Naprawa kotłów i urządzeń gazowych we Wrocławiu

Naprawa kotłów i urządzeń gazowych we Wrocławiu. Regularna obsługa kotła to świetny sposób na uniknięcie niepotrzebnego stresu. Nieoczekiwana awaria kotła może osłabić nastrój, nie mówiąc już o obciążeniu portfela, a co najważniejsze ma wpływ na Twoje bezpieczeństwo.

Nasz zespół ABC GAZ we Wrocławiu  jest tutaj, aby Ci pomóc. Zapewniamy szybką i wydajną obsługę kotłów Termet, serwis kotłów Viessmann.  https://abc-gaz.pl/ Jesteśmy dumni z tego, że oferujemy wygodny sposób na wydajne i bezpieczne działanie kotła, abyś mógł cieszyć się nieprzerwanym centralnym ogrzewaniem.

A ponieważ pomaga zapobiegać naprawom awaryjnym, które mogą być kosztowne, jest również bardzo opłacalny.

Naprawa kotłów Viessmann i Termet


Oferujemy również serwis tego samego dnia na kotłach marki Viessmann,Vaillant,  Termet, SaunierDuval.

Gdy nas zatrudniasz, konserwacja Twojego kotła gazowego jest przeprowadzana przez doświadczonych serwisantów, którzy są również zarejestrowani pod kątem bezpieczeństwa gazowego, co oznacza, że ​​upewniamy się, że Twój kocioł jest naprawiany zgodnie ze standardami branżowymi. Zgłaszają również wszelkie problemy.

Z dumą zapewniamy doskonałą co roczną obsługę kotłów. Dbamy o to, jak traktujemy naszych klientów, co zapewniło nam uznanie wśród Klientów. Możesz przeglądać nasze opinie na naszej stronie Google. Przekonasz się, że konsekwentnie otrzymywaliśmy oceny klientów 4 na 5 gwiazdek.

Szeroka gama rozwiązań grzewczych dla Twojego domu. Od zamocowania rury po instalację nowego kotła. Nasi specjaliści są przygotowani do przeprowadzania wszelkich napraw czy instalacji kotłów gazowych, instalacji hydraulicznych i centralnego ogrzewania.


Będąc renomowaną firmą z siedzibą w południowym Wrocławiu, firma ABC-GAZ dąży do zapewnienia wysokiej jakości pracy, doskonałej obsługi i zadowolenia klientów. Nasi eksperci od instalacji chętnie Ci pomogą – jeśli więc potrzebujesz usługi, skontaktuj się z nami pod numerem 533 747 999, aby umówić się na spotkanie w dogodnym dla Ciebie terminie.


Każdy z naszych serwisantów jest wykwalifikowanym specjalistą w zakresie bezpieczeństwa gazowego, więc możesz ufać, że będą oni bezpiecznie serwisować twój piec gazowy.


Zapraszamy do zapoznania się naszą ofertą na stronie firmowej https://abc-gaz.pl/

Niepewna przyszłość rynku kredytowego. Dalsze zaostrzanie polityki przez banki może zachwiać całą gospodarką

W pierwszej połowie tego roku banki udzieliły mniej kredytów we wszystkich segmentach rynku. Spadki wynikają zarówno z mniejszego zainteresowania klientów, jak i zaostrzania polityki kredytowej sektora. Dalsze jej zaostrzanie w kolejnych kwartałach może doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce, czego efektem może być m.in. spadek polskiego PKB. Z raportu NBP wynika wprawdzie, że banki w niewielkim stopniu będą łagodzić swoje podejście, ale Związek Banków Polskich podkreśla, że ze względu na wzrost ryzyka i duże obciążenia sektora polityka musi pozostać bardziej restrykcyjna niż przed pandemią.

– W ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy ogromny spadek zainteresowania ofertą kredytową banków. Wystąpił on właściwie we wszystkich grupach. Największy obserwujemy w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw oraz rolników. Istotny spadek, ale nie tak dramatyczny, zaobserwowaliśmy też w przypadku kredytów mieszkaniowych. Szacujemy, że na koniec tego roku poziom ilościowy i wartościowy kredytów mieszkaniowych zmniejszy się o ok. 8–10 pkt proc., czyli nie będzie tragedii, ale jednak wyraźne zmniejszenie – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Spadek popytu na kredyty odzwierciedlają dane BIK za pierwsze półrocze tego roku. Banki i SKOK-i udzieliły w nim mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych, zarówno w ujęciu wartościowym, jak i ilościowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. Z kolei liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy tylko w lipcu spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem tego samego miesiąca zeszłego roku. Co istotne, spadki mają zarówno charakter podażowy, jak i popytowy.

– Mamy z jednej strony ograniczenia po stronie samych klientów, czyli po stronie popytowej. Jest to także związane z ofertą wsparcia, którą w okresie pandemii rząd skierował do przedsiębiorców. Ze zrozumiałych względów część klientów zrezygnowała w tej fazie z typowego kredytu bankowego, ponieważ uzyskała pomoc z tarczy finansowej PFR-u – wyjaśnia prezes ZBP. – Z drugiej strony banki, ze względu na pandemię, sytuację na rynku i poziom kredytów nieregularnie obsługiwanych, zaostrzyły w ostatnich miesiącach politykę kredytową.

Na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach rynku już w pierwszym kwartale br. wskazywał NBP. W przypadku produktów dla przedsiębiorstw skala tego zaostrzenia była największa od 2009 roku. Prezes ZBP podkreśla, że wynika to m.in. z wysokiego poziomu nieregularnie obsługiwanych kredytów i wzrostu ryzyka kredytowego.

– W strefie euro poziom kredytów nieregularnych mieści się w przedziale ok. 2,5–3,5 pkt proc. W Polsce niestety ten poziom utrzymuje się w przedziale 6,5–7 pkt proc., ale w przypadku kredytów dla przedsiębiorców i niektórych kredytów konsumpcyjnych przekroczył już nawet 12 pkt proc. Banki nie mogą sobie pozwolić na podwyższenie poziomu kredytów nieregularnych. Ponadto polskie rozwiązania podatkowe i ostrożnościowe są bardzo restrykcyjne i dotkliwe. Ten zbieg czynników, czyli wysokie obciążenie, stosunkowo wysoki poziom kredytów nieregularnych, pandemia i kłopoty wielu przedsiębiorstw, powodują, że polityka banków musi być o wiele ostrożniejsza, bardziej restrykcyjna – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Zarówno bank centralny, jak i ZBP wskazują, że zaostrzenie polityki kredytowej może w kolejnych kwartałach doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce. To zaś przełoży się na spadek polskiego PKB.

– To zjawisko credit crunchu było widoczne zwłaszcza w latach 2008–2015, zarówno na rynku amerykańskim, jak i europejskim. Taka sytuacja ma miejsce, kiedy banki, które odpowiadają przede wszystkim za bezpieczeństwo depozytów, widząc, że pewna pula kredytów się zepsuła i może zagrozić ich stabilności, mocno ograniczają swoją akcję kredytową – wyjaśnia prezes ZBP. – W Stanach Zjednoczonych credit crunch był bardzo głęboki i władze federalne musiały podejmować działania zakrojone na wielką skalę, łącznie z pewnymi specyficznymi metodami finansowania przedsiębiorstw bezpośrednio przez federalną rezerwę. Z kolei w wielu krajach Europy Zachodniej władze zawierały z systemami bankowymi dodatkowe porozumienia, udzielały dodatkowego finansowania lub gwarancji, ale było to połączone z rekapitalizacją, a w niektórych przypadkach nacjonalizacją banków.

Polski sektor bankowy zetknął się ze zjawiskiem credit crunchu w II połowie 2008 roku. Jak wskazuje ZBP, kredytowanie gospodarstw domowych spadło wówczas o 25 proc., a kredytowanie przedsiębiorstw o 33 proc, a efektem tej sytuacji był spadek polskiego PKB o 1 pkt proc.

– W dłuższym okresie w przypadku Polski to ograniczenie kredytowania było stosunkowo niewielkie, bo w latach 2008–2015 wzrost kredytowania wyniósł w sumie ponad 48 proc. i byliśmy na drugim miejscu w całej Unii Europejskiej. W wielu krajach kredytowanie spadło w tym czasie o kilkanaście do nawet kilkudziesięciu procent. Dlatego też w Polsce PKB obniżyło się tylko o 1 pkt proc. rocznie, ale w innych krajach spadki były kilkuprocentowe. Credit crunch jest groźny, bo rzutuje na płynność firm i współpracę między przedsiębiorcami. Doprowadza do zaburzeń w różnych segmentach gospodarki realnej. Dlatego trzeba robić wszystko, aby zapobiec temu zjawisku – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz.

W lipcowym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają już stopniowo łagodzić politykę kredytową – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niepewna-przyszlosc,p348388605

Polska pracuje nad strategią wodorową. Aby zaistnieć na globalnym rynku, będzie musiała znaleźć swoją niszę

Ministerstwo Klimatu tworzy strategię wodorową do 2030 roku, która według zapowiedzi ma trafić do konsultacji jesienią. Rozwój tego rynku w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowej emisji gazów cieplarnianych. Aby było to możliwe, Polska musi się jednak skupić na tzw. zielonym wodorze, wytwarzanym ze źródeł odnawialnych. Tymczasem na globalnym rynku wodoru już jesteśmy obecni – z roczną produkcją na poziomie ok. 1 mln ton, ale jest to przede wszystkim tzw. szary surowiec, wytwarzany z paliw kopalnych.

Jeżeli chodzi o szanse Polski na globalnym rynku wodorowym, musimy pamiętać, że szereg państw i dużych firm już teraz mocno inwestuje w wodór. Stąd ważny jest wybór niszy, w której chcemy się specjalizować, to musi być rozwiązanie systemowe. Potrzebujemy wielu regulacji, instrumentów finansowych i wsparcia państwowych firm, które są aktywne w tym sektorze – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór to perspektywiczny rynek, w którym szansę dostrzegła też Komisja Europejska. Opublikowana na początku lipca strategia wodorowa przewiduje wsparcie finansowe, instytucjonalne i ma zapewnić bodziec rozwojowy dla rynku wodoru w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na ten surowiec w 2030 roku ma sięgnąć ok. 16,5 mln ton. Popyt na wodór rośnie na całym świecie – stowarzyszenie FCHEA szacuje, że do 2050 roku ten surowiec będzie już pokrywać ok. 14 proc.  całkowitego zapotrzebowania na energię w USA (raport Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”). 

W tej chwili Stany Zjednoczone – podobnie zresztą jak i UE – są jednym z największych na świecie producentów wodoru, wytwarzając ok. 10 mln ton rocznie (cała globalna produkcja to ok. 74 mln ton). Polska wytwarza ok. 1 mln ton (największym producentem jest Grupa Azoty) i chcąc dalej rozwijać się na tym rynku, będzie musiała sprostać rosnącej, globalnej konkurencji i znaleźć swoją niszę na rynku wodorowym.

Kwestiami, o których możemy myśleć, są oczywiście chemia, magazynowanie i przesył wodoru oraz elektrolizery, czyli produkcja wodoru. Wprawdzie tutaj jest spora konkurencja, ale swoich sił próbują na tym polu również firmy z mniejszych krajów, jak Nowa Zelandia, i też mają spore szanse – mówi Łukasz Antas. – Możliwości dla polskich technologii jest więcej. Mamy silnych graczy w sektorze kolejowym, producentów autobusów, więc tutaj też jak najbardziej powinniśmy inwestować, bo w tych sektorach mamy większe perspektywy. Trzeba przeanalizować, które z nich są najbardziej perspektywiczne, i na nich skoncentrować wysiłki.

Jak podkreśla, na rynku tzw. szarego wodoru (czyli produkowanego z paliw kopalnych) Polska jest już teraz dość istotnym graczem. Jednak przyszłość rynku to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. Ten stanowi jak na razie raptem 5 proc. całkowitej produkcji tego surowca.

Szary wodór jest wykorzystywany głównie w procesach przemysłowych i praktycznie nie jest sprzedawany na rynku. Teraz więc Polska musi wykonać szereg inwestycji, wprowadzić regulacje i zapewnić środki finansowe, żebyśmy mogli zaistnieć na globalnym rynku. Nie jako producenci, bo pod tym względem trudno będzie konkurować z takimi gigantami jak Katar czy generalnie Bliski Wschód, ale przede wszystkim musimy myśleć o technologiach zastosowania wodoru w gospodarce, np. w przemyśle chemicznym, który jest w Polsce bardzo silny – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Ministerstwo Klimatu pracuje w tej chwili nad strategią wodorową do 2030 roku, która – jak zapowiedział minister Michał Kurtyka – ma trafić do konsultacji jeszcze tej jesieni. Rządowy plan zakłada m.in. współpracę z państwowymi spółkami, które będą inwestować w wodór i wykorzystanie mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

Podejrzewam, że decyzja rządu pójdzie w kierunku wspierania chemii [wodór stosuje się głównie jako surowiec w procesach chemicznych, np. produkcji amoniaku – red.], ale sektor kolejowy i autobusowy prawdopodobnie też będą uwzględnione dość wysoko – prognozuje Łukasz Antas.

Według rządowych planów rozwój rynku wodoru w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia przez nasze kraj emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza z sektora transportowego. Jednak aby faktycznie było to możliwe, Polska musi skupić się na tzw. zielonym wodorze, produkowanym ze źródeł odnawialnych.

To, czy Polska będzie produkowała zielony wodór, zależy tylko od nas. Mamy w planach duże farmy offshore na morzu, o mocy prawie 6 GW, i spokojnie można wykorzystać je do produkcji zielonej energii. Mało kto mówi też o tym, że do produkcji zielonego wodoru można wykorzystać biomasę. Z perspektywy Polski, czyli kraju, w którym sektor rolniczy jest dosyć rozwinięty, ważne jest, żeby tę definicję zielonego wodoru na poziomie unijnym rozszerzyć tak, aby dawała szansę na jego produkcję właśnie z biomasy albo ze śmieci – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-pracuje-nad,p573532396

Sztuczna inteligencja skróci czas wykonania rezonansu magnetycznego 10-krotnie. Wygenerowany przez nią obraz diagnostyczny jest identyczny jak otrzymany starym sposobem [DEPESZA]

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do wykonywania badania rezonansem magnetycznym pozwala na otrzymanie obrazu diagnostycznego aż dziesięciokrotnie szybciej, niż ma to miejsce w tradycyjnych aparatach. Jak wynika z badań naukowych, taka forma otrzymania wyników pozwala na stwierdzenie takich samych nieprawidłowości i postawienie identycznej diagnozy, jak ma to miejsce w tradycyjnym MRI. Technologia została już przetestowana w ortopedii. Kolejnym krokiem będzie wykorzystanie jej w diagnostyce neurologicznej.

– Nasze badanie dotyczące fastMRI jest ważnym krokiem w kierunku akceptacji klinicznej i wykorzystania skanów MRI wykonywanych dzięki sztucznej inteligencji, ponieważ po raz pierwszy pokazuje, że obrazy generowane przez SI są zasadniczo nie do odróżnienia od standardowych badań klinicznych MRI i są wymienne pod względem dokładności diagnostycznej – podkreśla dr n. med. Michael P. Recht, profesor radiologii Louis Marx na Wydziale Radiologii Uniwersytetu Nowojorskiego Langone.

FastMRI jest oparta na sieci neuronowej, która analizuje największy na świecie otwarty zbiór danych o rezonansach magnetycznych kolana. Na podstawie tych danych algorytm sztucznej inteligencji był w stanie wygenerować skan MRI o dokładności odpowiadającej temu, który wykonywany jest standardowo, jednak w aż dziesięciokrotnie szybszym tempie. Standardowo badanie rezonansem trwa od 10 minut do nawet 1,5 godziny.

Następnie badania obrazowe otrzymane u 108 pacjentów przez fastMRI i tradycyjny rezonans zostały przeanalizowane przez specjalistów w dziedzinie radiologii. Z badania opublikowanego w „American Journal of Roentgenology” wynika, że na podstawie obu obrazów wykryto te same nieprawidłowości i postawiono dokładnie takie same diagnozy.

– Nasze wyniki oznaczają zmianę paradygmatu, w jaki sposób możemy poprawić doświadczenia pacjentów i tworzyć obrazy za pomocą rezonansu magnetycznego – przekonuje dr Michael P. Recht.

Szybki rezonans magnetyczny może sprawdzić się zarówno w diagnozowaniu w ortopedii, jak i innych gałęziach medycyny – między innymi w neurologii. Badacze postanowili udostępnić projekt fastMRI w formule open source.

– Zachęcamy do korzystania z danych fastMRI i otwartego kodu źródłowego w celu rozwijania naszych badań – wskazuje dr n. med. Daniel K. Sodickson, dyrektor Centrum Innowacji i Badań Zaawansowanego Obrazowania na Uniwersytecie Langone.

Sztuczna inteligencja jest coraz chętniej wykorzystywana do usprawnienia zarówno wykonywania, jak i analizy innych rodzajów badań obrazowych. Firma ContextVision oferuje już oparte na SI wzmocnienie obrazu dla radiografii. Atumira jest narzędziem pozwalającym poprawić zarówno obraz uzyskiwany w badaniu przeprowadzanym statycznie, jak i dynamicznie. Może być ono wykorzystywane zarówno do zwykłych zdjęć rentgenowskich, jak i najbardziej zaawansowanych aparatów angiograficznych, a także w diagnostyce wykonywanej na potrzeby medycyny weterynaryjnej.

W lutym amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zezwoliła na wprowadzenie na rynek pierwszego oprogramowania do przeprowadzania USG serca opartego na sztucznej inteligencji. Caption Guidance jest przeznaczone do stosowania w badaniu ultrasonograficznym serca, znanym jako dwuwymiarowa echokardiografia przezklatkowa. Jest to badanie przydatne zwłaszcza w uzyskiwaniu standardowych widoków serca pod różnymi kątami. Uzyskanie takiego obrazu pozwala na znaczne usprawnienie diagnostyki kardiologicznej.

– Będziemy nadal przesuwać granice obrazowania medycznego, wykorzystując sztuczną inteligencję nie tylko do powielania zadań wykonywanych przez ludzi, lecz także do generowania zupełnie nowych możliwości, które poprawiają opiekę nad pacjentami – zapowiada dr Daniel K. Sodickson.

Według analityków z Mordor Intelligence rynek sztucznej inteligencji w medycynie był w 2019 roku wyceniany na kwotę ponad 3 mld dol. Do 2025 roku ma ona wzrosnąć niemal do 24 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie przekraczającym 40 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1937204113

Pandemia koronawirusa zwiększy możliwości zastosowania druku 3D w firmach. Mimo rosnącego zainteresowania rynek do końca roku zamknie się z niższymi przychodami

Technologia druku 3D pozwoliła w wielu przypadkach na utrzymanie łańcucha dostaw w dobie ograniczeń wynikających z pandemii koronawirusa. Dzięki drukarkom 3D udało się m.in. zaopatrzyć personel medyczny w niezbędny sprzęt. Chociaż zainteresowanie technologią w tym roku znacznie wzrosło, zanotowane przychody rynku będą o jedną piątą niższe niż oczekiwane – z uwagi na znaczną liczbę usług realizowanych za darmo. Zwiększyła się jednak innowacyjność tej technologii.

– Pandemia przyczyniła się do zwiększenia innowacyjności w zakresie druku 3D. Przede wszystkim postawiła wiele wyzwań przed branżą, ale jednocześnie pokazała, jak można wykorzystać tę technologię jako narzędzie reagowania kryzysowego w firmach. W momencie, kiedy standardowe działania łańcucha dostaw zostają przerwane, możemy ograniczyć sobie dostęp do kluczowych części zamiennych, co może grozić przestojem w produkcji. Uniknęlibyśmy tego, gdybyśmy w firmie wprowadzili rozwiązania druku 3D – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, head of marketing w firmie Zortrax.

Podstawową zaletą wynikającą ze stosowania drukarek 3D jest możliwość szybkiego uruchomienia produkcji. Czas potrzebny od ukończenia projektu do stworzenia prototypu narzędzia lub części zamiennej do maszyny można w tym przypadku zamknąć w zaledwie kilku godzinach. Dzięki temu, w obliczu ograniczeń wynikających z rozprzestrzeniania się SARS-CoV-2, udawało się w wielu przypadkach doraźnie utrzymać istniejący łańcuch dostaw. Szczególnie istotne było to w przypadku branży medycznej.

– Możliwość szybkiej i rozproszonej produkcji oraz brak konieczności uruchamiania skomplikowanych procesów w fabrykach, ponieważ druk 3D jest bardzo intuicyjnym procesem, sprawiały, że firmy i prywatni użytkownicy posiadający drukarki 3D odpowiadali na bieżące zapotrzebowania lokalnych szpitali i ośrodków medycznych. Na naszych drukarkach drukowaliśmy przyłbice, jak również adaptery umożliwiające wykorzystanie masek do nurkowania w charakterze masek do respiratorów czy same komponenty respiratorów – wymienia Natalia Jusiak.

Pandemia wpłynęła również na przemodelowanie samego procesu rynkowego wdrażania nowych produktów. O ile rozwiązania open source od lat kojarzone są z oprogramowaniem komputerowym, o tyle w branży sprzętu medycznego były one dotychczas stosowane raczej rzadko. Przykładem połączenia formuły open source z drukiem 3D był projekt respiratorów OpenBreath, do którego współrealizacji włoscy inżynierowie zaprosili lekarzy i naukowców z całego świata. Pliki projektowe urządzenia zostały udostępnione za pośrednictwem GitHub.

– Początkowo elementy całej konstrukcji respiratora miały zostać wykonane z blachy stalowej, a te o bardziej złożonej geometrii frezowane na maszynach CNC. Niestety ograniczenia związane z pandemią, nałożone ówcześnie na włoską gospodarkę, spowodowały, że zamknęły się firmy, które miały dostarczać te części do respiratorów Open Breath. Członkowie zespołu stwierdzili, że do tego projektu wykorzystają właśnie druk 3D, wybrali do tego rozwiązania naszą drukarkę Zortrax M300 Dual i dzięki niej stworzyli kluczowe komponenty wykorzystane w respiratorze – wskazuje ekspertka Zortrax.

Na drukarkach 3D powstają również ochronne przyłbice, stosowane zamiast maseczek nakładanych na usta i nos. Również ich projekt udostępniany jest do pobrania – tak, by szybko mógł takie narzędzie ochronne wydrukować każdy, kto dysponuje odpowiednim sprzętem do trójwymiarowego druku. Wsparcie projektowania sprzętu dla chorych i ochrona przed koronawirusem to jednak niejedyne możliwości, jakie ta technologia stwarza dla branży medycznej.

– Już teraz druk 3D wykorzystywany jest do drukowania modeli edukacyjnych dla studentów, stosuje się również drukowane modele do planowania skomplikowanych operacji czy np. drukowania prototypów personalizowanych implantów dla pacjentów. Sektor ten bardzo prężnie się rozwija i zmierza do wykorzystania w druku materiałów biokompatybilnych. Już teraz dentyści korzystają z technologii UV LCD i żywic biokompatybilnych, żeby drukować np. korony, mosty czy szyny ortodontyczne. Trwają również prace nad możliwościami tworzenia implantów dla pacjentów z materiałów biokompatybilnych – wskazuje Natalia Jusiak.

Z raportu MarketsandMarkets, uwzględniającego wpływ koronawirusa na gospodarkę, wynika, że światowy rynek druku 3D wzrośnie z 11,4 mld dol. przychodu, który zanotujemy w 2020 roku, do 30,2 mld dol. przewidywanych na rok 2025. Estymowana wycena na 2020 rok będzie o 19 proc. niższa w porównaniu do szacunków dokonywanych przed wybuchem pandemii, jednak jeszcze w tym roku dojdzie do stabilizacji i powrotu do dwucyfrowego tempa wzrostu. Spadek przychodów, zdaniem analityków, wynika z tego, że choć zainteresowanie drukiem 3D w dobie pandemii znacznie wzrosło, to znaczna część zamówień była realizowana bezpłatnie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p2083318090

W czasie pandemii o 60 proc. wzrosła liczba skarg konsumentów. Wiele z nich dotyczy odwołanych lotów, imprez turystycznych i noclegów

Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy nie zawsze respektują prawa konsumentów. – Od lutego Europejskie Centrum Konsumenckie zanotowało 60 proc. więcej skarg niż w analogicznym okresie 2019 roku – mówi Karol Muż, koordynator Europejskiego Centrum Konsumenckiego w Polsce. Wątpliwości dotyczą przede wszystkim usług związanych z zakwaterowaniem, zorganizowanych wyjazdów wakacyjnych czy udziału w imprezach.

 Europejskie Centrum Konsumenckie już niemal pół roku temu zauważyło, że pokłosiem pandemii są nie do końca respektowane przez przedsiębiorców prawa konsumenckie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karol Muż. – Od końca lutego 2020 roku ECK zanotowało 60 proc. więcej skarg niż w zeszłym roku w analogicznym okresie.

Koronawirus pokrzyżował plany wyjazdowe wielu osób – odwołane loty, brak możliwości skorzystania z hotelu to podstawowe problemy, z jakimi mierzą się klienci. Z danych ECK wynika, że konsumenci mieli problem przede wszystkim ze zwrotem pieniędzy za odwołany z powodu pandemii lot czy odstąpieniem od umowy z touroperatorem.

 Tymczasem jeżeli czynniki takie jak pandemia wpływają na przebieg i realizację imprezy turystycznej, konsument ma prawo do jej odwołania bez ponoszenia kosztów – przypomina ekspert.

Aby pomóc branży turystycznej, w przepisach wydłużono do 180 dni termin na zwrot wpłaconych przez klientów pieniędzy. W przypadku odwołania imprezy zamiast zwrotu środków mogą oni odebrać voucher na przyszłe imprezy turystyczne. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy touroperatorzy niechętnie oddają zaliczkę, niezależnie od deklaracji konsumentów, utrudniając odstąpienie od umowy. Podobnie postępowali organizatorzy imprez kulturalnych czy przedstawiciele branży rekreacyjnej.

 Wpływają do nas skargi dotyczące zatrzymywania przedpłat, które mają zagwarantować konsumentowi udział w imprezie. Firmy tłumaczą się najczęściej tym, że event albo dana usługa będą przełożone, dlatego one te pieniądze zatrzymują. Z perspektywy ECK dodam, że takie sprawy prowadzimy, często je wygrywamy, więc jeżeli konsumenci mają problem z tego typu sytuacją, ECK służy pomocą – zaznacza Karol Muż. – W różnych krajach obowiązują w tym zakresie różne przepisy. W Niemczech są one dość korzystne, ale już np. we Włoszech aż tak korzystne nie są. To wszystko jest badane jednostkowo przez nasz dział prawny.

Zgodnie bowiem z polskimi i unijnymi przepisami, jeśli impreza nie doszła do skutku lub była mocno zniekształcona ze względu na nieprzewidziane sytuacje, np. pandemię, klient może odstąpić od umowy i nie ponosi z tego tytułu żadnych kosztów.

 Warto pamiętać, że nie w każdym przypadku pandemia może stanowić przesłankę do odstąpienia od umowy. Musi ona dotyczyć miejsca, do którego chcemy przyjechać lub jego najbliższego sąsiedztwa. Przykładowo, jeśli w marcu pasażer miał lecieć do Mediolanu, a impreza turystyczna miała być realizowana w Lombardii, zachowane były przesłanki, żeby bezkosztowo odstąpić od umowy. Gdyby miała to być Sycylia, czyli miejsce tysiąc kilometrów na południe, wtedy można by się było zastanowić, czy te przesłanki zaszły – tłumaczy ekspert ECK.

Po otwarciu granic część krajów wprowadziła obostrzenia dla osób podróżujących z krajów, gdzie rośnie liczba zakażeń koronawirusem, np. obowiązek dwutygodniowej kwarantanny. W takiej sytuacji, jak przekonuje koordynator Europejskiego Centrum Konsumenckiego w Polsce, klientom również należy się zwrot pieniędzy.

– Gdyby w kraju, do którego podróżujemy, wprowadzono zasady kwarantanny dla przybywających, co utrudniłoby odbycie imprezy turystycznej i skorzystanie z atrakcji zawartych w umowie, wówczas albo przedsiębiorca odwołuje imprezę i zwraca nam pieniądze, albo turyści powinni od takiej imprezy turystycznej odstąpić i żądać zwrotu pieniędzy – mówi Karol Muż. – Taka impreza składa się z iluś usług turystycznych, do których po prostu nie dojdzie.

Nieco inna sytuacja dotyczy zwrotu kosztów związanych z zakwaterowaniem. Pobyt w hotelu stanowi usługę turystyczną, czyli jest tylko częścią imprezy turystycznej. Zgodnie z przepisami można bezkosztowo zrezygnować właśnie z imprezy, a nie z samej usługi.

Z naszego doświadczenia wynika, że przedsiębiorcy, czyli hotelarze oraz platformy, które kojarzą klienta z hotelem, są dość otwarte na to, aby spory rozwiązywać polubownie w swoim zakresie. Jeśli to się nie uda, zawsze można skontaktować się z Europejskim Centrum Konsumenckim, jako że większość hoteli, do których podróżujemy, znajdują się w granicach Unii Europejskiej. Platformy pośredniczące też są w kompetencji ECK Polska – podkreśla ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-czasie-pandemii-o-60,p1603893264

Polska gospodarka nieźle sobie radzi z pandemią. W pierwszym półroczu zanotowaliśmy jeden z najniższych spadków PKB w UE

Zgodnie z szybkim szacunkiem GUS-u polski PKB w II kwartale skurczył się o 8,2 proc. rok do roku i 8,9 proc. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Ten wynik jest najgorszy od 25 lat, ale i tak lepszy od prognoz i wyników innych krajów Unii Europejskiej. W całym pierwszym półroczu zanotowaliśmy jeden z najmniejszych spadków PKB w UE. To zasługa m.in. wprowadzenia obostrzeń na wczesnym etapie pandemii oraz utrzymania produkcji przemysłowej i transportu międzynarodowego.

– W stosunku do takich krajów jak Hiszpania, Włochy i Wielka Brytania, które radzą sobie w Europie najgorzej, Polska poradziła sobie całkiem dobrze, zarówno pod względem pewnej konsekwencji, jak i logiki prowadzonych działań. Dzięki temu nasze koszty gospodarcze związane z pandemią są mniejsze. Wynika to też z faktu, że nasza gospodarka jest zdywersyfikowana i nie jest tak zależna od turystyki jak np. gospodarki Hiszpanii czy Włoch. Spadek PKB, który nastąpił w II kwartale, jest jednym z najniższych wśród krajów Unii Europejskiej. Według prognoz, co do których zgadzają się ekonomiści, również w całym 2020 roku spadek będzie należał do najniższych w UE – mówi agencji Newseria Biznes Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wiceminister finansów i jeden z współtwórców tzw. planu Balcerowicza.

Jak podkreśla, kryzys wywołany pandemią koronawirusa spowodował w światowej gospodarce największą recesję od czasu wielkiego kryzysu z lat 30. ubiegłego stulecia, a w Polsce – największe załamanie od początku lat 90. Zgodnie z szybkim szacunkiem GUS-u polski PKB w II kwartale skurczył się o 8,2 proc. rok do roku i 8,9 proc. w porównaniu do poprzedniego kwartału. W I półroczu spadek wyniósł 9,8 proc. Wyniki te okazały się lepsze od prognoz większości ekonomistów, ale i tak były najgorsze od 25 lat.

Jak wskazują analizy Banku Pekao SA na podstawie danych Eurostatu i krajowych urzędów statystycznych, najmocniej w II kwartale ucierpiała Wielka Brytania, która zanotowała 20,4 proc. spadku PKB, za nią znalazły się Hiszpania (-18,5 proc.) i Węgry (-14,5 proc.). O wiele bardziej ucierpiały też gospodarki bardziej rozwiniętych europejskich państw, jak Niemcy (-10,1 proc.) czy Francja (-13,8 proc.).

 Szczyt załamania w Polsce przypadł na kwiecień, w czerwcu nastąpiło już w znacznym stopniu odbicie, czego dowodem jest to, że produkcja przemysłowa w czerwcu zbliżyła się do poziomu sprzed kryzysu. Według szacunków ekonomistów w całym 2020 roku polski PKB skurczy się o 4 proc., a w następnym już wzrośnie i znajdzie się na poziomie zbliżonym do roku 2019 – mówi Stefan Kawalec.

Jak podkreśla, polski rząd na dość wczesnym etapie pandemii SARS-CoV-2 wprowadził reżim i ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki, dzięki czemu skutki koronawirusa okazały się mniej bolesne niż w innych krajach UE. Ponadto w Polsce te ograniczenia dotyczyły głównie życia codziennego, rozrywki, handlu i usług takich jak gastronomia, siłownie, kluby czy kina. Jednak trzon gospodarki, czyli działalność przemysłowa, ale również budowlana, został utrzymany.

– Istotne jest również to, że mimo zamknięcia granic i wprowadzenia obowiązku kwarantanny ochronione zostały przewozy międzynarodowe. Kierowcy zawodowi nie zostali objęci obowiązkiem kwarantanny przy przekraczaniu granicy. Po pewnych problemach, które wystąpiły w pierwszych dniach lockdownu na granicy polsko-niemieckiej, gdzie ze względu na wprowadzenie nowych obowiązków dokumentacyjnych ustawiały się wielokilometrowe i wielogodzinne kolejki samochodów, wymogi zostały zmienione i kolejki znikły. Nie było więc fizycznej bariery dla przepływu towarów. Spadek eksportu wystąpił w związku z tym, że niektóre branże odnotowały spadek popytu i sprzedaży na rynkach eksportowych. Z kolei teraz eksport się odbudowuje. Wyniki czerwcowe są nawet lepsze od ubiegłorocznych, co częściowo może być efektem przesunięcia eksportu z poprzednich miesięcy – mówi prezes Capital Strategy

Jak poinformował GUS, w okresie od stycznia do końca czerwca polski eksport był o 7 proc. niższy niż w I półroczu 2019 roku (109,7 mld euro). W samym czerwcu odnotowano jednak wzrost względem ubiegłego roku (19 mld euro). Ekonomiści Krajowej Izby Gospodarczej podkreślają, że dodatniej dynamiki eksportu oczekiwano znacznie później.

Według lipcowej projekcji NBP w całym 2020 roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 5,4 proc., ale w kolejnych latach będzie już sukcesywnie wzrastać – wzrost o 4,9 proc. w 2021 roku i 3,7 proc. w 2022 roku. Jak podkreśla prezes Capital Strategy, tempo powrotu do normalności będzie jednak zależeć od sytuacji epidemiologicznej w Polsce w kolejnych miesiącach.

Pandemia się jeszcze nie skończyła. Dziś liczba zachorowań jest większa niż wtedy, kiedy wprowadzano ograniczenia. W tej chwili strategia polega na tym, żeby robić testy, lokalizować ogniska zakażenia i wprowadzać dodatkowe ograniczenia, ale tylko punktowo, bez dotkliwych obostrzeń w całym kraju. Taka sytuacja może potrwać jeszcze przez bliżej nieokreślony czas – do momentu, kiedy będziemy mieli szczepionkę albo skuteczne lekarstwo. Jednak gdyby szacunki ekonomistów się spełniły i za rok PKB Polski wróciłby do poziomu z 2019 roku, to nie oznaczałoby, że strata spowodowana pandemią została odrobiona. PKB w roku 2021 byłby wówczas o 6–7 proc. niższy niż poziom, jaki byśmy osiągnęli, gdyby nie było recesji w roku 2020. Strata w naszej zamożności pozostanie, ale to, czy pozostanie tak w dłuższej perspektywie, zależy od tego, jak pandemia wpłynie na zdolność naszej gospodarki do wzrostu w dłuższym okresie – mówi Stefan Kawalec.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-gospodarka-niezle,p1638774962

Czeka nas nowa era odkryć w kosmosie. Nowy teleskop Jamesa Webba pozwoli zrozumieć tajemnice Wszechświata i znaleźć życie poza Ziemią

Już wkrótce czeka nas era nowych kosmicznych odkryć. W 2021 roku NASA planuje wystrzelić teleskop Jamesa Webba. Jest nazywany następcą teleskopu Hubble’a, wystrzelonego w 1990 roku, ale jego możliwości są znacznie większe. Webb będzie prowadził obserwacje głównie w podczerwieni. Dzięki temu będzie w stanie odkryć planety w odległych galaktykach. Da nam narzędzia do poszukiwania wskazówek dotyczących atmosfery, która mogłaby podtrzymywać życie.

Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba ma niejako być następcą teleskopu Hubble’a, a rozszerzyć to, co już udało się dokonać dzięki niemu i sięgnąć dalej. Ma dojrzeć dla nas najstarsze gwiazdy, pierwsze galaktyki formujące się we Wszechświecie, zobaczyć, jak powstają planety pozasłoneczne, zbadać atmosfery niektórych z nich. Możliwości i nadziei związanych z tym teleskopem jest mnóstwo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Piotr Witek z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Długo oczekiwany Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST) ma wystartować w październiku 2021 roku i w ten sposób rozpocząć nową erę obserwacji kosmosu. Zastąpi teleskop Hubble’a, który bada kosmos już od 1990 roku, jednak zdaniem ekspertów JWST to nie tylko jego następca, ale zupełnie inne narzędzie, które pozwoli odkryć tajemnice Wszechświata.

Hubble skupia się głównie na świetle widzialnym i ultrafioletowym, a jego instrumenty mogą obserwować niewielką część widma w podczerwieni od 0,8 do 2,5 mikrona. Teleskop Jamesa Webba został zaprojektowany tak, aby skupić się na podczerwonej części widma od 0,6 (światło czerwone) do 28 mikronów (podczerwień). Oznacza to, że nie będzie w stanie widzieć w świetle ultrafioletowym, tak jak Hubble, ale będzie mógł skupić się na jasnych obiektach w podczerwieni, takich jak bardzo odległe galaktyki. Gwiazdy i planety, które dopiero się formują, leżą ukryte za pyłem, który pochłania światło widzialne. Jednak światło podczerwone emitowane przez te regiony może przez niego przeniknąć i ujawnić, co jest w środku.

Jako że jest to teleskop podczerwony, to potrzebuje do pracy niskich temperatur. Aby mógł tak funkcjonować, zostanie umieszczony bardzo daleko od Ziemi, w tzw. punkcie libracyjnym Lagrange’a L2 poza orbitą Księżyca, i będzie okrążał Słońce, nadążając za Ziemią w tym swoim ruchu. W efekcie będzie osłonięty przez jedną wielką tarczę od promieniowania, zarówno Słońca, jak i promieniowania cieplnego dochodzącego od Ziemi i Księżyca – tłumaczy dr Piotr Witek.

Dzięki swojej zdolności do oglądania Wszechświata w świetle podczerwonym o większej długości fali teleskop Jamesa Webba będzie w stanie zobaczyć niektóre z najbardziej odległych galaktyk, dalej, niż był w stanie zrobić to teleskop Hubble’a w świetle widzialnym. Światło z odległych obiektów jest rozciągane w wyniku rozszerzania się Wszechświata, a efekt znany jest jako przesunięcie ku czerwieni. W związku z tym, podczas gdy Hubble był w stanie oglądać galaktyki, James Webb zobaczy ich narodziny.

Nowy teleskop według wcześniejszych zapowiedzi miał być gotowy już od lat, jednak jego wielkość i skomplikowana technologia przesunęły start. Webb będzie miał zwierciadło główne o średnicy 6,5 metra, co zapewnia mu znacznie większy obszar gromadzenia niż zwierciadła dostępne w obecnej generacji teleskopów kosmicznych. Jednocześnie, ze względu na wielkość, zwierciadło jest zbudowane z 18 segmentów, które będą musiały zostać jeszcze spozycjonowane w kosmosie. Zwierciadło Hubble’a ma znacznie mniejszą średnicę (2,4 metra), a odpowiadająca mu powierzchnia zbierania wynosi 4,5 m2. Osłona przeciwsłoneczna Jamesa Webba ma około 22 metrów na 12 metrów, jest więc wielkości kortu tenisowego.

Problemem jest stworzenie odpowiedniej osłony cieplnej. Teleskop Jamesa Webba ma olbrzymią tarczę złożoną z pięciu warstw materiału o grubości włosa, które rozkładają się do kształtu podobnego do latawca. Tarcza ta ma wymiary 14 x 21 metrów i złożenie jej tak, żeby nie porwała się przy rozkładaniu, jest także dużym wyzwaniem inżynieryjnym. Jednym z powodów opóźnień było właśnie uszkodzenie tej tarczy przy testach w 2018 roku – wskazuje ekspert.

Nowy teleskop pomoże zmapować Wszechświat, może też znaleźć planety, na których mogłoby istnieć życie. Ze względu na to, że dotrze do znacznie odleglejszych galaktyk niż teleskop Hubble’a, da nam nowe spojrzenie na każdą fazę historii Wszechświata, od pierwszych chmur pyłu do powstania Układu Słonecznego.

Nadzieje są ogromne. Jednak zdjęcia z tego teleskopu nie spłyną natychmiast po jego starcie, najpierw musi dotrzeć w docelowe miejsce, na właściwą orbitę, co zajmie mu dwa tygodnie. Sześć miesięcy zajmie precyzyjne i delikatne rozkładanie wszystkich elementów teleskopu i przygotowywanie go do pracy. Dopiero wtedy otrzymamy tzw. pierwsze światło, czyli pierwsze obrazy, które uzyska gotowy już do pracy teleskop Jamesa Webba – mówi dr Piotr Witek.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/czeka-nas-nowa-era-odkryc,p615882183

Najszybsze ładowarki naładują samochód elektryczny do pełna w zaledwie 20 minut. Technologia wejdzie do produkcji już w przyszłym roku [DEPESZA]

Lucid Air będzie najszybciej ładującym się samochodem elektrycznym – zapowiadają producenci auta, które ma zostać zaprezentowane na początku września. Superszybka ładowarka pozwoli na ładowanie baterii z mocą ponad 300 kW, czyli o 20 kW większą, niż ma to miejsce w najlepszych obecnie dostępnych na rynku autach elektrycznych. Pozwoli to na naładowanie baterii do poziomu zapewniającego zasięg około 500 km w zaledwie 20 minut. Produkcja Lucid Air ma się rozpocząć w 2021 roku.

Lucid Air będzie samochodem, który po zaledwie 20 minutach ładowania zapewni zasięg wynoszący niemal 500 kilometrów. Ładowarka zastosowana w aucie będzie kompatybilna ze wszystkimi szybkimi stacjami ładowania. W warunkach domowych ładowanie ma się odbywać z wykorzystaniem dwukierunkowej stacji Lucid Connected Home Charging Station. Dzięki temu auto może się zarówno ładować przed wyruszeniem w trasę, jak i stanowić magazyn energii w przypadku braku jej podaży w momencie zwiększonego zapotrzebowania. Auto ma przyjąć szczytową moc ładowania sięgającą 300 kW.

– Dzięki naszej ultrawysokonapięciowej architekturze elektrycznej 900 V + + i zastrzeżonej technologii Wunderbox znacznie zwiększyliśmy prędkość, z jaką energia dostaje się do pojazdu, dostarczając najszybciej ładujące się auta elektryczne na świecie – przekonuje Eric Bach, wiceprezes Lucid Motors.

Spośród obecnie dostępnych modeli elektrycznych największą moc ładowania jest w stanie przyjąć Porsche Taycan. Wynosi ona 270 kW. Nieco mniejsze możliwości ma Tesla Model 3, który może być ładowany mocą 250 kW.

– Dzięki naszym wysiłkom wyznaczyliśmy kilka nowych punktów odniesienia, w tym samochód elektryczny o najdłuższym zasięgu 517 mil (ok. 830 km – przyp. red.) – podkreśla Eric Bach.

Samochód ma być luksusową limuzyną, która rozpędzi się od 0 do 100 km/h w 2,5 sekundy. Będzie przystosowany do działania w warunkach technologii komunikacji V2X, V2G i V2V. Oznacza to możliwość bezprzewodowej łączności z systemami zamontowanymi w infrastrukturze drogowej, z innymi pojazdami, a także z siecią energetyczną. Prezentacja wersji produkcyjnej auta zaplanowana jest na 9 września i odbędzie się w internecie. Produkcja rozpocznie się na początku 2021 roku. 

– Zaprojektowaliśmy każdy aspekt Lucid Air i jego platformy we własnym zakresie tak, aby był niezwykle wydajny, od układu napędowego po aerodynamikę – wymienia wiceprezes Lucid Motors.

Baterie wykorzystane do zasilania auta będą mogły być ponownie wykorzystane. Po wyeksploatowaniu w samochodzie posłużą jako elementy składowe w budowie statycznych systemów magazynowania energii (ESS). Prototyp pierwszego takiego magazynu zainstalowany jest w siedzibie firmy Lucid w Dolinie Krzemowej. 

Zgodnie z raportem Allied Market Research rynek samochodów elektrycznych był w 2019 roku wyceniany na kwotę ponad 162 mld dol. Do 2027 roku osiągnie wartość niemal 803 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/najszybsze-ladowarki,p1546714534

Hotelarze odrabiają straty. Obłożenie w obiektach turystycznych sięga 90 proc., ale ruch biznesowy jest dużo mniejszy niż rok temu

– Od strony przychodowej II kwartał dla hoteli jest spisany na straty, ale niektóre obiekty już je odrabiają – mówi Andrzej Szymczyk z Walter Herz. Dotyczy to przede wszystkim hoteli w popularnych kurortach, gdzie obłożenie jest prawie pełne. Zdecydowanie mniej gości mają obiekty położone w dużych miastach nastawione na klientów biznesowych, ale i w tym przypadku są wyjątki. Branża czeka na wrzesień i uruchomienie podróży służbowych, ale stoją one pod dużym znakiem zapytania ze względu na sytuację epidemiczną w kraju i na świecie.

Wpływ koronawirusa na rynek hotelowy w Polsce był bardzo wyraźny na początku pandemii. Hotele straciły klientów z dnia na dzień, a następnie w wyniku regulacji prawnych musiały zawiesić lub zamknąć działalność (z nielicznymi wyjątkami, które nie miały wpływu na sytuację w branży).

Od połowy maja hotele zaczęły znów przyjmować gości, na początku w bardzo ograniczonym zakresie usług – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szymczyk, zastępca dyrektora Investment & Hospitality w Walter Herz. – Dziś mogą świadczyć w zasadzie wszelkie usługi, więc powróciły do sytuacji sprzed pandemii, natomiast od strony przychodowej drugi kwartał tego roku jest spisany na straty.

Najnowsze wytyczne dla hoteli, zgodne z zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego, pozwalają na obsługiwanie gości w restauracjach, funkcjonowanie hotelowych basenów i saun. Hotelarze są zobowiązani dbać o reżim sanitarny – zwiększyć odległości między pracownikami do co najmniej 1,5 m, ograniczyć liczbę pracowników korzystających jednocześnie z przestrzeni wspólnych, zapewnić im środki ochrony osobistej i przygotować pomieszczenie do czasowej izolacji osoby z objawami COVID-19 oraz przestrzegać zasad wietrzenia, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń.

W obiektach położonych na terenie strefy czerwonej i żółtej, które zależą od aktualnej liczby zakażeń, zalecenia dla obiektów hotelowych pozostały bez zmian. Obecnie ich działalność jest dopuszczalna, z wyłączeniem znajdujących się na ich terenie klubów i dyskotek. Poza tym stosuje się przepisy dotyczące kongresów, basenów, siłowni oraz działalności kulturalnej, jeśli taka jest świadczona na terenie obiektu.

Obecnie sytuacja w hotelach wygląda różnie, co bardzo mocno zależy od konkretnej lokalizacji obiektu. Hotele typowo turystyczne w miejscowościach kurortowych mają znaczne obłożenie, w większości przypadków przekraczające 90 proc. To zasługa okresu wakacyjnego, ale też kilkumiesięcznego zamknięcia ludzi w domach i pracy zdalnej, co naturalnie wpłynęło na to, że chcieli wyjechać i odpocząć – mówi ekspert z Walter Herz.

Hotele w dużych miastach i lokalizacjach nastawionych na klienta biznesowego, które były odwiedzane podczas podróży służbowych, są w gorszej sytuacji rynkowej.

Dla nich tradycyjnie okres wakacji jest sezonem słabszym, natomiast w tym roku widać, że jest dużo gorzej niż w poprzednich latach. Kluczowy będzie pierwszy tydzień września, kiedy zobaczymy, czy klienci biznesowi będą dokonywać rezerwacji. Obecnie obłożenie w hotelach biznesowych waha się w granicach 25–30 proc., ale to także zależy zarówno od obiektu, jak i jego lokalizacji – zauważa Andrzej Szymczyk.

Wrzesień jest miesiącem, w którym firmy po okresie urlopowym wysyłają pracowników w delegacje, aby utrzymać kontakty z klientami. Poprzednie kryzysy pokazały, że będą one chciały szybko wrócić na ścieżkę wzrostu i odbudować relacje biznesowe, a to wiąże się z wyjazdami służbowymi.

Nie da się wszystkiego zrobić zdalnie, a wyjazdy wygenerują popyt na usługi hotelowe. Jednak ostatni kwartał tego roku to dziś jeszcze duży znak zapytania dla hoteli. Wraz z początkiem 2021 roku powinno już być dobrze, zwłaszcza że jest szansa na uzyskanie szczepionki, która pozwalałaby dość swobodnie podróżować, a to jest bardzo ważny czynnik dla hoteli – zaznacza ekspert Walter Herz. – Rynek hotelowy w drugiej połowie 2020 roku będzie powoli powracał do normalnej działalności operacyjnej. Jednak kluczowe będzie trzymanie w ryzach zagrożenia epidemiologicznego, które do tej pory uniemożliwiało zarówno podróże międzynarodowe w szerszym zakresie, jak i podróżowanie po kraju.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/hotelarze-odrabiaja,p151279725