Inteligentne zegarki i opaski mogą pomóc w śledzeniu koronawirusa. Umożliwi to nowa specyfikacja łączności Bluetooth [DEPESZA]

Aplikacje na smartfony są szeroko stosowane w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Kraje opracowują je, aby śledzić jego rozprzestrzenianie się. Aplikacje działają jednak wyłącznie na smartfonach, z których część osób w ogóle nie korzysta. Dlatego Bluetooth SIG, który zarządza standardem Bluetooth, ogłosił, że trwają prace nad dołączeniem do systemów śledzenia koronawirusa wszystkich inteligentnych urządzeń na ciało – opasek czy zegarków.

– Istnieje kilka grup populacji, które mają kluczowe znaczenie dla zarządzania rozprzestrzenianiem się chorób takich jak COVID-19, a nie korzystają szeroko ze smartfonów. To stanowi wyzwanie dla systemów powiadamiania o narażeniu opartych na smartfonach – wskazuje Elisa Resconi, profesor fizyki na Uniwersytecie Technicznym w Monachium.

Dlatego też Bluetooth Special Interest Group (SIG), odpowiedzialna za zdefiniowanie nowych standardów Bluetooth, ogłosiła niedawno, że pracuje nad nową specyfikacją BLE, która umożliwi śledzenie kontaktów z osobami zakażonymi koronawirusem na wszystkich inteligentnych urządzeniach do noszenia.

Obecnie system powiadamiania o narażeniu (ENS) firmy Google i Apple do śledzenia kontaktów COVID-19 na smartfonach opiera się na technologii Bluetooth Low Energy (BLE). Wykorzystuje nowy podzbiór specyfikacji BLE „Usługa wykrywania kontaktów BLE”, zaprojektowany przez te dwie firmy. Dodatkowo wiele krajów tworzy własne aplikacje do stworzenia mapy potencjalnych zakażeń i systemów alarmujących. Wszystkie jednak opierają się na smartfonach, tym samym nie obejmują części społeczeństwa, która z nich nie korzysta, np. najmłodszych czy starsze osoby.

Jeśli aplikacje śledzenia koronawirusa udałoby się wdrożyć w inteligentnych urządzeniach do noszenia na ciele, system ostrzegania byłby znacznie bardziej precyzyjny. Dzięki Bluetooth takie informacje mogłyby zbierać inteligentne zegarki czy opaski monitorujące stan zdrowia starszych osób.

– Bardzo skuteczną metodą rozszerzenia zasięgu systemów ostrzegawczych o chorobach takich jak COVID-19 byłoby włączenie do nich urządzeń do noszenia, tzw. wearables – przekonuje Elisa Resconi.

Obecnie ponad 130 firm członkowskich Bluetooth zebrało się w nowej grupie roboczej Bluetooth SIG Notification Working Group (ENWG), aby zdefiniować metodę dodawania obsługi śledzenia kontaktów do urządzeń do noszenia przy jednoczesnym zachowaniu tej samej prywatności i ochrony, jaką zapewnia ENS.

– To niezwykle inspirujące widzieć współpracę społeczności Bluetooth w poszukiwaniu i tworzeniu innowacyjnych sposobów wykorzystania tej technologii w celu rozwiązania problemu pandemii COVID-19 – mówi Mark Powell, dyrektor generalny Bluetooth SIG.

Do tej pory na całym świecie potwierdzono ponad 24 mln przypadków zakażeń wirusem SARS-CoV-2.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/inteligentne-zegarki-i,p642080550

Pandemia przyspieszyła wprowadzenie innowacji do branży eventowej. Przyszłością jest sztuczna inteligencja i sterowanie wydarzeniami za pomocą fal mózgowych

COVID-19 spowodował gigantyczne straty w niemal każdej branży. Koronawirus szczególnie dotknął branżę eventową. Zgodnie z szacunkami firmy PredictHQ odwołanie tylko 10 największych wydarzeń technologicznych spowodowało straty przekraczające miliard dolarów. Dlatego coraz częściej organizacja wydarzeń przenosi się do świata online. Na znaczeniu zyskują technologie rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. – Przyszłością branży jest sztuczna inteligencja – przekonuje Jakub Ćwikliński, wiceprezes agencji eventowej El Padre.

– W eventach online pojawiło się bardzo dużo nowych technologii. Były one oczywiście znane już dotychczas i szeroko wykorzystywane, aczkolwiek dzięki pandemii zyskały nowe życie i dają dużo większe możliwości. Głównie mówimy tu o wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Ćwikliński

Kryzys związany z koronawirusem wymusza na firmach eventowych niestandardowe podejście do komunikacji i organizacji eventów. W wyniku odwołania tylko 10 największych wydarzeń technologicznych bezpośrednie straty przekraczają 1 mld dol. (szacunki PredictHQ). Największą stratę, blisko 0,5 mld dol., przyniosło odwołanie technologicznego eventu Mobile World Congress w Barcelonie.

Rośnie z kolei zapotrzebowanie na organizację eventów online. Niektóre firmy, takie jak Microsoft i Apple, szybko  zdecydowały, że zamiast anulować duże wydarzenia dla programistów przestawią je na format dostępny tylko online. To zaś sprawia, że na znaczeniu w branży eventowej zyskują nowe technologie, wcześniej stosowane marginalnie lub tylko przy większych wydarzeniach. W dobie pandemii koronawirusa stały się niemal codziennością.

–  W przypadku VR dajemy uczestnikom możliwość przeniesienia się w przestrzeń, którą dla nich przygotowaliśmy. Wiele badań mówi o tym, że ludzie, którzy zakładają okulary VR-owe, twierdzą, że to, co się działo w VR, było ciekawsze i bardziej rzeczywiste niż to, co jest na żywo. Rozszerzona rzeczywistość, czyli umieszczanie obiektów trójwymiarowych w przestrzeni, których fizycznie nie ma, też jest teraz bardzo mocno eksploatowana. To nie tyle odkrywane, ale wdrażane do świata eventów rozwiązania, które wcześniej były albo bardzo drogie, albo bardzo trudne w realizacji – tłumaczy, wiceprezes agencji eventowej El Padre.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość umożliwiają przeprowadzenie największych wydarzeń eventowych praktycznie z jednego studia. Uczestnicy mają wrażenie, jakby faktycznie byli podczas imprezy, mogą przy tym korzystać z dodatkowych rozwiązań, np. przybliżać określone punkty, dopasowywać otoczenie do własnych potrzeb i samemu zmieniać doświadczenie.

– Wydarzeń online będzie dużo więcej, a rozwiązania w nich zastosowane będą adaptowane do zwykłych wydarzeń jako te atrakcyjne, które pojawiły się teraz z olbrzymią mocą. Dlatego myślę, że rozszerzona czy wirtualna rzeczywistość będą na pewno bardzo mocno eksploatowane. Do tego na pewno dojdzie sterowanie głosowe, sterowanie falami mózgowymi czy sterowanie podczerwienią – wymienia ekspert.

O ile rozszerzona i wirtualna rzeczywistość były już stosowane w branży eventowej, o tyle przyszłością jest sztuczna inteligencja.

Pierwsze testy pokazały, że sztuczna inteligencja może całkowicie zmienić doświadczenie uczestnika wydarzenia. Kamery na podstawie mimiki twarzy wywnioskują, które elementy przykuwają uwagę i są przyjemne dla użytkownika, a które wzbudzają jego niechęć. Falami mózgowymi można już sterować protezami czy wózkami, w przyszłości będzie można samemu stworzyć atrakcyjne wydarzenie. W przyszłości także VR i AR szerzej wejdą do świata rozrywki, a ich zastosowań nie można jeszcze w pełni przewidzieć.

– Kilkadziesiąt lat temu mieliśmy grę Pong z dwoma prostokątami i odbijaną piłeczką, dzisiaj mamy gry komputerowe, w których trudno odróżnić rzeczywistość od świata wirtualnego. Jeśli więc przyjmiemy, że nastąpi rozwój nowych technologii w branży eventowej, a nastąpi, to możemy się spodziewać, że w pewnym momencie trudno będzie odróżnić to, co się dzieje w świecie wirtualnym, od tego, co w świecie rzeczywistym. Klienci i organizatorzy eventów będą chcieli dostarczyć jak najwięcej takich doświadczeń swoim odbiorcom – zapowiada Jakub Ćwikliński.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-przyspieszyla,p1470589729

Samochody elektryczne mają coraz większe zasięgi i można je szybko ładować. Najwięksi producenci rozwijają ofertę ekologicznych pojazdów

Po polskich drogach jeździ już ponad 13 tys. samochodów osobowych z napędem elektrycznym (w pełni elektrycznych oraz hybryd plug-in) – wskazuje Licznik Elektromobilności PSPA. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku ich liczba wzrosła o 78 proc. względem sytuacji sprzed roku i to pomimo spowolnienia wywołanego pandemią. Barierą są jednak relatywnie wysokie ceny aut elektrycznych oraz obawy przed ich częstym ładowaniem. To się jednak stopniowo zmienia. – Z biegiem czasu ceny regularnie spadają, zasięgi takich aut są coraz większe, a infrastruktura dynamicznie się rozwija – mówi Hubert Niedzielski z Volkswagena przy okazji prezentacji w Polsce oferty nowego elektrycznego modelu ID.3.

Jak wynika z Licznika Elektromobilności uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, na koniec lipca w naszym kraju było zarejestrowanych ponad 13 tys. elektrycznych samochodów osobowych. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 2020 roku przybyło ich ok. 4 tys. To wzrost o 78 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wraz z rosnącą liczbą pojazdów rozbudowywana jest także infrastruktura – w Polsce funkcjonuje 1,2 tys. ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Jedna trzecia z nich to szybkie stacje ładowania prądem stałym.

Z badania przeprowadzonego w kwietniu br. przez InsightOut Lab we współpracy z marką Volkswagen wynika, że ponad połowa społeczeństwa chciałaby jeździć samochodem elektrycznym. Z kolei badanie PSPA wskazuje, że co czwarty Polak (28 proc.) deklaruje jego zakup w ciągu najbliższych trzech lat.

 Jako jedną z głównych barier w rozwoju rynku klienci cały czas identyfikują relatywnie wysokie ceny samochodów elektrycznych. Jednocześnie musimy brać pod uwagę fakt, że z biegiem czasu ceny takich aut będą cały czas maleć, podczas gdy spalinowych  wręcz odwrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Niedzielski, kierownik ds. PR marki Volkswagen.

Rzeczywiste zainteresowanie tym segmentem rynku mogłoby być jeszcze większe, gdyby nie stereotypowe postrzeganie rynku i wciąż mała wiedza na jego temat. Przykładowo 73 proc. badanych przez InsightOut Lab nie zdaje sobie sprawy, że auta elektryczne można ładować ze zwykłego gniazdka. 83 proc. nie wie, co zrobić, by móc zamontować domową stację ładowania samochodów. Z kolei 76 proc. zgadza się z tezą, że auta elektryczne mają za mały zasięg. Jednocześnie połowa badanych wskazuje, że średni zasięg wynosi do 200 km. Na ponad 300 km wskazało tylko 21 proc. ankietowanych, a to jest dziś wartość oferowana przez wiele modeli.

Często demonizowane ładowanie tak naprawdę może odbywać się rzadziej niż w przypadku naszych smartfonów. Producenci oferują bowiem samochody, które mogą zaproponować coraz większy zasięg – mówi ekspert. – Przełomowy dla nas Volkswagen ID.3 oferuje aż 550 kilometrów zasięgu w topowej wersji akumulatora. Jedną rzeczą jest zwiększanie zasięgu samochodów elektrycznych, a drugą jest rozbudowa infrastruktury czy wspieranie procesu ładowania tego typu aut także w warunkach domowych. Volkswagen ma do zaoferowania wallboxy, czyli ładowarki naścienne pozwalające łatwiej i szybciej ładować samochód elektryczny w warunkach domowych.

Volkswagen sprzedaż seryjnych wersji ID.3 rozpoczyna w Polsce od średniej wielkości akumulatora 58 kWh z zasięgiem na poziomie 426 km (według WLTP). Do wyboru jest także wersja z akumulatorem o pojemności 77 kWh, której zasięg wynosi 549 km (według WLTP). Wszystkie modele są oferowane z silnikiem o mocy 204 KM, a ich cena zaczyna się od nieco ponad 155 tys. zł. Później w ofercie pojawi się nieco tańsza wersja Pure (dostępna za mniej niż 130 tys. zł) z zasięgiem na poziomie 330 km.

– ID.3 to przełom nie tylko dla Volkswagena, ale dla całej elektromobilności. Mówimy tutaj o samochodzie dostępnym na atrakcyjnych warunkach finansowych, oferującym bardzo duży zasięg i wiele zaawansowanych rozwiązań technologicznych, takich jak np. wyświetlacz head-up zapewniający obraz w rozszerzonej rzeczywistości wyświetlany na przedniej szybie – podkreśla Hubert Niedzielski.

Docelowo oferta ID.3 obejmie pięć pakietów wyposażenia, dostępnych jako Basic lub Plus, w zależności od wersji. Każdy samochód wyposażony jest też w ID.Light, czyli pas diodowy pod przednią szybą, który intuicyjnie wspomaga kierowcę – światło sygnalizuje, że auto jest gotowe do drogi, pokazuje stopień naładowania akumulatora, przemieszcza się przy skręcaniu, reaguje, gdy zaistnieje potrzeba gwałtownego zahamowania.

 To samochód, który rozpoczyna ofensywę elektryczną marki Volkswagen. Na przestrzeni najbliższych lat będziemy oferowali wiele modeli zbudowanych na platformie MEB zaprojektowanej w taki sposób, by móc zaproponować przestronne samochody. O ile z zewnątrz model ID.3 można porównać wymiarami do gabarytów Golfa, o tyle w środku oferuje przestronność znaną chociażby z Passata – wskazuje przedstawiciel marki Volkswagen.

Nowa platforma została zaprojektowana specjalnie dla samochodów elektrycznych i pozwala na optymalne wykorzystanie możliwości, które niesie z sobą ta technologia. Małe silniki elektryczne umieszczone są bezpośrednio na osiach, a system baterii w podłodze, co obniża punkt ciężkości i zwiększa dynamikę. Na bazie platformy MEB mają powstawać kolejne pojazdy zeroemisyjne.

– Czekają nas wielomiliardowe inwestycje i bardzo dużo zmian w produkcji samochodów. ID.3 to również pierwsze auto produkowane przez nas w sposób zeroemisyjny. To jest kierunek, który obraliśmy. Do 2050 roku zarówno nasze samochody, jak i Volkswagen jako przedsiębiorstwo będą zeroemisyjne pod kątem emisji dwutlenku węgla – zapowiada Hubert Niedzielski. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/samochody-elektryczne,p409963270

Rozwiązania chmurowe w ostatnich miesiącach uratowały wiele firm przed upadkiem. Biznes wciąż ma jednak opory przed inwestycjami w ten obszar

W czasie pandemii technologie chmurowe pozwoliły firmom zachować ciągłość działania i utrzymać się na rynku. Koronawirus pokazał im, jak bardzo potrzebują chmury, i może stać się katalizatorem do jej wdrażania na szeroką skalę. Biznes w Polsce wciąż ma jednak opory przed inwestowaniem w chmurę. Obok barier mentalnych, takich jak obawy o poufność danych, są jeszcze te o charakterze prawnym. Dlatego zwłaszcza zagraniczni dostawcy chmury powinni przyłożyć większą wagę nie tylko do samej technologii, lecz także zapewnienia zgodności z polskim i unijnym prawodawstwem.

W trakcie pandemii chmura obliczeniowa uratowała wiele firm – zarówno w zakresie komunikowania się w ramach firmy i zespołów, jak i z klientami. Niewątpliwie COVID-19 stał się katalizatorem, żeby jeszcze szybciej i w większym zakresie wdrażać chmurę. Zdecydowana większość firm już na szczęście miała ją wdrożoną i dzięki temu mogła funkcjonować. To nie znaczy, że nie pojawili się szczególni bohaterowie – mówię tutaj o usługach, aplikacjach i wideokonferencjach odbywających się w chmurze obliczeniowej, które są wielkim wygranym pandemii i odkryciem dla wielu użytkowników – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jeszcze przed wybuchem pandemii 43 proc. firm w Polsce korzystało z technologii chmurowych, z czego 5 proc. zadeklarowało, że korzysta wyłącznie z chmury. Pozostałe przetwarzają dane dwutorowo – zarówno w chmurze, jak i w lokalnym centrum. Kolejne 17 proc. firm planowało też w najbliższym czasie przenieść do chmury część swoich usług – wynika z czerwcowego „Barometru cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych” KPMG.

Usługi chmurowe najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa w Polsce to witryny internetowe (73 proc.), poczta elektroniczna (72 proc.) oraz usługi przestrzeni dyskowej (62 proc.). W dużo mniejszym zakresie firmy korzystają z systemów ERP (18 proc.) czy CRM w chmurze (15 proc.). W badaniu KPMG blisko 2/3 polskich przedsiębiorstw oceniło też, że usługi chmurowe pozytywnie wpływają na ciągłość działania procesów biznesów w organizacji.

– Ubiegłoroczne badanie dotyczące barier, jakie widzą polscy przedsiębiorcy w korzystaniu z chmury, pokazało, że część z nich miała charakter mentalny. Firmy po prostu nie do końca wiedziały, jakie są korzyści i zagrożenia związane z chmurą. Mam nadzieję, że teraz ta mentalna bariera zniknie – mówi Xawery Konarski.

Jak wskazuje, w Polsce przedsiębiorcy wciąż obawiają się przede wszystkim o poufność swoich danych oraz o to, gdzie są gromadzone. Te obawy częściowo potwierdzają też wyniki tegorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG. Z badania wynika, że 23 proc. firm nie wierzy w bezpieczeństwo chmury publicznej, obawiając się utraty kontroli nad przetwarzanymi danymi. Tylko połowa firm uważa, że dzięki chmurze zwiększa się bezpieczeństwo przetwarzania danych. 

Obawa o poufność danych jest przesadna. Nie sądzę, żeby zagraniczni dostawcy usług chmurowych mieli potrzebę zaglądania do nich. Problemem jest natomiast dostęp służb w innych krajach do tych danych. Dobrym przykładem jest orzeczenie w sprawie Schrems wydane 16 lipca przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Zakwestionowało ono przesyłanie danych osobowych w chmurze do USA z uwagi na niekontrolowany dostęp amerykańskich służb do tych danych. To pokazuje, że obawy polskich przedsiębiorców podzielają też inni, więc one powinny być zaadresowane przez dostawców chmury, np. poprzez umożliwienie szyfrowania danych – wskazuje ekspert.

Obok barier mentalnych we wdrażaniu chmury są jeszcze te o charakterze prawnym. Z badania przeprowadzonego w marcu tego roku przez IDG Poland, Oktawave i 7bulls.com („Kompetencje chmurowe firm w Polsce 2020”) wynika, że zgodność z wymogami prawa i tzw. compliance jest dla menadżerów IT jednym z głównych kryteriów wyboru dostawcy usług chmurowych.

Wynika to przede wszystkim z konkretnych zagrożeń finansowych, które niesie ze sobą RODO. Rozporządzenie w skrajnych przypadkach pozwala regulatorom nakładać kary po 20 mln euro i więcej. To niewątpliwie spowodowało, że przedsiębiorcy szukają zgodności z przepisami prawa i to stało się jednym z głównych kryteriów. Jest to trwała tendencja. Trudno sobie wyobrazić, żeby odpowiedzialna instytucja finansowa, jednostka służby zdrowia czy kancelaria prawna korzystająca z chmury nie wskazywała jej zgodności z wymogami prawa jako jednej z najważniejszych kwestii – mówi wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jak podkreśla, szczególnie zagraniczni dostawcy chmury, którzy działają na polskim rynku, powinni przyłożyć większą wagę do zapewnienia, że oferowane przez nich rozwiązania są zgodne z polskim i unijnym prawodawstwem.

W Polsce użytkownicy aplikacji są chronieni na podobnych zasadach jak w całej UE. Mamy przepisy o ochronie danych osobowych i RODO oraz przepisy o cyberbezpieczeństwie. Jedne i drugie są regulacjami unijnymi lub są na nich wzorowane. Te regulacje są absolutnie wystarczające, ale problem tkwi czasem w podejściu regulatorów w poszczególnych krajach. Dobrze by było, żeby np. KNF czy UODO trochę pomogły i doradziły, w jaki sposób działać zgodnie z RODO, poprzez wydawanie różnego rodzaju wytycznych – wskazuje Xawery Konarski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rozwiazania-chmurowe-w,p817359896

Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych pozwoli leczyć wrodzone choroby. W przyszłości pomoże pozbyć się innych schorzeń wieńcowych [DEPESZA]

Zespół naukowców z Michigan wyhodował miniaturowy model ludzkiego serca. Organoidy zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu. Pomoże lepiej zrozumieć rozwój serca płodu i wady, takie jak wrodzona choroba serca. – Dzięki organoidom serca możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec – przekonuje Aitor Aguirre z Michigan State University.

Organoidy wyhodowane z komórek macierzystych to maleńkie trójwymiarowe formacje ludzkiej tkanki, które faktycznie pełnią funkcje wielu typów komórek występujących w pełnowymiarowych organach. Naukowcy od lat pracują nad stworzeniem miniaturowych organów. Niedawno badacze z uniwersytetu w Michigan po raz pierwszy stworzyli w laboratorium miniaturowy model ludzkiego serca. Zawiera wszystkie pierwotne typy komórek serca, strukturę komór i tkanki naczyniowej. Cały proces trwał zaledwie kilka tygodni, co pozwoliło naukowcom obserwować w czasie rzeczywistym proces wzrostu ludzkiego serca płodu.

– Te małe serca stanowią niezwykle istotne modele do badania wszystkich rodzajów zaburzeń serca z niespotykaną wcześniej precyzją – podkreśla Aitor Aguirre, adiunkt w dziedzinie inżynierii biomedycznej w Instytucie Ilościowych Nauk i Inżynierii Zdrowia przy Michigan State University.

Organoidy ludzkiego serca zostały stworzone za pomocą nowej struktury komórek macierzystych, która naśladuje środowiska rozwojowe embrionu i płodu.

Organoidy ludzkie już same w sobie stanowią wyrafinowane narzędzie do badań. Ale ten postęp umożliwia też naukowcom badanie współdziałania ludzkich tkanek. Może to ograniczyć potrzebę badań nad lekami pochodzenia zwierzęcego, przyspieszy koncepcję medycyny precyzyjnej, a pewnego dnia doprowadzi do produkcji tkanek do przeszczepów w laboratoriach. Dotychczas naukowcom z Centrum Medycznego Szpitala Dziecięcego w Cincinnati udało się wyhodować jelita zawierające kosmki wchłaniające składniki odżywcze czy organoidy żołądka wytwarzające kwasy trawienne, a także połączony zestaw trzech narządów: wątroby, trzustki i dróg żółciowych. Niedawno powstały też miniaturowe nerki.

– Organoidy to samoorganizujące się trójwymiarowe konstrukcje komórek, które w znacznym stopniu odzwierciedlają właściwości i strukturę narządów – tłumaczy Yonatan Israeli z Michigan State University.

W stworzeniu miniaturowego modelu serca wykorzystano indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste – dorosłe komórki pacjenta, aby rozwinąć embrionalne serce. Zdaniem ekspertów oznacza to przełom w leczeniu wrodzonych chorób serca.

– Przeprowadziliśmy bioinżynieryjny proces, który pozwala komórkom macierzystym rozwinąć się tak jak w embrionie, do różnych typów komórek i struktur obecnych w sercu – wskazuje Aitor Aguirre. – Dajemy komórkom instrukcje, a one wiedzą, co mają zrobić, gdy zostaną spełnione wszystkie odpowiednie warunki.

Obecnie choroby serca są jedną z częstszych przyczyn zgonów. Miniaturowe serce stworzone z komórek macierzystych można by wykorzystać do badania nie tylko wrodzonych chorób serca, lecz także innych schorzeń sercowo-naczyniowych, takich jak kardiotoksyczność wywołana chemioterapią i wpływ cukrzycy na rozwijające się serce płodu.

– Obecnie w laboratorium wykorzystujemy organoidy serca do modelowania wrodzonej choroby serca – najczęstszej wady wrodzonej u ludzi, która dotyka prawie 1 proc. noworodków – wskazuje adiunkt z Michigan State University. – Dzięki organoidom możemy badać pochodzenie wrodzonych chorób serca i znaleźć sposoby, aby im zapobiec.

Organoidy pozwalają nie tylko opracować metodę walki z chorobami, ale pomagają też poznać właściwości organów. Co istotne, w ten sposób naukowcom udało się zniwelować problemy natury moralnej.

– Teraz możemy mieć to, co najlepsze z obu światów – precyzyjny ludzki model do badania chorób – maleńkie ludzkie serce. Bez wykorzystywania materiału płodowego lub naruszania zasad etycznych. To wielki krok naprzód – przekonuje Aitor Aguirre.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/miniaturowe-serce,p254267711

Cyberprzestępcy coraz częściej atakują użytkowników serwisów VOD. Przygotowują wiarygodnie wyglądające kopie stron i wyłudzają dane

Restrykcje pandemiczne przyczyniły się do gwałtownego wzrostu zainteresowania internetowymi platformami wideo. Tę sytuację postanowili wykorzystać cyberprzestępcy, którzy zwiększyli częstotliwość ataków phishingowych oraz liczbę internetowych oszustw skierowanych w stronę odbiorców platform VoD. Aktywność hakerów w okresie pandemii wzrosła nawet o 646 proc. W sieci pojawiły się fałszywe strony upodobniające się do popularnych platform, a scamerzy rozsyłają maile, które mają wyłudzić poufne dane od użytkowników serwisów filmowych.

– Pandemia wzmocniła nasze przyzwyczajenia związane z korzystaniem z platform streamingowych. Zwracamy uwagę na oszustów, którzy tworzą platformy przypominające te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, mają podobny layout i wyglądają wiarygodnie. Klienci przekazują swoje dane osobowe, a oszust później może je sprzedawać. I choć konsument nie ma dostępu do treści, to otrzymuje fakturę. Jeżeli jej nie zapłaci, otrzymuje wezwanie do zapłaty – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Katarzyna Słupek z Europejskiego Centrum Konsumenckiego.

Zainteresowanie serwisami VoD w szczytowym okresie pandemii koronawirusa okazało się tak wysokie, że ich operatorzy zostali zmuszeni do obniżenia jakości transmisji, aby nadmiernie nie obciążać łącz internetowych. Skalę zainteresowania usługami tego typu najlepiej oddaje gwałtowny wzrost liczby subskrybentów – w pierwszym kwartale Netflix przyciągnął do siebie 15,8 mln nowych użytkowników, w drugim zaś 10,09 mln. Udany debiut zaliczył także serwis HBO Max, który w ciągu miesiąca pozyskał 4,1 mln klientów. Z kolei na samym początku wdrażania restrykcji pandemicznych, od 7 do 16 marca, liczba użytkowników Disney+ potroiła się.

Jednym z efektów ubocznych restrykcji pandemicznych okazał się także wzrost popularności pirackich serwisów filmowych. Z badań przeprowadzonych przez firmę zajmującą się śledzeniem nielegalnych treści wynika, że w ostatnim tygodniu marca zanotowano 40-proc. miesięczny wzrost zainteresowania stronami udostępniającymi nielegalne transmisje filmowe. Część z tych witryn mogła stanowić realne zagrożenie dla ich użytkowników.

– Korzystanie z nielegalnej platformy streamingowej grozi nam tym, że staniemy się ofiarą oszustwa. Cena korzystania z niej jest bardzo niska bądź możemy robić to bezpłatnie, ale jednocześnie nasz komputer może być zawirusowany, możemy dostać rachunek za korzystanie z platformy w momencie, w którym nie mamy dostępu do pełnych danych. Jeżeli dokonujemy rejestracji na fałszywą platformę streamingową, to istnieje bardzo duże ryzyko, że nasze dane osobowe będą wykorzystane w sposób niezgodny z prawem i taki oszust sprzeda je bez naszej zgody – ostrzega ekspertka.

O skali problemu na początku kwietnia informowała firma Mimecast wyspecjalizowana w chmurowych usługach mailowych. Eksperci ds. bezpieczeństwa spostrzegli, że na początku pandemii w ciągu jednego tygodnia zarejestrowano przeszło 700 podejrzanych witryn internetowych, które miały podszywać się pod platformę Netflix na potrzeby ataków phishingowych.

Z wyłudzeniami wymierzonymi w klientów platform VoD postanowili walczyć inżynierowie z National Cyber Security Centre, brytyjskiej jednostki rządowej wyspecjalizowanej w walce z cyberprzestępczością. W odpowiedzi na wzmożenie ataków phishingowych w czasie pandemii uruchomili usługę Suspicious Email Reporting Service ułatwiającą raportowanie podejrzanych witryn. Internauci mogą zgłaszać podejrzane maile na skrzynkę NCSC, a wyspecjalizowane algorytmy poddają je automatycznej analizie. Jeśli wykryją, że prowadzą do stron wyłudzających dane, witryny te są natychmiast zamykane.

– Przed dokonaniem rejestracji warto ocenić layout strony i sprawdzić, czy znajduje się na niej regulamin. Jeżeli tak, czy są tam pełne dane kontaktowe do przedsiębiorcy, czy przedstawiono proces reklamacji oraz dane biura obsługi klienta. Warto też sprawdzić wyświetlane reklamy. Jeżeli są to np. reklamy stron pornograficznych czy zakładów bukmacherskich, to często jest czerwona lampka, że mamy do czynienia z niewiarygodnym przedsiębiorcą i być może z oszustem. Warto także taką platformę wygooglować, sprawdzić opinie innych użytkowników, aby w ten sposób uniknąć ryzykownej rejestracji – sugeruje Katarzyna Słupek.

Z analizy bieżących zagrożeń internetowych wynika, że w okresie od marca do lipca zanotowano 646-proc. wzrost ataków phishingowych wymierzonych w użytkowników Netflixa w porównaniu do analogicznego okresu w 2020 roku. W lipcu, mimo poluzowania restrykcji pandemicznych w wielu krajach i spowolnienia przyrostu nowych użytkowników platform VoD, liczba ataków tego typu utrzymała się na podwyższonym poziomie. Specjaliści z Webroot zanotowali, że w porównaniu do lipca 2019 roku aktywność hakerów wzrosła o 60 proc.

Z problemem tym na początku sierpnia zetknęli się także użytkownicy z Polski. Przedstawiciele mBanku ostrzegli swoich klientów o mailach ze scamem, w którym cyberprzestępcy informowali o zawieszeniu konta w związku z błędem przy realizacji płatności. Po aktywowaniu odnośnika dołączonego do maila użytkownik był przekierowywany na fałszywą stronę logowania do Netflixa, a następnie strona prosiła go o podanie danych karty kredytowej, aby odnowić płatność.

Tak pozyskane informacje mogą posłużyć cyberprzestępcom do oczyszczenia naszego konta bankowego. Nie można także wykluczyć, że z podobnych mechanizmów wyłudzania danych korzysta część pirackich witryn filmowych.

– Jeżeli już dokonaliśmy rejestracji na nielegalnej platformie, skierujmy się do Rzecznika Konsumentów czy Europejskiego Centrum Konsumenckiego, do instytucji, które pomagają ocenić, czy mamy do czynienia z oszustem. Jeżeli tak, to kierujemy nasze kroki na policję i składamy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wskazuje ekspertka.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa do 2025 roku wzrośnie do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/cyberprzestepcy-coraz,p1565302881

Szkolenia dla kontrolerów ruchu lotniczego zostały zawieszone. Powodem jest mniejszy ruch na polskich lotniskach

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej wstrzymała rekrutację na kursy dla kontrolerów ruchu lotniczego. Nowe szkolenia nie będą uruchamiane do 2024 roku z uwagi na spadek liczby operacji lotniczych i mniejsze zapotrzebowanie na personel operacyjny na lotniskach wywołane pandemią koronawirusa. Tymczasem kontrolerów ruchu lotniczego w Polsce od kilku lat brakuje. – Decyzja o zawieszeniu szkoleń zapewne nie poprawi tej sytuacji – mówi Franciszek Teodorczyk ze Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

W Polsce jest około 600 kontrolerów ruchu lotniczego, którzy pracują w ramach służby kontroli lotniska, służby kontroli zbliżania i służby kontroli obszaru.

Niedobory w szeregach kontrolerów ruchu lotniczego występują od kilku lat, ale obecnie są trudne do oszacowania, bo branża lotnicza dopiero wraca do normalnego funkcjonowania. Myślę, że pod koniec roku będziemy dysponowali w miarę rzetelnymi prognozami dotyczącymi natężenia ruchu lotniczego w Polsce. W poprzednich latach natomiast obserwowaliśmy wzrost liczby połączeń i brak kontrolerów był zauważalny – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Teodorczyk, kontroler obszaru w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Proces rekrutacji i szkolenia kontrolerów ruchu lotniczego trwa około dwóch lat. Do tej pory nabory na kursy były prowadzone co pół roku i w każdym z nich wyłaniano około 20 osób, z czego licencję uzyskiwała mniej więcej połowa kursantów. Ponadto część aktywnych zawodowo kontrolerów odchodzi co roku na emeryturę, a inni podejmują się pracy biurowej albo projektowej, dlatego trudno oszacować niedobory.

Trzeba pamiętać o tym, że jest to zawód, który jest uznawany za jeden z najbardziej stresujących – zauważa przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Ponadto w związku z pandemią oraz znacznym ograniczeniem ruchu lotniczego nad Polską wynagrodzenia kontrolerów zostały obniżone o około 1/4. Trudno przewidzieć, co będzie dalej, bo cały czas jesteśmy na etapie odmrażania ruchu lotniczego i nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja na lotniskach w przyszłym roku.

Jak podała Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, analiza liczby aktywnych zawodowo kontrolerów ruchu lotniczego i praktykantów znajdujących się w procesie szkolenia oraz prognozy dotyczące wzrostu ruchu lotniczego w długim okresie były powodem wstrzymania rekrutacji na kursy dla kandydatów na kontrolerów.

Wpłynie to na obciążenie pracą kontrolerów ruchu lotniczego oraz najprawdopodobniej także na opóźnienia w ruchu lotniczym – ocenia Franciszek Teodorczyk.

Przewodniczący zaznacza, że wstępne prognozy dotyczące ruchu lotniczego na 2020 rok wskazywały osiągnięcie w grudniu poziomu ruchu mniejszego o 20 proc., niż pierwotnie planowano na ten miesiąc. Jednak sytuacja jest bardzo dynamiczna i prognozy dotyczące ruchu lotniczego zmieniają się z tygodnia na tydzień wraz z zamykaniem bądź otwieraniem kolejnych krajów dla ruchu turystycznego. Zgodnie z nowym rozporządzeniem obowiązującym od 26 sierpnia do 1 września na liście „zakazanych” kierunków Rada Ministrów utrzymała 43 kraje, m.in. Rosję, Czarnogórę, Meksyk, Brazylię czy USA. Wcześniejszy projekt rozporządzenia zakładał jej rozszerzenie o kolejne 20 państw, m.in. Hiszpanię i Belgię. Jak wyjaśniono w uzasadnieniu, utrzymanie dotychczasowej listy spowodowane jest jednak kończącym się okresem wakacyjnym i koniecznością zapewnienia powrotów do kraju wypoczywającym za granicą Polakom.

Cotygodniowe statystyki publikowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej pokazują, że ruch na lotniskach jest zdecydowanie mniejszy, ale spadki liczby operacji zróżnicowane: mieszczą się w granicach od kilku procent do ok. 50 proc. Dla przykładu między 17 a 23 sierpnia spadek liczby operacji lotniczych na lotnisku w Warszawie wyniósł 53 proc. (w porównaniu z analogicznym okresem w 2019 roku), w Krakowie – 47 proc., w Rzeszowie – 51 proc., a w Łodzi – 46 proc. Liczba operacji lotniczych na wszystkich polskich lotniskach w tym samym okresie była mniejsza w porównaniu z ubiegłorocznymi statystykami o 46 proc., a w ujęciu tydzień do tygodnia wzrosła o 1,5 proc.

Najwięcej lotów w polskiej przestrzeni wykonały w tych dniach: PLL LOT (16,1 proc.), Wizz Air (14,7 proc.) oraz Ryanair (12,6 proc.). W sumie linie te obsłużyły prawie 44 proc. ruchu lotniczego, co stanowi 3708 lotów w polskiej przestrzeni powietrznej. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szkolenia-dla-kontrolerow,p308955971

Galerie handlowe powoli odrabiają straty. Polacy wracają do bardziej spontanicznych zakupów

– Sytuacja w centrach handlowych powoli się stabilizuje – mówi Anna Szmeja, prezes Retail Institute. Wyniki sprzedaży i odwiedzalności od maja stopniowo się poprawiają. Najlepiej radzą sobie najmniejsze obiekty. Ze sporymi spadkami wciąż borykają się galerie położone w centrach dużych miast, które są mocno uzależnione od klientów z dużych biurowców. To im najwięcej czasu zajmie powrót na ścieżkę wzrostu.

Od maja powoli rośnie liczba osób, które odwiedzają galerie handlowe, co przekłada się na obroty firm, które prowadzą na ich terenie działalność.

Już w czerwcu ich wyniki były o 26 proc. wyższe niż w maju, ale słabsze niż rok temu o 15 proc. Sytuacja różni się w zależności od wielkości firm i branży, w której działają, ale generalnie zaczynają odrabiać straty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Szmeja, prezes Retail Institute.

Z danych ze 140 obiektów monitorowanych przez Retail Institute wynika, że pierwsze półrocze galerie zamknęły ponad 30-proc. spadkiem obrotów i odwiedzalności w ujęciu rocznym. Dane za lipiec i pierwsze tygodnie sierpnia pokazują jednak, że spadki są coraz mniejsze.

Mimo że prognozy są nadal dosyć bezpieczne, to jednak trend jest stale rosnący – mówi Anna Szmeja. – Dziś jest zbyt wiele elementów, które mają wpływ na dalszy rozwój sytuacji, oraz niewiadomych, aby móc prognozować wyniki. Jednak patrząc na dane z lipca i sierpnia pokazujące powolne wzrosty, można stwierdzić, że o ile nie pojawi się żaden kryzys spowodowany wzrostem zachorowań, to będzie dobrze.

Dobra sytuacja panuje przede wszystkim w segmencie elektroniki, który notuje wyraźne wzrosty (w czerwcu 23,7 proc. r/r), a także w sklepach budowlanych i z wyposażeniem wnętrz (+11 proc.). W ujęciu miesięcznym – w porównaniu do maja – wzrosty widać było za to w większości asortymentów. Segment modowy odnotował o 43,8 proc. większą sprzedaż, a kawiarnie i restauracje – o 88,3 proc.

Zdecydowanie lepiej radzą sobie nadal centra małe i bardzo małe. Obiekty śródmiejskie, które są w dużej mierze uzależnione od mobilności Polaków i dużych biurowców, gdzie klientami są pracownicy dzisiaj pracujący zdalnie, wciąż borykają się ze sporymi spadkami. Jednak one również mają ogromny potencjał, żeby w dłuższym okresie powrócić na ścieżkę wzrostów – podkreśla prezes Retail Institute.

Zwraca uwagę, że wszystkie galerie handlowe będą potrzebować trochę czasu, żeby wrócić do formy sprzed koronawirusa. Najpierw musiały przygotować powierzchnie do nowych wymogów sanitarnych, potem dzięki tarczy antykryzysowej na dwa miesiące najemcy zostali zwolnieni z opłat czynszowych i eksploatacyjnych, a od 4 maja w ciągu trzech miesięcy trzeba było wypracować nowe warunki dotyczące wynajmu powierzchni do grudnia tego roku.

– Aż 98 proc. tych rozmów zakończyło się sukcesem. Każdy sklep był traktowany indywidualnie. Spowodowało to jednak, że przychody z tytułu czynszów po stronie galerii handlowych są mniej więcej o 15–20 proc. niższe niż w analogicznym czasie w 2019 roku – mówi Anna Szmeja. – Pamiętajmy, że umowy najmu często podpisuje się na siedem, nierzadko na dziesięć lat, więc faktycznie włożono ogromny wysiłek, aby nowe warunki dopasować do aktualnej sytuacji.

Eksperci Retail Institute obliczyli, że w I półroczu br. zagregowana wartość czynszu i kosztów wspólnych w monitorowanych centrach spadła o 16,7 proc., przy czym największe spadki odnotowano w marcu (-19,5 proc r/r) i kwietniu (-83,8 proc). Dotychczasowe wsparcie najemców 500 centrów handlowych w Polsce mogło kosztować galerie nawet 22,7 mld zł miesięcznie.

Zdaniem prezes instytutu w przyszłości można się spodziewać rozwoju małych i bardzo małych centrów handlowych, bo to one najlepiej poradziły sobie w kryzysowej sytuacji. 

– W segmencie dużych i bardzo dużych centrów rynek jest już nasycony, więc tutaj koronawirus niewiele zmieni. Pozytywnym sygnałem jest jednak fakt, że wiele sieci handlowych, które wstrzymały swoje plany ekspansji, teraz zaczyna do tego tematu wracać. Zatem nawet gdyby pojawiły się okresowe wzrosty pustostanów, wolnych powierzchni w centrach handlowych, to właśnie te plany otwierania nowych lokalizacji w nowych centrach i miastach powinny tę lukę wypełnić – mówi.

Przez pierwsze miesiące odmrażania gospodarki widać było, że zakupy Polaków stały się znacznie mniej spontaniczne niż przed pandemią. Rzadko też wybierali się oni do galerii całymi rodzinami.

Paradoksalnie nie ma to dużego wpływu na obroty najemców, a to oznacza, że koszyk zakupowy nadal jest bardzo porównywalny do tego, co znaliśmy sprzed pandemii. Natomiast już w pierwszych tygodniach sierpnia pojawiły się w wynikach pierwsze jaskółki powrotu klientów do spontaniczności. Trzeba pamiętać, że w przypadku wielu firm takie impulsowe zakupy stanowią często nawet 25 proc. ich obrotu. W związku z tym wszystkim zależy na tym, żeby dawne zwyczaje zakupowe wróciły jak najszybciej – mówi Anna Szmeja.

Sytuację mógłby poprawić także powrót do niedziel handlowych. Z danych Retail Institute wynika, że przełożyłoby się to na 4-proc. wzrost liczby klientów i 1,8-proc. wzrost obrotów, co dla najemców oznacza zwiększenie przychodów ze sprzedaży rzędu kilkuset milionów złotych do końca 2020 roku. Branża apeluje również o zmiany w podatkach – m.in. czasowe zwolnienie właścicieli centrów handlowych z podatku od nieruchomości oraz kasowe rozliczanie VAT i CIT.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/galerie-handlowe-powoli,p1513135018

Największe kraje pracują nad bronią antysatelitarną. Jej użycie może być groźne dla całej gospodarki światowej

Trwa wyścig zbrojeń w kosmosie. Największe mocarstwa rywalizują nie tylko pod względem odkryć czy misji kosmicznych. Rosja, Chiny czy Stany Zjednoczone opracowują nową broń, aby zagrozić konstelacjom satelitów innych mocarstw. Broń antysatelitarna jest przydatna nie tylko do osłabiania zdolności wojskowych przeciwników na polu bitwy, lecz także zagraża cywilnemu wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej. Niedawno Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną, co pokazuje, że zagrożenia dla systemów kosmicznych są realne.

– Od kilku lat zauważamy coraz silniejszą rywalizację ze strony świata Zachodu i Wschodu, szczególnie amerykańsko-chińską. Zarówno na płaszczyznach orbitalnych, gdzie np. testowane są bronie antysatelitarne, ale także na płaszczyźnie prestiżowej, jak to miało miejsce 50 lat temu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, wyścig zbrojeń w kosmosie już trwa i nabiera rozpędu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Gordon Wasilewski, inżynier w firmie Astronika.

Największe kraje na świecie rywalizują ze sobą coraz mocniej w kosmosie. Trwa wyścig o dominację – wysyłane są misje kosmiczne, trwają badania Marsa, planowane są bazy na Księżycu. Nieco mniej mówi się o rywalizacji w zakresie opracowania broni zdolnej do niszczenia satelitów. Tymczasem, jak pokazują dwa raporty, Center for Strategic and International Studies oraz Secure World Foundation, Rosja, Chiny czy USA pracują nad bronią do zneutralizowania nie tylko wojskowych, lecz także cywilnych satelitów kosmicznych. Spowodowałoby to znaczne zakłócenia np. w dostępie do sygnałów telewizyjnych po globalny system pozycjonowania GPS.

Lipcowe testy przeprowadzone przez Rosję pokazały, że taka broń to już nie tylko plany, ale też rzeczywistość. Amerykańscy i brytyjscy urzędnicy rządowi potwierdzili, że mają dowody na to, że Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną.

– Podobno użyto broni kinetycznej, co w sytuacji kosmicznej może przynieść odwrotny do zamierzonego skutek. Jeżeli mówimy o wojnach w kosmosie, jeżeli obce państwa celują w zdolności kosmiczne innego państwa bądź jakiejś komercyjnej firmy, to nie chcą też narazić na szwank własnych satelitów w przestrzeni kosmicznej. A niestety broń kinetyczna czy broń energetyczna powoduje powstawanie wielu części uszkodzonych satelitów, które mogą narazić funkcjonujące systemy na poważne szkody – tłumaczy Gordon Wasilewski.

Według raportów  CSIS i SWF Rosja inwestuje w broń antysatelitarną. Pocisk 14A042 Nudol może zestrzeliwać nadlatujące pociski balistyczne, choć ma ograniczone zdolności antysatelitarne. Istnieją jednak przesłanki, że Moskwa unowocześnia swój optyczny system obserwacji przestrzeni kosmicznej o laserowy system oślepiający, który mógłby oślepić, a nawet uszkodzić czujniki optyczne zagranicznych satelitów szpiegowskich.

Rosja inwestuje też w broń antysatelitarną bliżej Ziemi, poprzez zakłócanie strumienia danych między satelitami a ich odbiorcami. CSIS podaje informacje np. o zagłuszaniu GPS w Rosji oraz w siłach rosyjskich w Syrii. Zakłócenia GPS utrudniają pilotom i broni samonaprowadzającej szybkie odniesienie się do własnej lokalizacji.

– Projektowane są takie systemy antysatelitarne, które polegają na przechwyceniu satelity, np. złapaniu jej w siatkę, bądź zepchnięciu z orbity. Oczywiście to nie są pokojowe działania, ale powinny być akceptowalne w tej całej grze – przewiduje ekspert.

Według Secure World Foundation także Chiny pracują nad trzema systemami antysatelitarnymi. Co najmniej jeden system już działa. SC-19 był testowany pięć razy, wywodzi się z pocisku balistycznego średniego zasięgu DF-21C z technologią przeniesioną z systemów rakiet ziemia–powietrze. Zaawansowany program broni antysatelitarnej jest też prowadzony przez Stany Zjednoczone. Przykładem może być rakieta Ground Based Interceptor, pierwotnie opracowana do zestrzeliwania głowic pocisków balistycznych, gdy przechodzą przez niską orbitę okołoziemską.

Nad podobną bronią pracują też Iran, Japonia i część krajów europejskich, m.in. Francja, jednak w ich przypadku prace są znacznie mniej zaawansowane.

– Broń antysatelitarna może być groźna, bo duża część naszej gospodarki i życia jest oparta na sektorze kosmicznym, orbitach ziemskich. Tam znajdują się satelity telekomunikacyjne, satelity internetowe i powstają olbrzymie konstelacje satelitów Starlink firmy SpaceX. Próby niszczenia tej infrastruktury mogą dotknąć każdego z nas. Mogą zaburzyć nasz codzienny rytm, lecz przede wszystkim rytm gospodarki światowej i to jest bardzo groźne – przekonuje Gordon Wasilewski.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/najwieksze-kraje-pracuja,p1067452872

Opracowano długowieczne czujniki internetu rzeczy. Mogą pobierać energię z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki lub wibracje [DEPESZA]

Przyszłością sektora inteligentnych urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy mogą okazać się długowieczne czujniki, które będą w stanie pracować przez wiele lat bez wymieniania baterii. Nad rozwojem układów tego typu pracuje firma Everactive, która wyspecjalizowała się w produkcji energooszczędnej elektroniki generującej prąd z najbliższego otoczenia. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię – tłumaczy David Wentzloff, dyrektor ds. technologii w Everactive.

– Słyszymy o inteligentnym transporcie, inteligentnym rolnictwie itp. Internet rzeczy może uczynić wszystkie nasze środowiska inteligentnymi. Istnieje świadomość tego, co się dzieje, i już wykorzystujemy informacje, aby te środowiska zachowywały się w sposób, który przewiduje nasze potrzeby i były jak najwydajniejsze. Uważamy, że do realizacji tej wizji niezbędne są czujniki niewymagające zasilania bateryjnego – podkreśla Benton Calhoun, współzałożyciel Everactive.

Czujniki od tej firmy nie są zasilane przez klasyczne baterie montowane w konkurencyjnych sprzętach wchodzących w skład sieci internetu rzeczy. Układy opracowano w taki sposób, aby z jednej strony pracowały przy skrajnie niskim poborze energii elektrycznej, a z drugiej były w stanie pobierać ją z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki czy wibracje wzbudzane w trakcie przemieszczania się, jeśli dany układ zamontowano np. w opasce sportowej. Dzięki temu szacowana żywotność tych pasywnych czujników może sięgać nawet 20 lat.

Pierwszy komercyjny czujnik Everactive skonstruowano z myślą o wykorzystaniu w przemysłowych systemach IoT i służył do monitorowania funkcjonowania odwadniaczy wykorzystywanych m.in. w sektorze paliwowym, podczas produkcji papieru czy żywności. Firma ma na swoim koncie także czujniki monitorujące działanie silników i pomp, które również nie wymagają korzystania z klasycznego źródła zasilania.

– Wszystko to umożliwiają układy scalone o bardzo niskim poborze mocy, które obsługują ciągłe monitorowanie – tłumaczy David Wentzloff. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię.

Każdy z czujników Everactive projektowany jest w taki sposób, aby mógł być zasilany za pośrednictwem niewielkich wibracji, czerpać energię z fal świetlnych emitowanych przez żarówki w fabrykach bądź z różnicy temperatur rzędu ok. 12 stopni Celsjusza. Dzięki temu czujniki są znacznie tańsze w utrzymaniu niż konkurencyjne rozwiązania. Nie wymagają stałego nadzoru oraz regularnej wymiany baterii, co pozwala wykorzystać je w projektach przemysłowych składających się z wielu maszyn podłączonych do internetu rzeczy.

W przyszłości firma planuje opracować przezroczyste i elastyczne czujniki wielkości znaczka pocztowego, które wystarczyłoby przykleić do urządzenia, aby błyskawicznie rozpoczęło cykl monitorowania pracy i przesyłania danych do chmury. Taka technologia mogłaby zostać wykorzystana m.in. na potrzeby pasywnych opasek sportowych. Urządzenia tego typu mogłyby działać wiele lat bez ładowania, nieustannie monitorując temperaturę ciała czy przyspieszenie użytkownika. Zebrane dane byłyby w czasie rzeczywistym przesyłane do chmury obliczeniowej.

– Jest to technologia całkowicie bezobsługowa, bez baterii, zasilana ze zgromadzonej energii i zawsze połączona z chmurą. Jej możliwości zastosowania są ogromne – przekonuje dyrektor ds. technologii w Everactive.

Prace nad podobnymi rozwiązaniami prowadzone są w ramach unijnego programu NECOMADA. Zakłada on wykorzystanie modułów NFC oraz RFID do stworzenia bezbateryjnych tagów wchodzących w skład systemów internetu rzeczy. Pasywne czujniki radiowe miałyby znaleźć zastosowanie m.in. w branży farmaceutycznej do monitorowania temperatury czy na potrzeby rozwiązań inteligentnego domu.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy w 2019 roku wyniosła 139,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 278,9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,9 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/opracowano-dlugowieczne,p157102552