny człowieka po kontakcie z koronawirusem SARS-CoV-2 zaczyna z nim walczyć i uruchamia mechanizmy obronne. W efekcie wytwarzane są specyficzne przeciwciała, które można wykryć testem serologicznym Elisa (ang. Enzyme-Linked Immunosorbent Assay). Daje on odpowiedź na pytanie, czy we krwi znajdują się dwa antygeny: IgG oraz IgM.

Test jest szybki i wyróżnia się wysoką czułością. To jedna z najlepiej sprawdzonych w diagnostyce metod badania krwi na obecność przeciwciał. Podobnie jak przy morfologii do badania pobierana jest krew, ale nie trzeba być na czczo. Test można wykonać zarówno rano, jak i po południu, bo pora dnia nie wpływa na poziom przeciwciał. Wyniki można sprawdzić przez internet lub w aplikacji w telefonie. Decyzję o przeprowadzeniu takich testów wśród pracowników pracodawca może podjąć samodzielnie albo we współpracy z lekarzem, np. specjalistą medycyny pracy.

 Niektóre firmy zapraszają pracowników danego dnia i wtedy jedziemy do firmy albo z wymazobusem, albo z pielęgniarką, która pobiera krew. Jednak są też firmy, które zapraszają swoich pracowników pojedynczo do naszych laboratoriów. Czasem testami obejmują również ich rodziny. Teraz mamy wakacje, więc zainteresowanie badaniami jest trochę niższe, ale ze względu na wysoką liczbę zachorowań widzimy, że ruch wraca. Od początku pandemii przebadaliśmy kilkadziesiąt zakładów pracy i kilkadziesiąt firm. Oceniamy, że od września będzie ich jeszcze więcej – mówi Agata Strukow.

Badania w kierunku COVID-19 należy powtarzać za każdym razem, kiedy pracownik miał kontakt z patogenem lub sytuacją potencjalnie zakaźną.

 Dobrym przykładem takich powtarzalnych badań są lekarze. Mamy już takich lekarzy, którzy badali się wielokrotnie, za każdym razem, kiedy mieli kontakt z zakażonymi pacjentami – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pracodawcy-coraz,p613902506

Niepewność hamuje odmrażanie transportu lotniczego. Przewoźnicy liczą, że tegoroczny sezon urlopowy się wydłuży

W czerwcu największe w Polsce Lotniska Chopina odprawiło raptem 46 tys. pasażerów, o ponad 97 proc. mniej niż rok wcześniej. W lipcu skorzystało z niego 444 tys. pasażerów. To duży skok w ujęciu miesięcznym, choć w porównaniu do tego samego miesiąca poprzedniego roku spadek sięgnął 77 proc. W Polsce, podobnie jak w całej Europie, transport lotniczy powoli się odmraża, ale barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność sytuacji, np. dotycząca obowiązku odbywania kwarantanny po powrocie. Przewoźnicy liczą, że mimo tych trudności sezon urlopowy się wydłuży, co pozwoli odrobić część strat.

– Najbliższe dwa tygodnie to szczyt przewozów. Sierpień był zawsze najbardziej popularnym miesiącem do podróży wakacyjnych, szczególnie za granicę. To rzeczywiście widać, natomiast nadal jest to niewiele więcej niż 40 proc. tego, co zwykle – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych linii Enter Air.

Jak wynika z czerwcowego badania „Future of Travel” przeprowadzonego na zlecenie Europ Assistance, w tym roku, mimo pandemii, plany urlopowe ma 81 proc. Polaków. Większość z nich deklarowała, że wybierze wypoczynek w kraju (79 proc.), a 1/3 rodaków – zagranicę, przy czym 17 proc. chciało spędzić urlop w jednym z krajów Unii Europejskiej, a 7 proc w innych krajach poza UE. Zdecydowana większość (66 proc.) na urlop wybierała się samochodem, samolot zamierzał wybrać tylko co piąty (21 proc.).

Badanie pokazuje też, że mimo dużej chęci podróżowania wśród Polaków utrzymuje się duża niepewność i wielu nie wie jeszcze, czy będą rezerwować wakacje w nadchodzących miesiącach. Jesienią wypoczynek zarezerwowało 26 proc. badanych, zimą wyjechać planuje natomiast 19 proc.

– Mamy nadzieję, że sezon się wydłuży, bo przez okres lockdownu nie mogliśmy w ogóle podróżować, przewozy w zasadzie nie istniały. Natomiast teraz widać tendencję, że ludzie rezerwują swoje wakacje również na październik, i to taki późny październik, co wcześniej nie miało miejsca – mówi Andrzej Kobielski.

Jak wskazuje, w bieżącym sezonie letnim popyt na przewozy lotnicze jest przyzwoity, ale to wciąż raptem mniej niż polowa tego potencjału, który był oferowany rok wcześniej, jeszcze przed wybuchem pandemii Covid-19. W czołówce najpopularniejszych zagranicznych kierunków wakacyjnych niezmiennie od lat utrzymują się Grecja, Bułgaria, Chorwacja i Turcja. Nie inaczej jest w tym roku..

 Ponieważ po zniesieniu lockdownu podróże lotnicze były możliwe tylko w ramach Unii Europejskiej, obecnie wygrywa i prym wiedzie Grecja, na drugim miejscu jest Hiszpania. Natomiast od kilku dni wiemy, że możemy latać do Turcji i Egiptu i w tej chwili widać, że Turcja bardzo ładnie przyspiesza. Ten kierunek zaczyna doganiać Grecję – mówi Andrzej Kobielski.

Przewoźnicy obserwują jednak duże wahania tego popytu, powodowane głównie niespójnością komunikatów, jakie docierają do turystów.

 Dobrym przykładem była niedawna wypowiedź jednego z rzeczników ministerstw, który wskazał, że być może pasażerowie powracający z zagranicy będą poddawani kwarantannie. To w naturalny sposób ograniczyło popyt praktycznie w ciągu 24 godzin – mówi Andrzej Kobielski.

Barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność. Pasażerowie nie wiedzą, jak będzie wyglądać sytuacja za tydzień bądź dwa, kiedy będą wracać z urlopów, czy rządy innych państw nie zamkną granic dla turystów z Polski albo czy będą musieli przejść kwarantannę.

– To znacznie ogranicza możliwości długoterminowego planowania podróży przez potencjalnych pasażerów – mówi Andrzej Kobielski.

Od 14 sierpnia obowiązek 10-dniowej kwarantanny dla przyjezdnych z Polski wprowadziła już Norwegia. W tym samym czasie Polska trafiła też na cypryjską listę krajów zagrożonych koronawirusem w kategorii B, co oznacza, że Polacy wylatujący na Cypr będą wpuszczani do tego kraju tylko z negatywnym wynikiem testu na Covid-19.

Miesiące lockdownu, a następnie odmrażanie latania ograniczone przez tę niepewność powodują duże turbulencje w branży lotniczej na całym świecie. Według danych Eurocontrol transport lotniczy w Europie zmniejszył się średnio o 90 proc. Ograniczenia w transporcie międzynarodowym i regionalnym ograniczyły liczbę operacji pasażerskich, więc i przychody linii lotniczych gwałtownie spadły.

– Dzięki specyfice ruchu, który obsługujemy, jesteśmy w czołówce przewozów lotniczych, bo realizujemy prawie 40 proc. naszego pierwotnie założonego planu. Oczywiście wciąż brakuje 60 proc., ale na tle przewoźników to jest absolutnie doskonały wynik – mówi Andrzej Kobielski.

Jak ocenia, w tej chwili ruch lotniczy w Polsce powoli się odtwarza, podobnie jak w Europie, a najszybciej do normalności wracają zwłaszcza Francja czy Wielka Brytania.

 Odbudowa rynku lotniczego do poziomów sprzed pandemii będzie trwać 2–3, a nawet 4 lata. Szacunki IATA wskazują, że nastąpi to dopiero ok. 2024 roku. Samolot stał się nieprzydatny dla podróży biznesowych. Ruch biznesowy w Europie na pewno dostanie przez to mocno po kościach, bo przez te 4 miesiące firmy nauczyły się funkcjonować bez konieczności spotykania się na sesje czy biznesowe mityngi – mówi Andrzej Kobielski. – Inaczej sytuacja wygląda w przypadku ruchu turystycznego. Morza, piasku i słońca nie da się przynieść przez internet do domu, więc te podróże zawsze będą miały trochę inną strukturę popytu. To zresztą widać po naszych wynikach – obsługujemy głównie rynek wakacyjny i samoloty Enter Air latają pełne.

Jak wynika z ostatniego raportu Enter Air, I kwartał br. był dla niej bardzo udany, bo wzrosły liczba lotów i przychody. W czasie pandemii spółka zawiesiła 97 proc. lotów, ale – jak podkreślają jej władze – dzięki przesunięciu terminów płatności rat leasingowych za wszystkie samoloty i ograniczeniu innych kosztów stałych udało się przetrwać ten trudny okres. Jak podkreśla prezes, nowe procedury bezpieczeństwa są jednym z tych elementów, które koszty działalności podnoszą, ale nie są szczególnym wyzwaniem ani dla przewoźników, ani pasażerów.

Noszenie maseczek, rękawiczek przez personel pokładowy, podróżowanie w maseczkach, do czego w zdyscyplinowany sposób pasażerowie się stosują. Do tego samoloty są dezynfekowane co najmniej raz dziennie, elementy wspólne takie jak łazienki czy kuchnie w samolocie są dezynfekowane po każdym odcinku – wymienia Andrzej Kobielski. – Linie lotnicze dawniej dążyły do tego, aby przylot i odlot dzielił jak najkrótszy czas liczony w minutach. W tej chwili przez procedury sanitarne nie będziemy w stanie zrobić tzw. nawrotu w ciągu 30 minut, to będzie minimum 80 minut, więc to jest wyzwanie, bo zabiera możliwość efektywnego utylizowania środka trwałego, jakim jest samolot.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niepewnosc-hamuje,p1231544615

Transformacja cyfrowa polskich firm przyczyni się do stworzenia tysięcy nowych miejsc pracy. Postawią na nią najbardziej poszkodowane sektory, jak turystyka czy rozrywka

Mimo recesji i strat przedsiębiorstwa nie będą w najbliższych miesiącach ciąć inwestycji w cyfryzację. – Postawią na nią zwłaszcza te sektory, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo – mówi Krzysztof Augustynowicz z Salesforce. Transformacja cyfrowa pociągnie za sobą tworzenie nowych miejsc pracy. IDC wskazuje, że w Polsce ekosystem Salesforce, oparty na technologicznych produktach i usługach Salesforce, wygeneruje 1,5 mld dol. przychodów i stworzy ponad 4,2 tys. miejsc pracy do 2024 roku.

Transformacja cyfrowa nie jest już możliwością, ale – w obliczu tego, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach – stała się koniecznością, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości biznesowej. Można to zobrazować tym, co stało się w obszarze pracy zdalnej. Nie wszystkie firmy były na nią gotowe i nie wszystkie miały narzędzia, które taką pracę umożliwiały. Teraz zdały sobie sprawę, że muszą się na to przygotować, bo nie wiadomo, co będzie za trzy–cztery miesiące, nie wiadomo, jak ta rzeczywistość biznesowa będzie wyglądała w przyszłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Augustynowicz, regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce, firmy działającej w obszarze systemów CRM.

Mimo recesji i problemów finansowych wywołanych pandemią SARS-CoV-2 firmy nie zamierzają wstrzymywać inwestycji i wydatków na cyfrową transformację. Wręcz przeciwnie, wiele z nich planuje nawet przyspieszyć ten proces i przejść go szybciej, niż planowały, bo w trakcie pierwszych miesięcy pandemii zdały sobie sprawę, jak bardzo cyfrowe narzędzia są im potrzebne do zachowania ciągłości funkcjonowania i reagowania na zmiany w otoczeniu biznesowym.

Transformacja cyfrowa dotknie wszystkie sektory, ale największe przełożenie będzie mieć na sektor B2C, czyli business-to-consumer. Firmy będą musiały zmienić sposób, w jaki kontaktują się ze swoimi klientami, na bardziej zautomatyzowany. Po drugie, będą musiały także spojrzeć na klienta bardziej kompleksowo, zrozumieć jego oczekiwania. Nowe szanse i nowe miejsca pracy pojawią się przede wszystkim w działach IT, ale również po stronie biznesu – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

W najbliższym czasie na cyfryzację postawią zwłaszcza te branże, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo. Aby przetrwać okres lockdownu, przedsiębiorstwa z tych sektorów musiały szybko przenieść niemal całą swoją działalność do online’u. Teraz z kolei będą ją rozwijać. Ekspert Salesforce ocenia, że głównym obszarem cyfrowej transformacji przedsiębiorstw będą CRM i relacje z klientem oraz integracja procesów i danych.

– Firmy posiadają duże ilości danych, które pochodzą z różnych źródeł. Aby je zrozumieć albo wyciągnąć z nich jakieś wnioski, trzeba je zintegrować i dokonać odpowiedniej analizy – mówi Krzysztof Augustynowicz.

Jak podkreśla, transformacja cyfrowa i wszystko, co jest z nią powiązane, będą też tworzyć nowe miejsca pracy, bo sam ten proces wymaga wykwalifikowanych pracowników o ściśle określonych umiejętnościach.

Raport firmy IDC „Salesforce Economic”, który mówi o tym, jak Salesforce z naszymi partnerami będzie się przekładał na gospodarkę krajową, wskazuje, że do roku 2024 stworzymy bezpośrednio 4 tys. nowych miejsc pracy i 8 tys. pośrednio – mówi ekspert.

Z raportu IDC wynika także, że ekosystem Salesforce zyska w ciągu kolejnych czterech lat 1,5 mld dol. przychodu z nowych kontraktów. Motorem napędowym tego wzrostu będą usługi przetwarzania danych w chmurze. IDC szacuje, że ich popularność będzie rosła w tempie 18 proc. rocznie, z 256 mln dol. w 2018 roku do 698 mln dol. w 2024 roku. W tym okresie wydatki na oprogramowanie niezwiązane z chmurą będą rosły w tempie 1 proc.

Jak podkreśla ekspert, wdrażanie technologii do firm powinno pomóc w wychodzeniu gospodarki z kryzysu. Problem jednak w tym, żeby proces ten przyspieszyć. Na razie Polska wypada blado na tle innych państw UE. Według indeksu DESI publikowanego przez Komisję Europejską („Digital Economy and Society Index”) nasz kraj zajmuje pod względem cyfrowej transformacji i digitalizacji przedsiębiorstw 23. miejsce w Europie, plasując się zdecydowanie poniżej średniej, choć w porównaniu z ubiegłym rokiem poprawiła swój wynik o dwa miejsca w górę.

– Mamy w Polsce bardzo dobrze wykształconą kadrę informatyczną. Jednak z drugiej strony ok. 60 proc. osób pracujących u nas nie używa do tego komputera. To powoduje, że stopień ucyfrowienia jest ciągle niesatysfakcjonujący – mówi Krzysztof Augustynowicz. – Trzeba jednak zwrócić uwagę, że coraz więcej firm decyduje się na cyfryzację swoich procesów i dla dużych spółek takie rozwiązania jak chmura obliczeniowa czy Big Data są już właściwie standardem. Dla ponad 50 proc. spółek w Polsce systemy ERP nie są rozwiązaniem nowym, one już z nich korzystają. W porównaniu do tego, co działo się jeszcze kilka lat temu, to jest zdecydowany progres. Jesteśmy w dobrym miejscu, ale wciąż długa droga przed nami.

Jedną z istotnych barier, które blokują ten rozwój, jest brak kompetencji cyfrowych.

Dlatego kilka lat temu stworzyliśmy platformę e-learningową, żeby dać ludziom możliwość zdobycia nowych kwalifikacji m.in. z obszaru sprzedaży i serwisu  cloudu czy budowania aplikacji. Do tej pory 1,7 mln osób skorzystało już z tej możliwości – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/transformacja-cyfrowa,p1812252736

Sztuczna inteligencja jest już w stanie wygenerować realistyczny mecz tenisowy między dowolnymi graczami. System może zwiększyć realizm w grach komputerowych [DEPESZA]

Zespół badaczy z Uniwersytetu Stanforda wypracował nowatorski model wirtualizacji rozgrywek sportowych przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego. Naukowcy wyszkolili algorytmy do rozpoznawania indywidualnego stylu gry zawodników i skorelowali pozyskane dane z systemem graficznej reprezentacji ruchu. Dzięki temu stworzyli oprogramowanie zdolne automatycznie generować przebieg meczów z udziałem dowolnych zawodników.

– Przedstawiamy system konwertujący nagrania z meczów tenisowych na interaktywne sprite’y [dwuwymiarowe obrazki rastrowe – przyp. red.], które zachowują się i wyglądają jak zawodowi gracze w tenisa. Nasze podejście opiera się na teksturach wideo i wykorzystuje wiedzę na temat cyklicznej struktury wymian tenisowych do generowania przejść pomiędzy klipami oraz akceptowania sygnałów wejścia na potrzeby sterowania kluczowymi parametrami rozgrywki – tłumaczy Haotian Zhang z Uniwersytetu Stanforda.

Nadrzędnym celem zespołu z Uniwersytetu Stanforda było dogłębne zbadanie charakterystyki gry poszczególnych zawodników i nauczenie sztucznej inteligencji, jak reagują na zagrożenie płynące ze strony konkretnych przeciwników. W tym celu wykorzystano technologię uczenia maszynowego do przeanalizowania tysięcy zagrań każdego ze sportowców i znalezienia ich modelowych zachowań podczas rozgrywki.

W trakcie szkolenia algorytmu pod uwagę wzięto trzy kluczowe parametry – przygotowanie się zawodnika do odbioru piłki, sposób uderzenia oraz zajęcie pozycji po rozegraniu. Zebrane dane poddano następnie analizie przy wykorzystaniu systemu sztucznej inteligencji Vid2Player. Jego zadaniem było odnalezienie wzorców zachowań, które w późniejszej fazie badań posłużyły do wirtualizacji zachowania graczy.

– Wykorzystaliśmy dane z archiwum wideo do modelowania pozycji zawodnika na korcie i decyzji dotyczących wyboru zagrań podczas zdobywania punktów. Używamy tych modeli behawioralnych do wybierania klipów wideo, które odzwierciedlają działania, jakie prawdziwy gracz mógłby podjąć w danej sytuacji meczowej, oddając w ten sposób realizm wymian na poziomie makro, a nie tylko indywidualnych ruchów – podkreśla Haotian Zhang.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w procesie szkoleniowym pozwoliło wypracować w pełni zindywidualizowane modele zachowań graczy. System nauczył się, że Novak Djokovic zazwyczaj podaje na słabszą stronę przeciwnika, a Roger Federer podczas oczekiwania na piłkę trzyma się bliżej linii końcowej niż Rafael Nadal.

Pozyskanie tak szczegółowych danych pozwoliło pójść o krok dalej i przeprowadzić symulowaną rozgrywkę pomiędzy dowolnymi zawodnikami, nawet tymi, którzy nigdy nie spotkali się na korcie. Naukowcy w trakcie testów przeprowadzili pokazowy mecz dwóch Rogerów Federerów i symulowali starcie Szwajcara z Sereną Williams. Wirtualne awatary graczy odpowiadały na swoje zagrania na podstawie modelu predykcyjnego wypracowanego w procesie uczenia maszynowego.

– Zdaniem doświadczonych tenisistów wymiany generowane przy użyciu naszego systemu są znacznie bardziej realistyczne pod względem zachowania gracza niż metody sprite’ów wideo, które uwzględniają tylko jakość przejść podczas syntezy wideo – przekonuje badacz.

Proces analizy i przetwarzania danych wypracowany przez zespół z Uniwersytetu Stanforda pozwolił także wprowadzić interaktywne elementy do transmisji i wybierać punkty zagrania oraz cofnięcia się po odebraniu piłki. Tym samym stworzono podwaliny systemu, który może zostać wykorzystany przez twórców gier komputerowych na potrzeby stworzenia realistycznego symulatora tenisa, modelującego zachowanie wirtualnych awatarów zawodowych sportowców zgodnie z historycznymi danymi wizualnymi.

 

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-jest,p1621153210

Od 2021 roku zmienią się przepisy budowlane. Nowe budynki będą bardziej energooszczędne

Z początkiem przyszłego roku w Polsce zaczną obowiązywać zaostrzone wymogi efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków. Będą one charakteryzować się m.in. lepszą izolacją, a więc niższym zapotrzebowaniem na energię. Branża budowlana w większości jest już gotowa na zmiany, do których przygotowywała się przez ostatnich osiem lat. Zresztą zmiany te, związane ze spełnieniem standardów unijnych, następowały etapowo i od nowego roku będzie to trzeci, ostatni etap. Dla użytkowników budynków oznaczają one większy komfort i oszczędności na rachunkach za ogrzewanie. Nowe wymogi nie powinny przełożyć się na wzrost cen mieszkań – podkreślają przedstawiciele branży budowlanej.

– Jako branża materiałów budowlanych bardzo pozytywnie oceniamy zmiany, które zachodzą w zakresie poprawy efektywności energetycznej budynków – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kielar, członek zarządu Stowarzyszenia Producentów Wełny Mineralnej: Szklanej i Skalnej MIWO. – Jest to istotny element zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju, ochrony środowiska, ale również podnoszenia komfortu życia mieszkańców Polski. Nie da się też ukryć, że dzięki temu będziemy w stanie lepiej stawić czoła spowolnieniu wywołanemu pandemią koronawirusa.

Z początkiem 2021 roku wejdą w życie nowe warunki techniczne dotyczące poprawy efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków (WT2021). Zaostrzone zostaną m.in. współczynniki przenikania ciepła ścian zewnętrznych i dachów, a okna i drzwi będą musiały również spełnić wyższe wymagania. Każdy nowy budynek mieszkalny będzie musiał być nie tylko dobrze ocieplony, ale też zastosowane w nim będą urządzenia korzystające z energii odnawialnej. Lepsza izolacja domów to mniej wykorzystanej energii potrzebnej do ich ogrzewania czy chłodzenia, co oznacza wymierne oszczędności.

– Kombinacja nowych warunków technicznych, które pozwolą budować w supernowoczesny sposób, i termomodernizacji, która poprawia stan istniejącej w Polsce substancji mieszkaniowej, jest świetnym sposobem na to, żeby uniknąć kryzysu w branży budowlanej wynikającego z pandemii – wyjaśnia Andrzej Kielar.

W najbliższych latach szansą na rozwój branży budowlanej będą nie tylko nowe przepisy, ale także  termomodernizacja istniejących budynków. W Polsce jest ok. 5,5 mln domów jednorodzinnych (które stanowią 90 proc. wszystkich budynków mieszkalnych). Wiele z nich zostało wzniesionych jeszcze przed 1989 rokiem i charakteryzują się niską efektywnością energetyczną. Rząd wspiera finansowo ich termomodernizację w ramach kilku programów i instrumentów finansowych, m.in. Stop Smog, program Czyste Powietrze czy ulga termomodernizacyjna, na które w najbliższych latach przeznaczy z budżetu miliardy złotych.

– Nowe warunki techniczne są fantastycznym uzupełnieniem termomodernizacji, czyli drugiego filaru, na którym w najbliższych latach powinien się opierać rozwój branży budowlanej w Polsce. Renowacja jest nam potrzebna i w Polsce, i w Unii Europejskiej, bo wiąże się, po pierwsze, z redukcją niskiej emisji i smogu, który nas dusi, a po drugie, daje oszczędności energetyczne – mówi członek zarządu Stowarzyszenia MIWO

Wejście w życie nowych regulacji to efekt unijnej dyrektywy EPBD, dzięki której Unia Europejska chce zredukować zużycie energii i emisję CO2 w budownictwie. W Polsce unijne regulacje były wprowadzane etapami (w 2014 i 2017 roku), aby rynek zdążył się do nich przygotować.

– Kolejny krok we wprowadzaniu nowych warunków technicznych, który będzie miał miejsce od 1 stycznia przyszłego roku, nie jest niczym nowym. Cała branża przygotowywała się do tego przez ostatnich osiem lat – podkreśla Andrzej Kielar.

Jak wskazuje, już w tej chwili wiele budynków w Polsce jest wznoszonych według nowych wytycznych. Tym bardziej że od ubiegłego roku obowiązują one dla nowo powstających i modernizowanych budynków publicznych. Większość podmiotów z rynku budowlanego jest przygotowana na kolejne zmiany, co widać chociażby na przykładzie biur projektowych, które mają w swej ofercie projekty gotowych domów. Niemal wszystkie są już przystosowane do WT2021, bo w przeciwnym razie z końcem tego roku stałyby się nieaktualne.

– Inwestorzy już dostrzegają konieczność stosowania najnowszych wymogów i technologii. Widzą też korzyści wynikające z tego, że budynki są bardziej energooszczędne, że spełniają zdecydowanie lepsze wymagania w zakresie akustyki, oszczędności energii, ale również komfortu użytkowania – przekonuje ekspert.

Według analiz i wyliczeń Stowarzyszenia MIWO nowe standardy w zakresie energooszczędności budynków nie powinny spowodować wzrostu cen mieszkań.

– Na przykład dla mieszkania w budynku wielorodzinnym, którego cena wynosi ok. 9 tys. zł za 1 mkw., koszt zwiększenia grubości izolacji wyniesie około 0,1 proc., czyli 1 promil w stosunku do jego wartości rynkowej. Niezależnie zaś od ceny rynkowej metra kwadratowego mieszkania dodatkowy koszt związany ze wzrostem grubości izolacji może wynieść około 9–10 zł za 1 mkw. powierzchni mieszkania. To bardzo niewiele, a bezsprzecznie nowe przepisy są bardzo korzystne dla użytkowników budynków. Zużyją oni mniej energii i zapłacą mniej za ogrzewanie domu w każdym kolejnym roku od 2021 – wyjaśnia Łukasz Glapa, sekretarz zarządu stowarzyszenia MIWO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-2021-roku-zmienia-sie,p1876978220

Zyski banków mniejsze o połowę. Kryzys napędzi cyfryzację sektora

– Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu. Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA. Jak wskazuje, banki przechodzą w tej chwili transformację i dostosowują swoje modele biznesowe do nowych warunków, stawiając głównie na szybszą cyfryzację i rozwój zdalnych kanałów kontaktu z klientami. Kryzys wywołany przez COVID-19 nie pozostaje też bez wpływu na kondycję finansową sektora, w którą najmocniej uderzają niskie stopy procentowe, spadek popytu na kredyty i znaczący wzrost ryzyka.

Spadek marży odsetkowej wywołany obniżką stóp procentowych, wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe oraz spadek przychodów z tytułu opłat i prowizji, spowodowany zmniejszonym popytem na usługi bankowe – to w ocenie NBP główne czynniki, które w nadchodzącym czasie wpłyną na spadek zyskowności sektora bankowego. W ubiegłym tygodniu bank centralny podał, że zysk netto sektora za I półrocze był aż o 47,7 proc. niższy rok do roku i wyniósł 3,93 mld zł. W samym czerwcu wyniósł 0,55 mld zł i w ujęciu rocznym spadł aż o 67 proc. Dla porównania zysk netto całego sektora bankowego za ubiegły rok wyniósł 14,7 mld zł.

Pandemia jest czasem spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji w II kwartale. W tym okresie mamy spadek popytu na kredyt, co stanowi największy kłopot dla wszystkich banków. Klienci rzadziej wnioskują o kredyty, w związku z czym mamy mniej klientów. Jest też drugi czynnik związany z tym, że Narodowy Bank Polski, reagując na spowolnienie, obniżył stopy procentowe, a to zawsze oznacza spadek dochodów odsetkowych dla sektora bankowego – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA.

Seria trzech tegorocznych obniżek stóp procentowych (17 marca, 8 kwietnia i 28 maja) mocno wpływa na wyniki banków. Główna stopa referencyjna NBP została obniżona z 1,5 proc. na początku marca do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc. obecnie i najprawdopodobniej w kolejnych kwartałach stopy procentowe zostaną utrzymane na tym poziomie, bo prognoza banku centralnego dotycząca gospodarki jest bardziej pesymistyczna, niż zakłada rząd. W lipcowym raporcie o inflacji NBP prognozuje spadek PKB w 2020 roku o 5,4 proc. i odbicia do stanu sprzed pandemii dopiero w 2022 roku.

Kolejny niekorzystny czynnik to spadek popytu na kredyty, który odzwierciedlają dane BIK. W pierwszym półroczu banki i SKOK-i udzieliły mniej prawie wszystkich rodzajów produktów kredytowych – zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W lipcu liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem lipca 2019 roku. Z kolei w segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej.

NBP wskazywał na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach już w pierwszym kwartale. Jednak w lipcowym raporcie bank centralny wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają odwracać ten trend i zacząć stopniowo łagodzić kryteria – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Na wynikach banków odbija się też jednak znaczny wzrost ryzyka kredytowego i konieczność zawiązania rezerw na skutki pandemii SARS-CoV-2 (cały sektor odpisał na nie w pierwszym półroczu 3,1 mld zł). Wzrost bezrobocia, spowolnienie gospodarcze i bankructwa przedsiębiorstw zwiastują gorszą spłacalność i więcej tzw. złych kredytów, więc banki muszą zawiązać na ten cel wielomilionowe odpisy.

W związku z tym banki standardowo pokazują niższe zyski i to jest właśnie ten moment, w którym następuje spadek zysków całego sektora. To oczywiście przekłada się na cenę akcji – mówi prezes Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, pandemia jest czasem, w którym banki starają się zmieniać i dostosowywać swoje modele biznesowe do nowych warunków. Reżim sanitarny i zmiana sposobu, w jaki klienci korzystają z usług bankowości, głównie poprzez kanały zdalne, są bodźcem do szybszej cyfryzacji sektora. Jednak warto podkreślić, że polskie banki jeszcze przed pandemią należały do najbardziej zdigitalizowanych i innowacyjnych w Europie.

Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu – mówi Leszek Skiba. – Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację. Część placówek w bankach było zamkniętych m.in. z powodów sanitarnych, ale też związanych z popytem. W naszym banku też widzimy, że klienci wolą używać środków zdalnych, kontaktują się przez telefon i aplikację, rzadziej pojawiają się w oddziałach i to jest naturalne. Banki dostosowują się do tej sytuacji w przyspieszony sposób poprzez cyfrową transformację. Robią więcej niż zwykle, żeby być w kontakcie z klientami właśnie za pomocą kanałów zdalnych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zyski-bankow-mniejsze-o,p529202026

Rusza produkcja pierwszych szczepionek na koronawirusa. 400 mln dawek może niebawem trafić do Europy [DEPESZA]

Komisja Europejska podpisała już pierwsze porozumienie w sprawie zakupu potencjalnej szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Podstawa umowy ramowej obejmuje zakup 300 mln dawek szczepionki po wykazaniu, że jest ona bezpieczna i skuteczna. Umowa daje też możliwość zakupu kolejnych 100 mln dawek. Komisja nadal prowadzi rozmowy w sprawie podobnych umów z innymi producentami szczepionek.

Niedawno o swojej szczepionce przeciw wirusowi SARS-CoV-2 poinformowała Rosja, a jej produkcja właśnie ruszyła na masową skalę. Międzynarodowi eksperci zwracają jednak uwagę na niski poziom bezpieczeństwa Sputnika V i niewystarczające badania kliniczne. 

Tymczasem Komisja Europejska podpisała umowę na zakup co najmniej 300 mln dawek szczepionki na SARS-CoV-2. Po wynikach dotyczących bezpieczeństwa i immugenności szczepionka stworzona przez naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie, która produkowana będzie przez firmę AstraZeneca, znajduje się już w II/III fazie badań klinicznych prowadzonych na dużą skalę. Opiera się ona na niezdolnym do replikacji wektorze adenowirusa szympansa (ChAdOx1). Do tego gwarantowane są m.in. szybkość realizacji, niewysokie koszty i zdolność produkcyjna, która ma zapewnić zaopatrzenie w szczepionkę całej Unii Europejskiej.

– Po tygodniach negocjacji mamy do czynienia z pierwszą umową ramową na zakup potencjalnej szczepionki – podkreśla Stella Kyriakides, komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w KE.

To porozumienie jest pierwszym elementem wdrażania strategii Komisji Europejskiej w sprawie szczepionek. Strategia ta umożliwi dostarczanie w przyszłości szczepionek Europejczykom, a także naszym partnerom w innych częściach świata – wskazuje Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej.

17 czerwca KE zaprezentowała europejską strategię przyspieszenia rozwoju, produkcji i wdrożenia skutecznych i bezpiecznych szczepionek przeciwko SARS-CoV-2. W ramach tego planu komisja ma sfinansować część kosztów, które producenci szczepionek muszą ponieść na początkowym etapie. W zamian otrzyma prawo do zakupu określonej liczby dawek szczepionek w określonym terminie. Jak zapowiada KE, w celu przyspieszenia zatwierdzenia i udostępniania skutecznej szczepionki w państwach członkowskich zostanie wykorzystana elastyczność unijnych ram regulacyjnych.  Dotyczy to m.in. szybszej procedury udzielania zezwoleń i elastyczności w odniesieniu do etykietowania i pakowania.

KE planuje też udostępniać szczepionkę w formie darów krajom o niższych i średnich dochodach. W tym celu zebrała niemal 16 mld euro.

– Będziemy w dalszym ciągu niestrudzenie pracować nad wprowadzeniem większej liczby potencjalnych szczepionek do szerokiego unijnego wachlarza szczepionek. Bezpieczna i skuteczna szczepionka pozostaje najpewniejszym sposobem ochrony naszych obywateli i reszty świata przed koronawirusem – podkreśla Stella Kyriakides.

Rozmowy trwają także z innymi producentami potencjalnych szczepionek. 31 lipca ogłoszono wstępne porozumienie z Sanofi-GSK, a 13 sierpnia z Johnson & Johnson. Na całym świecie badanych jest ponad 140 potencjalnych szczepionek.

(Newseria Innowacje)

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rusza-produkcja-pierwszych,p730712956

Pandemia koronawirusa spowolniła rozwój Przemysłu 4.0. Firmy automatyzują produkcję przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji i internetu rzeczy

Przymusowe wstrzymywanie pracy fabryk oraz widmo nadchodzącego kryzysu postpandemicznego oddaliły wizję powszechnego wdrożenia rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. Najbardziej innowacyjne firmy, które dostrzegły potencjał pracy zdalnej w dobie pandemii, inwestują obecnie w sprawdzone rozwiązania związane z automatyzacją produkcji oraz wykorzystaniem systemów analizy Big Data, które pozwolą usprawnić procesy przemysłowe.

– Niewiele fabryk na świecie wdrożyło wielką ósemkę Przemysłu 4.0, czyli metody kojarzone z nowoczesną technologią, metodami zarządzania produkcją czy komunikowaniem się maszyn bez udziału człowieka. Bieżące wdrożenia przystopowały ze względu na obawę przed inwestycją, zatrzymaniem projektów, zamknięciem fabryk. Z drugiej strony pandemia pozwoliła zobaczyć, jak przystępne są cyfrowe technologie, które są siłą napędową Przemysłu 4.0. W związku z tym łatwiej będzie nam podejmować decyzje o wdrożeniach tego typu technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mikołaj Dramowicz, prezes zarządu DATAPAX.

Mimo spowolnienia procesów wdrożeniowych z zakresu Przemysłu 4.0 automatyzacja i cyfryzacja procesów przemysłowych wydaje się przyszłością gospodarki uprzemysłowionej. Z raportu „Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja” opracowanego przez analityków z firmy Deloitte wynika, że dla 86 proc. menedżerów wyższego stopnia wdrażanie nowych technologii będzie mieć kluczowe znaczenie dla uzyskania przewagi rynkowej nad konkurencją.

Badanie sugeruje, że największą przeszkodą na drodze do wdrożenia transformacji cyfrowej jest brak wiedzy na temat tego, w jaki sposób ją przeprowadzić oraz które technologie powinny stanowić podstawę nowej infrastruktury informatycznej, na co zwróciło uwagę 41 proc. respondentów. Ponadto aż 61 proc. badanych przyznało, że firma musi dokonać zmian personalnych bądź nauczyć pracowników nowych umiejętności, zanim przeprowadzi cyfrową transformację.

– W Polsce w dużej części firm, szczególnie z sektora MŚP, głównym narzędziem do zarządzania jest Excel. Do tej pory te firmy nie były otwarte na nowe technologie. Oczywiście firmy międzynarodowe, które budują nowe oddziały, przodują i stosują bardzo nowoczesne rozwiązania, więc jesteśmy na dobrej drodze. Szukamy metod na usprawnianie, ale do Przemysłu 4.0 jeszcze nam daleko – ocenia ekspert.

O konieczności usprawnienia metod wdrażania systemów inteligentnych przekonują również przedstawiciele hubu technologicznego działającego pod egidą Krakowskiego Parku Technologicznego. Zespół hub4industry stworzył kompleksowy program wsparcia dla przedsiębiorstw zainteresowanych wdrożeniem rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. W tym celu zbudowano showroom Fabryki Przyszłości, w którym firmy mogą sprawdzić, jak konkretne technologie sprawdzają się w praktyce. Hub realizuje także pilotażowe projekty wdrożeniowe i prowadzi działania edukacyjne w zakresie wykorzystania technologii Przemysłu 4.0

– Najchętniej wprowadzane technologie z Przemysłu 4.0 przede wszystkim opierają się na internecie rzeczy. W przemyśle są to różnego rodzaju czujniki na maszynach, które mogą informować o tym, co się dzieje z parkiem maszynowym, czy są jakieś awarie i je przewidywać. Jest też analiza danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w firmach produkcyjnych, żeby móc podjąć sensowną decyzję i wyszukać w gąszczu informacji te sensowne i wartościowe. Internet rzeczy i analiza danych poprzez sztuczną inteligencję przodują dlatego, że są najbardziej dostępne, najłatwiej nam je zrozumieć i są najprostsze we wdrożeniu – wyjaśnia Mikołaj Dramowicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku Przemysłu 4.0 w 2019 roku wyniosła 71,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 156,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 16,9 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p681214872

Ministerstwo Rolnictwa chce zwiększyć popyt na polską żywność. Od końca września łatwiej będzie rozpoznać w sklepie mięso krajowej produkcji

30 września wejdą w życie zmiany w rozporządzeniu sprzed trzech lat, nakazujące umieszczanie na mięsie sprzedawanym na wagę poza napisaną nazwą kraju pochodzenia także wizerunek flagi danego kraju. Ma to pozwolić konsumentowi na pierwszy rzut oka rozpoznać, skąd pochodzi produkt, i wybrać ten z Polski, jeśli jest to dla niego ważny czynnik. Przepis dotyczy mięsa świń, drobiu, kóz i owiec. To drugi po ziemniakach produkt objęty obowiązkiem flagowania.

Konsumenci coraz bardziej poszukują mięsa, co do którego pochodzenia mają pewność. Unia Europejska nie pozwala znakować niektórych produktów krajem pochodzenia, chociaż to się zmienia i coraz częściej ministrowie z różnych krajów też o tym mówią – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – My nie wstydzimy się naszej żywności, chcemy, żeby ona była na rynku polskim rozpoznawana, choćby przez jednoznaczne oznaczenie. Dlatego w tych obszarach, w których Unia nie zabrania, wprowadzamy oznaczenie biało-czerwoną chorągiewką. Nie decydujemy za konsumentów, mamy absolutnie otwarty wolny rynek, każdy sam decyduje, co chce kupić, ale niech kupuje świadomie.

Na razie wymogiem oznaczania flagą kraju pochodzenia objęte są ziemniaki. Początkowo rozporządzenie to dotyczyło wyłącznie warzyw sprzedawanych luzem, w maju ubiegłego roku objęło również konfekcjonowane, z tym że te, które zostały zapakowane przed wejściem w życie rozporządzenia, mogły być obecne na rynku w dotychczasowej formie do końca ubiegłego roku. Teraz producenci mięsa (a bardziej detaliści) dostali 90 dni na dostosowanie oznaczenia do nowych wymogów. Jesteśmy na półmetku tego okresu.

Średnio konsument w Polsce zjada rocznie ok. 40 kilogramów wieprzowiny, około 30 kilogramów drobiu i 2–3 kg wołowiny. Gdy nastąpił lockdown, w kłopocie znaleźli się eksporterzy: połowa polskiego drobiu i 90 proc. wołowiny (której rozporządzenie zresztą nie dotyczy) produkowane są na rynki zagraniczne. Producenci wieprzowiny narzekali za to na spadek cen żywca i mięsa z powodu nadprodukcji w USA i zamknięcia segmentu HoReCa, który do dziś nie powrócił do skali działalności z analogicznych okresów ubiegłych lat. Jednak Polacy chętniej zaczęli deklarować zakupy produktów lokalnych: według Nielsena aż co czwarty uważa, że kupuje ich więcej niż przed pandemią.

– My bardzo świadomie zachęcamy Polaków do kupowania produktów polskich. „Kupuj świadomie – Produkt polski” to akcja, którą prowadzimy od wielu tygodni z różnymi partnerami. Są w nią zaangażowane spółki kolejowe i autobusowe, Poczta Polska, bardzo wielu znanych ludzi, którzy również sami się zgłaszają, żeby promować polskie produkty – przekonuje minister rolnictwa. – Chcemy, żeby zwiększyło się zapotrzebowanie na polską produkcję żywnościową. Oczywiście zabiegamy o eksport, to jest jeden z naszych celów, ponieważ produkujemy więcej żywności, niż Polacy są w stanie zjeść. Ale chcielibyśmy, żeby żywność podstawowa na naszych stołach pochodziła od polskich rolników.

Minister zastrzega przy tym, że promowanie polskiej żywności nie oznacza namawiania do rezygnacji z produktów, których w Polsce wyhodować się nie da z uwagi na klimat, takich jak oliwki, pomarańcze czy inne cytrusy. Zachęca natomiast do wybierania polskich produktów w tych kategoriach, w których polscy rolnicy czy hodowcy je produkują, a do takich niewątpliwie należą ziemniaki czy mięso. Zwłaszcza że – jak przekonuje szef resortu rolnictwa – jest ono bardzo dobrej jakości i oferowane po rozsądnych cenach.

Jednocześnie w ten sposób dochody mają polscy rolnicy, powstają miejsca pracy, są podatki przeznaczane na wielkie programy społeczne – argumentuje Jan Krzysztof Ardanowski. – Jeżeli ktoś korzysta z programu 500+, dodatkowej emerytury, bezpłatnych leków dla ludzi powyżej 75. roku życia, ze wsparcia dla dzieciaków idących do szkoły, wyprawki czy dodatkowych świadczeń dla wielodzietnych mam, to musi wiedzieć, że te pieniądze pochodzą z tego, co w gospodarce funkcjonuje. I powinny być wydawane w pierwszej kolejności na polskie produkty, bo one wracają w części jako zasilenie podatkowe przeznaczane na te cele społeczne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-rolnictwa,p1298013085