Planowane regulacje prawne dotyczące rynku telekomunikacyjnego mogą wykluczyć z polskiego rynku niektórych inwestorów. Szczególnie dotyczy to firm z Chin

0

Polska jest otwarta na inwestycje zagraniczne, ale regulacje prawne, które pojawiły się w ostatnim czasie w obszarze telekomunikacji, zmierzają do wykluczenia niektórych inwestorów z polskiego rynku – ocenia dr hab. Maciej Rogalski, profesor Uczelni Łazarskiego. Mowa o niedawno przygotowanym projekcie zmiany ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który mógłby spowodować dyskryminację podmiotów np. z Chin, jeśli wszedłby w życie w proponowanym kształcie. – Regulacje powinny być stanowione dla wszystkich takie same, a każdy podmiot powinien mieć równe szanse – mówi ekspert.

– Co do zasady Polska jest zainteresowana, aby inwestycje zagraniczne były na jak najwyższym poziomie. Regulacje unijne, a także umowy międzynarodowe zobowiązują do odpowiedniego podejścia w zakresie inwestycji, w znaczeniu równego traktowania wszystkich zainteresowanych podmiotów. Z drugiej strony w ostatnim czasie pojawiły się projekty regulacji, które będą zmierzać do wykluczenia niektórych inwestorów z polskiego rynku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Maciej Rogalski, profesor Uczelni Łazarskiego, radca prawny w kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wyniosła blisko 41,7 mld zł, podczas gdy w 2018 roku było to 57,7 mld zł. Na podstawie analiz przeprowadzonych przez Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej wynika, że na koniec maja w KRS było aktywnych ponad 87,2 tys. spółek z udziałem kapitału zagranicznego. W ubiegłym roku powstało ich blisko 8,9 tys., a do końca maja tego roku – nieco ponad 3 tys.

 Czy dostęp do polskiego rynku jest taki sam dla wszystkich inwestorów? Gdybym otrzymał to pytanie kilkanaście miesięcy temu, nie miałbym wątpliwości, że tak. Jakiś czas temu pojawiły się jednak koncepcje, które przybrały w ostatnich miesiącach formę propozycji regulacji prawnych i które powodują, że nie można już tak powiedzieć. Mam tu na myśli inwestorów z Azji, a konkretnie Chin, a przykładem tych regulacji mogą być te dotyczące rynku telekomunikacyjnego, gdzie przygotowane projekty mogą spowodować wykluczenie takich inwestorów – podkreśla profesor Uczelni Łazarskiego,

Zgodnie z założeniami projekt ustawy o KSC ma zapewnić odpowiedni poziom cyberbezpieczeństwa. To zaś ma być zrealizowane przez przeprowadzenie oceny dostawców sprzętu i oprogramowania na podstawie m.in. stopnia i rodzaju powiązań tego dostawcy z państwem jego pochodzenia, prawodawstwa państwa w zakresie ochrony praw obywatelskich i praw człowieka czy ingerencji państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy.

– Regulacje powinny w równy sposób traktować wszystkich, nie powinny być przygotowywane pod konkretnych inwestorów czy podmioty. Niestety pojawiły się projekty, które mogą stwarzać wrażenie, że są przygotowywane z określonym założeniem, pod określonych dostawców. To nie jest dobre podejście, każdy podmiot powinien mieć równe szanse, a jeżeli je wykorzysta, powinien móc inwestować – przekonuje dr hab. Maciej Rogalski

Zapisy dotyczące przestrzegania praw człowieka w nowelizacji ustawy o KSC mogą wykluczyć chińskie firmy technologiczne, w tym koncern Huawei, jednego z głównych dostawców infrastruktury 5G. Tymczasem według eksperta, dopóki nie ma dowodów na sprzeczne z prawem czy zagrażające bezpieczeństwu postępowanie producentów, ograniczenia dla sprzedaży jego produktów czy wykluczanie go z rynku budzi poważne wątpliwości.

 Na rynku europejskim, także w regulacjach Unii Europejskiej, jest przewidziana możliwość przeprowadzania tzw. certyfikacji, czyli weryfikacji pod względem technicznym dopuszczalności z perspektywy bezpieczeństwa danego sprzętu – przypomina ekspert z Uczelni Łazarskiego. – Nie ma przeszkód, ażeby ten mechanizm był stosowany także w Polsce. Tym bardziej że trudno teraz o produkt, który by pochodził tylko z jednego kraju. Weźmy na przykład samochody czy komputery. Dlatego powinniśmy zmienić podejście i koncentrować się na produkcie, a nie na kraju pochodzenia.

Jak wskazuje, rynek usług cyfrowych jest regulowany przepisami unijnymi i to ich polska legislacja powinna się trzymać.

– Polska jako kraj członkowski Unii Europejskiej musiała zaimplementować szereg dyrektyw, m.in. Europejski kodeks łączności elektronicznej – bardzo duży akt, który wdraża regulacje dotyczące rynku świadczenia usług elektronicznych. Nie ma więc dużego pola do znajdowania rozwiązań odbiegających od tych unijnych. Poprzez implementację wspomnianego kodeksu czy innych aktów prawnych w zakresie przeprowadzania certyfikacji, handlu elektronicznego można stworzyć system prawny, który daje podstawy do działania na nim wszystkich podmiotów: przedsiębiorców telekomunikacyjnych, producentów sprzętu czy dostawcy usług, jeżeli spełniają wymagania określone tymi przepisami – tłumaczy dr Maciej Rogalski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/planowane-regulacje-prawne,p1499625775

Wdrożenie autonomicznego transportu publicznego jest nieuniknione. Może przynieść miliardowe oszczędności

0

Autonomiczne mikrobusy pojawiły się już na ulicach polskich miast. W województwie dolnośląskim nieczynne torowiska kolejowe zostaną przekształcone w trasy dla pojazdów autonomicznych. Jak twierdzą specjaliści, autonomizacja transportu jest procesem nieuniknionym, ale wciąż towarzyszą mu wątpliwości, związane chociażby z bezpieczeństwem i zabezpieczeniem rynku pracy. Tymczasem oszczędności wynikające z autonomizacji transportu mogłyby w Polsce sięgać kwoty kilkudziesięciu miliardów złotych.

– Autonomiczne systemy transportu publicznego pojawiły się już w miastach. Mamy do czynienia z systemami metra, w których czasami wciąż są maszyniści, ale tylko po to, żeby zwiększać subiektywne odczucie bezpieczeństwa u pasażerów. Na lotniskach mamy systemy, które łączą terminale. W przypadku tramwaju w wielu systemach na świecie jesteśmy o mały krok lub w zasadzie na etapie wdrażania. Autobusy, ze względu na to, że też poruszają się konkretnym korytarzem, mogą przejść duże zmiany, może nie na wszystkich liniach i korytarzach, ale to również jest możliwe – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Łukasz Franek, dyrektor Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie.

Specjalne trasy dla autonomicznego transportu planuje wybudować zarząd województwa dolnośląskiego. Mają one powstać po wyasfaltowaniu nieczynnych torowisk kolejowych, na których wznawianie ruchu pociągów nie miałoby sensu ekonomicznego. Pieniądze na inwestycję będą pochodzić z Krajowego Programu Odbudowy. Takie podejście do kwestii inwestycji w transport autonomiczny pozwala na uniknięcie barier wynikających z polskiego prawa. Chodzi o zapis, który umożliwia korzystanie z pojazdów autonomicznych wyłącznie na wydzielonej infrastrukturze, co wyklucza ich ruch po drogach publicznych.

– Autonomizacja w pewnym obszarze transportowym, może jeszcze niezamkniętym, nastąpi. Jak szeroko, to będzie wynikało z odpowiedzi na pytania, które wciąż są otwarte, przede wszystkim pod kątem bezpieczeństwa i efektywności. Celem jest podniesienie bezpieczeństwa i redukcja kosztów, z uwzględnieniem kosztów społecznych. Są przykłady z przeszłości, może nie autonomizacji, ale automatyzacji dystrybucji biletów, gdzie kasy w Londynie, w których siedzieli ludzie i sprzedawali bilety, zamieniono na automaty. Było taniej, jest bardziej efektywnie, ale tysiące ludzi straciło pracę. Trzeba o tym pamiętać, że automatyzacja czy autonomizacja również niesie takie ryzyko – przestrzega Łukasz Franek.

Tymczasem pojazdy autonomiczne są testowane w transporcie publicznym w wielu miastach na świecie. W Phoenix w amerykańskiej Arizonie testowane były autonomiczne taksówki, które obsługiwała spółka zależna od Google. Autonomiczne mikrobusy pojawiły się już w ubiegłym roku na ulicy Karwieńskiej w Gdańsku, gdzie we wrześniu dowoziły pasażerów do tamtejszego ZOO. Z kolei autonomiczne tramwaje od Siemensa testowane były w Poczdamie, a te produkowane przez Newag, Cybid i Medcom – w Krakowie.

– Kraków zawsze stara się być miastem, które myśli o wszystkich nowinkach. Staramy się być w pierwszym rzędzie tych, którzy otwierają nowe drzwi i rozdziały. Obecnie zastanawiamy się nad metrem. Jesteśmy miastem, gdzie w wielu miejscach tramwaj mógłby być autonomiczny. Dzisiaj testujemy już takie rozwiązania. Kupujemy tramwaj, który może przejechać bez trakcji. Są obszary, gdzie spokojnie można by myśleć o autobusowych liniach – zapowiada dyrektor Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie.

Autonomizacja szybciej niż na lądzie postępuje w powietrzu. Jak twierdzą eksperci, autonomizacja w lotnictwie jest dużo łatwiejsza do wdrożenia pod względem bezpieczeństwa niż na lądzie.

– W powietrzu nie ma kolizji poza zderzeniami z ptakami. Na lądzie wygląda to już zupełnie inaczej. Tu jesteśmy na początku wielu otwartych pytań o to, w jaki sposób sterować odpowiedzialnością z punktu widzenia ewentualnych wypadków, w jaki sposób kształtować później przestrzeń. Bo stałoby się niedobrze, gdyby autonomiczne pojazdy odwróciły naturalny bieg przekształcania naszych miast w przestrzeń współdzieloną, inkluzywną, gdzie wszyscy dowolnie się przemieszczają, w obarierkowane korytarze, w których każdy ma swoich kilka metrów kwadratowych – wskazuje Łukasz Franek.

Z raportu sporządzonego przez Polski Instytut Ekonomiczny i Ministerstwo Infrastruktury wynika, że całkowita automatyzacja ruchu mogłaby dać nawet 51 mld zł oszczędności z tytułu uratowanego życia i zdrowia jego uczestników. Automatyzacja transportu ciężarowego może przynieść oszczędności sięgające nawet 4,9 mld zł w wyniku poprawy bezpieczeństwa drogowego. Oszczędności dla branży logistycznej wynikające z niższych kosztów pracy oraz kosztów paliwa mogą wynieść nawet 2,4 mld zł rocznie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wdrozenie-autonomicznego,p1120676856

Rząd wspiera firmy w trudnej sytuacji. Uzyskają finansowanie na działania restrukturyzacyjne

0

Rząd uruchomił wsparcie dla firm, które stanęły wobec groźby likwidacji, są niewypłacalne albo znajdują się w formalnej restrukturyzacji. Dotąd nie miały większych szans, żeby pozyskać środki na sfinansowanie swoich działań restrukturyzacyjnych w bankach, ale dzięki Polityce Nowej Szansy łatwiej im będzie wrócić na rynek. W tym roku trafi do nich 720 mln zł, a w kolejnych 10 latach – 120 mln zł rocznie. Eksperci z Krajowej Izby Doradców Restrukturyzacyjnych pomogą im również opracować plan wychodzenia z kryzysu. To o tyle istotne, że – jak pokazują statystyki KUKE – liczba postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych wciąż jest znacznie wyższa niż rok temu.

– Obserwujemy stabilizację na rynku działalności gospodarczej, a wśród przedsiębiorców widzimy chęć powrotu na rynek oraz do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Dane CEIDG wskazują, że liczba przedsiębiorców wróciła do poziomu sprzed pandemii, czyli z lutego i początków marca. Zatem działania, które zostały podjęte – czy to w ramach Tarczy Finansowej PFR, czy w ramach tarczy rządowej – przynoszą efekty. Jednak w ich ramach nie da się rozwiązać wszystkich problemów, dlatego paletę instrumentów antykryzysowych uzupełniamy o kolejne działania dedykowane przedsiębiorcom, którzy nie mogli dotąd odnaleźć wsparcia na rynku finansowym – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Jak wynika z danych Ministerstwa Rozwoju, do 4 września br. wartość rządowej pomocy udzielonej przedsiębiorcom w ramach działań antycovidowych sięgnęła 135 mld zł. Gros tych środków stanowiły subwencje z Tarczy Finansowej PFR (prawie 60,5 mld zł). Rządowa pomoc była ukierunkowana głównie na zapewnienie firmom płynności finansowej i utrzymanie miejsc pracy. Teraz uzupełnią ją instrumenty przygotowane przez rząd w ustawie dotyczącej Polityki Nowej Szansy, która weszła w życie 24 września br. Są one skierowane do firm w trudnej sytuacji ekonomicznej, które potrzebują pomocy restrukturyzacyjnej.

– Polityka Nowej Szansy to szansa dla tych przedsiębiorców, którzy nie mają szans pozyskać finansowania na działania restrukturyzacyjne. Dla tych firm, które są niewypłacalne, znajdują się w formalnej restrukturyzacji, de facto zamykają się wszystkie drogi do pozyskania finansowania w bankach i instytucjach finansowych. Także ARP – choć nie jest bankiem – w normalnej procedurze nie jest w stanie udzielić im pożyczki. Dlatego Polityka Nowej szansy to unikalne rozwiązanie. Dzięki niemu przedsiębiorca, który jest w trudnej sytuacji i ma problemy z pozyskaniem finansowania, będzie mógł sfinansować działania restrukturyzacyjne i de facto wrócić do konkurencji na rynku – podkreśla Paweł Kolczyński.

O wsparcie w ramach Polityki Nowej Szansy mogą starać się firmy ze wszystkich segmentów, poczynając od mikro-, małych i średnich, a kończąc na dużych, które znalazły się w trudnej sytuacji ekonomicznej, są już w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego albo stanęły wobec groźby likwidacji. Pomoc będzie przysługiwać zarówno tym przedsiębiorcom, którzy zostali dotknięci skutkami COVID-19, jak i tym, których trudności nie są związane z pandemią. Środki z tego programu można łączyć z innymi instrumentami pomocowymi, co oznacza, że mogą starać się o nie również te firmy, które skorzystały już z tarcz antykryzysowych.

 Trudno ocenić, jak wiele firm będzie wymagało takiego wsparcia. Sytuacja na rynku jest w tej chwili bardzo dynamiczna, znajdujemy się w warunkach negatywnego oddziaływania skutków pandemii. Z szacunków Ministerstwa Rozwoju, które legły u podstaw legislacji Polityki Nowej Szansy, wynika, że średnie wsparcie dedykowane mikro-, małym i średnim przedsiębiorcom będzie oscylowało wokół kwoty 500 tys. zł. To oznacza, że w ramach tych środków będziemy w stanie w pierwszym ruchu pomóc ok. 240 przedsiębiorcom – mówi wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Na sfinansowanie Polityki Nowej Szansy rząd będzie przeznaczać 120 mln zł rocznie przez kolejnych 10 lat. Jednak wiceprezes ARP podkreśla, że w tym roku pula zostanie dodatkowo zasilona środkami z funduszu covidowego w wysokości przynajmniej 600 mln zł.

Polityka Nowej Szansy to program pomocy publicznej opracowany przez Ministerstwo Rozwoju i notyfikowany przez Komisję Europejską. Jego operatorem została Agencja Rozwoju Przemysłu, do której można kierować wnioski o wsparcie (nabór ma charakter ciągły). Jego kwota będzie każdorazowo uzależniona od indywidualnej sytuacji firmy.

 Aby uprawdopodobnić sukces przedsiębiorców, którzy będą wnioskowali o tę pomoc, kilka tygodni temu nawiązaliśmy współpracę z Krajową Izbą Doradców Restrukturyzacyjnych. Będą oni służyć pomocą właścicielom firm przede wszystkim w zakresie opracowywania profesjonalnych, wiarygodnych i realistycznych w realizacji planów restrukturyzacyjnych – mówi Paweł Kolczyński. – Jakość wniosków, które do nas trafiają, to jeden z największych problemów. Chcemy, aby zarówno wnioski, jak i same plany restrukturyzacyjne były jak najwyższej jakości. Plan restrukturyzacyjny dobrany optymalnie do sytuacji firmy i profilu jej działalności jest tak samo ważny jak środki na sfinansowanie tych działań restrukturyzacyjnych.

Jak wynika z danych KUKE, w sierpniu tego roku liczba ogłoszonych przez firmy restrukturyzacji wyniosła 68, notując spadek o 4,2 proc. w skali miesiąca, a w ujęciu rocznym wzrost aż o 78,9 proc. Znaczący w skali roku wzrost liczby ogłaszanych restrukturyzacji jest widoczny drugi miesiąc z rzędu (co należy wiązać m.in. z obowiązującym od czerwca uproszczonym prawem restrukturyzacyjnym) i ten trend zapewne utrzyma się w kolejnych. W tym samym miesiącu KUKE odnotowała też 92 przypadki niewypłacalności (postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych). To liczba mniejsza o prawie 29 proc. wobec poprzedniego miesiąca, ale równocześnie o 15 proc. wyższa niż przed rokiem. Suma niewypłacalności z ostatnich 12 miesięcy wzrosła na koniec lipca do 1094, co jest najwyższym wynikiem od 2016 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-wspiera-firmy-w,p1710149867

Za kilka miesięcy po poradę zdrowotną będzie można się udać do apteki. Przyniesie to znaczące oszczędności w ochronie zdrowia

0

– Farmaceuci to wykształceni specjaliści, państwo poniosło wysokie koszty na ich edukację. Tymczasem w tej chwili sprowadzamy ich do roli sklepikarzy, którzy wymagają tylko kursu obsługi kasy fiskalnej. Mamy potencjał, którego nie wykorzystujemy – podkreśla były wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda. Eksperci wskazują, że rozszerzenie uprawnień tej grupy zawodowej może odciążyć lekarzy i załatać dziury w systemie ochrony zdrowia. Farmaceuci mogą odgrywać kluczową rolę m.in. w profilaktyce i edukacji zdrowotnej. Takie zmiany ma wprowadzić procedowana w Sejmie ustawa o zawodzie farmaceuty. Stworzy ona podwaliny do wprowadzenia w Polsce kompleksowej opieki farmaceutycznej, która pozwoli na znaczne oszczędności w systemie ochrony zdrowia.

– Od kilku lat toczy się debata na temat tego, jak ma wyglądać w Polsce opieka farmaceutyczna. Jej finałem są prowadzone obecnie w Sejmie prace nad projektem ustawy dotyczącej zawodu farmaceuty. Ten projekt zawiera regulacje, które umożliwiają wprowadzenie w Polsce opieki farmaceutycznej. W tej chwili jesteśmy na etapie podkomisji sejmowej, która debatuje o planowanych zmianach. Po zakończeniu jej prac temat trafi pod obrady Sejmu – mówi agencji Newseria Biznes radca prawny Tomasz Kaczyński, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, specjalizujący się w prawie farmaceutycznym i life sciences, autor raportu na temat opieki farmaceutycznej.

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 26,5 tys. magistrów i 33,5 tys. techników farmacji. W tej chwili ich rola jest ograniczona w zasadzie do wydawania i sprzedaży leków w aptecznym okienku. Regulacja ma rozszerzyć uprawnienia farmaceutów i stanowić pierwszy krok do wprowadzenia w Polsce kompleksowej opieki farmaceutycznej.

– Mamy w tym projekcie dwie kluczowe zmiany. Po pierwsze, opieka farmaceutyczna zaczyna być legalnie dopuszczalna. Mamy zakres usług, które będą bezpiecznie świadczone w ramach opieki farmaceutycznej w aptece. Po drugie, te świadczenia będą uznawane za usługę zdrowotną na równi z innymi świadczeniami opieki zdrowotnej – wskazuje Tomasz Kaczyński.

Nowe przepisy były od lat wyczekiwane przez środowisko aptekarskie. Ta grupa zawodowa – jako jedna z nielicznych – nie miała dotąd swojej ustawy, a w polskim prawie opieka farmaceutyczna jest zdefiniowana jedynie w kontekście obowiązków farmaceuty w ustawie o izbach aptekarskich.

– Farmaceuci nie oczekują tych zmian, oni ich żądają. To są ambitni ludzie, którzy spędzili wiele lat, ciężko studiując, potem nabywając wiedzę w relacjach z pacjentami i mają dość tego, że są traktowani przez system jako sprzedawcy leków. Mają znacznie większe ambicje i inne powody kierowały nimi, żeby w ogóle aplikować i kończyć studia farmaceutyczne. Oczekują, że opieka farmaceutyczna stanie się wreszcie w Polsce rzeczywistością – podkreśla Artur Łakomiec, prezes Gemini Polska, ogólnopolskiej sieci aptek.

Rozszerzenie uprawnień farmaceutów, jak pokazują przykłady Szwecji czy Holandii, mogłoby przynieść korzyści dla całego systemu ochrony zdrowia i odciążyć lekarzy, których i tak jest w Polsce za mało (liczba specjalistów jest o ok. 24 proc. niższa w porównaniu z innymi krajami Europy, a w przypadku podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) różnica wynosi już ok. 42 proc.).

– Ciekawym przykładem jest Szwecja, która ma dobrze rozwinięty system profilaktyki. W tym systemie mocno uczestniczą właśnie farmaceuci, bo nie zawsze mamy czas, żeby w przypadku gorszego samopoczucia zapisać się i iść do lekarza. Jeśli możemy trafić do najbliższej apteki, do swojego farmaceuty, to jest szansa na bodziec w kierunku wczesnej diagnozy – mówi Artur Łakomiec.

Farmaceuci mogliby m.in. konsultować z pacjentem kwestie dotyczące niezbędnych badań diagnostycznych, udzielać porad dotyczących leczenia powszechnych schorzeń, jak np. przeziębienie, oraz czuwać nad tym, czy zażywane leki, przepisywane przez różnych specjalistów, nie wchodzą w interakcje i nie powodują konfliktów lekowych.

– Nadzór farmaceuty nad terapią lekową jest absolutnie kluczowy. Farmaceuta kształci się w tym kierunku, jest w stanie wyłapać wszystkie interakcje,  nadmiar czy niedobór leków – podkreśla prezes Gemini Polska.

– Farmaceuci to potencjał, którego nie wykorzystujemy, a z drugiej strony brakuje nam w systemie lekarzy i pielęgniarek. Te wskaźniki mamy wielokrotnie niższe niż w innych krajach. Nie możemy sobie pozwolić na marnotrawstwo takiego potencjału – dodaje lek. med. Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia, założyciel Fundacji Watch Health Care i prezes MedInvest Scanner. – Mamy empiryczne dowody z innych krajów, że opieka farmaceutyczna przynosi oszczędności m.in. dzięki wyeliminowaniu interakcji lekowych, ograniczeniu powikłań i działań niepożądanych leków, wczesnemu wykrywaniu chorób, lepszemu poinformowaniu pacjentów i niższej liczbie hospitalizacji. Nie wiem, dlaczego wciąż z tego nie korzystamy.

Aby odciążyć lekarzy, farmaceuci mogliby też wystawiać tzw. recepty kontynuacyjne, na leki przyjmowane stale, w ramach kontynuacji zlecenia lekarskiego. Efektywność takiego rozwiązania pokazały już miesiące pandemii. Od kwietnia – na mocy specustawy dotyczącej zwalczania COVID-19 – farmaceuci w uzasadnionych przypadkach mają możliwość wystawiania recept ze 100-proc. odpłatnością. W warunkach lockdownu, zamknięcia przychodni i utrudnionego dostępu do lekarzy ta opcja okazała się pomocna dla szerokiego grona pacjentów. W sumie farmaceuci wystawili od kwietnia ok. 420 tys. recept. Taką możliwość na stałe ma wprowadzić ustawa o zawodzie farmaceuty.  

– Uchwalenie ustawy o zawodzie farmaceuty to perspektywa najbliższych miesięcy. Z kolei jej implementacja to proces obliczony na najbliższe lata. Mamy rozwiązania, które są zweryfikowane, ocenione od strony farmakoekonomiki i które mogą być sfinansowane z budżetu państwa, przed nami jednak jeszcze wiele lat pracy – wskazuje Tomasz Kaczyński.

Jak wskazuje raport kancelarii DZP, którego partnerem jest Gemini Polska, wprowadzenie w Polsce kompleksowej, pełnej i koordynowanej opieki farmaceutycznej wymaga uregulowania wielu kwestii, chociażby dotyczących wymiany informacji między lekarzem, farmaceutą i pacjentem.

– Elementem, który trzeba wprowadzić, jest też wdrożenie opieki farmaceutycznej w ramy systemu e-zdrowia i zintegrowanie z Internetowym Kontem Pacjenta. Kolejnym jest możliwość informowania pacjenta o tej opiece farmaceutycznej – tak aby tego typu przekaz nie był traktowany jak reklama apteki, oraz umożliwienie kontroli i nadzoru nad sprawowaniem tej opieki przez podmioty, które mają w tym doświadczenie i wiedzę – wymienia Tomasz Kaczyński.

Wprowadzenie nowych obowiązków dla farmaceutów może oznaczać dodatkowy koszt dla obciążonego już budżetu państwa. Eksperci DZP w raporcie wskazują jednak, że istnieje co najmniej kilka sposobów na sfinansowanie opieki farmaceutycznej. Jednym z nich mogłoby być wprowadzenie opieki farmaceutycznej do koszyka świadczeń gwarantowanych NFZ, a także powiązanie pacjenta z jednym farmaceutą, na zasadzie deklaracji wyboru lekarza POZ.

– Niektóre elementy opieki farmaceutycznej możemy też finansować w inny sposób. Mogą się do tego dołożyć ZUS i KRUS, bo te instytucje również odczują dzięki niej oszczędności. Może to być także opłata dyspensyjna od każdego wydanego opakowania sprzedawanego w aptekach, przy czym pewnie grupy wrażliwe społecznie należałoby z tych opłat zwolnić. Wreszcie pacjenci mogą sami płacić za jej niektóre elementy. Zadziwiająco duży odsetek osób – zwłaszcza tych, które leczą się przewlekle i pracują – deklaruje taką gotowość, m.in. za przeglądy lekowe, porady związane z różnymi chorobami i diagnostyką czy leczeniem po wypisaniu ze szpitala – wskazuje Krzysztof Łanda.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/za-kilka-miesiecy-po,p1236133724

Zaostrza się konkurencja w obszarze 5G. Jeden z globalnych liderów rynku urządzeń mobilnych chce być w Polsce głównym dostawcą smartfonów obsługujących nowy standard

0

Globalna marka Oppo chce zwiększyć swój udział w Polsce, która jest dla niej jednym z głównych rynków sprzedażowych w Europie. Krótko po debiucie kojarzy ją już jeden na trzech Polaków. Oppo celuje w szybko rozwijający się rynek 5G, dlatego właśnie wprowadza do oferty pierwszy smartfon, który w pełni obsługuje nowy standard i trafi do oferty krajowych operatorów telekomunikacyjnych. – Poza nowymi funkcjami konsumenci coraz większą uwagę przykładają do jakości i wyglądu smartfonów oraz zaawansowanych opcji w obszarze zdjęć i wideo – mówi brand manager marki w Polsce – Mo Zhang.

– Na rynku smartfonów widzimy kilka kluczowych trendów, które również pojawiają się w naszych produktach, a jednym z głównych jest sieć 5G. Coraz więcej smartfonów na rynku będzie oferowanych z dostępem do nowego standardu telekomunikacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mo Zhang, brand manager marki Oppo Polska.

Według danych IDC w II kwartale tego roku producenci dostarczyli na rynek łącznie 276,4 mln smartfonów, co oznacza spadek o 16,6 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. To w dużej mierze efekt recesji zapoczątkowanej przez pandemię COVID-19 i rosnącej niepewności, które skłaniały konsumentów do ostrożnych wydatków. Obecnie sprzedaż smartfonów napędzana jest głównie przez 5G. Na tym trendzie chce skorzystać także Oppo, wprowadzając na rynek pierwsze urządzenie, które w pełni obsługuję tę technologię.

– Pierwsze trzy smartfony z nowej serii Reno4 wprowadziliśmy na rynek kilka dni temu. Najwyższy model, Reno 4 Pro 5G, jest właśnie obsługiwany w nowej sieci – mówi brand manager Oppo Polska.

Flagowy model Oppo Reno 4 Pro 5G, oprócz pełnej łączności nowej generacji, zawiera m.in. technologię szybkiego ładowania Super VOOC 2.0 65 W – autorską technologię, która pozwala ładować smartfona przez 15 minut i korzystać z niego przez cały dzień. Do pełnego naładowania urządzenia potrzeba natomiast zaledwie 35 minut. Mocny akcent w swoim nowym smartfonie producent postawił także na zaawansowane technologie z zakresu fotografii i wideo.

– Konsumenci coraz więcej wrzucają do sieci. Oprócz fotografii jest to też content wideo. Staramy się sprostać wyzwaniom narzucanym przez klientów, dlatego w nowej serii smartfonów znajdą się m.in. takie funkcje jak ultrastabilizacja wideo oraz nagrywanie w trybie nocnym – mówi Mo Zhang.

Pomimo spadku sprzedaży na rynku smartfonów coraz widoczniejszy jest także trend premiumizacji. Konsumenci coraz częściej oczekują wyrafinowanego wzornictwa i wysokiej jakości materiałów, niekoniecznie wyłącznie od urządzeń z najwyższej półki cenowej.

– Konsumenci coraz większą wagę przykładają do wyglądu smartfona. Kiedyś częściej kupowali urządzenia w kolorze białym lub czarnym, dzisiaj wybierają rozmaite kolory, np. niebieski, różowy, żółty. Ogromne znaczenie ma też jakość wykonania, wykończenie, dbałość o detale – to wszystko jest bardzo mocno zapisane w DNA naszej marki – podkreśla brand manager Oppo Polska.

IDC podaje, że do Oppo należy prawie 9-proc. udział w światowym rynku smartfonów. Producent plasuje się na piątym miejscu pod względem udziału w sprzedaży smartfonów (obok Huaweia, Samsunga, Apple’a i Xiaomi). Oppo jest głównym dostawcą urządzeń mobilnych w Chinach, a poza nimi jest też obecne w 40 innych krajach. Z urządzeń marki korzysta w tej chwili 300 mln użytkowników. Od dwóch lat jej produkty dostępne są w Europie, m.in. w Hiszpanii, Francji, Włoszech, Holandii i Wielkiej Brytanii.

– Do Polski Oppo weszło prawie dwa lata temu [w styczniu 2019 roku – red.] i mieliśmy trzy kluczowe zadania. Pierwszym było zbudowanie szerokiej sieci dystrybucji i kanałów sprzedaży i to udało nam się zrealizować. W tej chwili nasze urządzenia są szeroko dostępne u wszystkich partnerów sieci telekomunikacyjnych i kluczowych partnerów sieci detalicznych – wskazuje Mo Zhang.

Smartfony Oppo Reno są w tej chwili dostępne w ofercie wszystkich operatorów telekomunikacyjnych w Polsce i sieciach głównych sprzedawców detalicznych, takich jak RTV Euro AGD, MediaMarkt i Media Expert.

Jak podkreśla Mo Zhang, drugim celem, który udało się zrealizować, było zbudowanie świadomości marki. Według majowych badań Oppo markę kojarzy jeden na trzech Polaków.

– Cele i aspiracje mamy jeszcze większe, stąd w IV kwartale, we współpracy z ambasadorem marki Marcinem Prokopem, przeprowadzimy pierwszą naszą kampanię, która będzie dotyczyła serii Reno 4 – mówi brand manager Oppo Polska.

Kolejne zadanie, z jakim marka wchodziła na polski rynek, to zbudowanie szerokiego portfolio produktowego. Oprócz smartfonów Oppo oferuje m.in. dobrze przyjęty na polskim rynku inteligentny zegarek Oppo Watch. Marka rozwija też własne oprogramowanie oparte na najnowszej wersji systemu Android – ColorOS.

 W tym roku wprowadziliśmy na rynek smartwatche oraz słuchawki bezprzewodowe. Widzimy ogromne zainteresowanie ze strony konsumentów i pozytywne recenzje. Dobrym przykładem jest seria Reno 3, która miała w Polsce najlepszą sprzedaż spośród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wskazuje Mo Zhang.

Oppo stawia mocny akcent na rozwijanie nowych technologii w swoich urządzeniach. W ubiegłym roku marka zainwestowała ponad 1,4 mld dol. w badania i rozwój, należy do niej ponad 32 tys. światowych patentów. To właśnie Oppo zapoczątkowało erę zdjęć selfie i było pierwszą na świecie marką, która wprowadziła smartfony z przednimi aparatami 5MP i 16MP, a później także z obrotowym modułem obiektywu, funkcją Ultra HD oraz technologią 5x Dual Camera Zoom. Oppo Reno 5G był też pierwszym komercyjnie dostępnym w Europie smartfonem obsługującym sieć 5G (pojawił się w ofercie szwajcarskiego Swisscomu).  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zaostrza-sie-konkurencja,p55741158

Pandemia koronawirusa napędza rozwój systemów smart city. Coraz bardziej inteligentne stają się także polskie miasta

0

Jednym z efektów ubocznych wprowadzenia restrykcji pandemicznych był gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami z zakresu automatyzacji pracy. Trend ten wpłynął także na branże internetu rzeczy oraz smart city, w których dostrzeżono narzędzia zdolne do zredukowania ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa. Wdrożenie systemów automatyzujących zarządzenie miastem ułatwia zachowanie dystansu społecznego, przy okazji usprawniając funkcjonowanie miejskich systemów monitoringu, kontroli pojazdów czy upłynniania ruchu drogowego.

– Pandemia postawiła na pierwszym miejscu wyzwania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa osób w miejscach, gdzie może się ona szerzyć. Dobrym przykładem może być zastąpienie żółtych przycisków dla przechodniów przy sygnalizacji świetlnej przez przetwarzanie obrazu i kamery cyfrowe. Systemy automatyczne wymuszają zmianę cyklu świateł korzystną dla pieszego, który się na tym przejściu pojawił. Innym przykładem jest przygotowanie inteligentnego systemu informującego kierowców o wolnych miejscach w obszarach miasta – wskazuje agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Pióro, technical development manager w SPIE Building Solutions.

Zgodnie z analizą demograficzną przeprowadzoną przez ekspertów UNESCO na łamach raportu „Smart cities: shaping the society of 2030”, do 2050 roku liczba ludności miejskiej się podwoi, za 30 lat w samych miastach może żyć nawet do 7,5 mld osób. Aby sprawnie zarządzać tak dużą społecznością, konieczne będzie zautomatyzowanie części systemów miejskich w ramach smart city.

– Polskie miasta są nieco mniej smart niż miasta Europy Zachodniej i ma to bezpośredni związek z mniejszą ilością środków do dyspozycji na nowoczesne systemy. Natomiast wiele obszarów się bardzo mocno rozwija – przekonuje Grzegorz Pióro.

O tym, jak istotną rolę w funkcjonowaniu tkanki miejskiej mogą odgrywać systemy inteligentne, przekonaliśmy się w szczycie pandemicznych restrykcji. Włodarze Gdyni wykorzystali inteligentny monitoring miejski do wykrywania dużych skupisk ludzi. System wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby w czasie rzeczywistym analizować obraz ze 138 kamer miejskich i błyskawicznie wykrywać tłumy znajdujące się na ulicach. Funkcja ta pozwalała błyskawicznie podjąć interwencję, aby zminimalizować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa. Może także identyfikować przestrzenie, w których notorycznie gromadzi się zbyt dużo ludzi, i zasugerować ich zamknięcie, aby rozładować tłum.

– W idei smart city mieszczą się takie aspekty jak chociażby systemy automatycznego powiadamiania o zapełnieniu koszy na śmieci, czujniki jakości powietrza informujące, jak czyste jest powietrze w danej okolicy, systemy wizyjne zapewniające bezpieczeństwo, systemy nadzoru nad miejscami parkingowymi czy systemy sterowania ruchem ulicznym – wymienia ekspert.

W rozwój technologii tego typu włączyli się także przedstawiciele polskiego rządu. Ministerstwo Rozwoju zleciło opracowanie raportu „Human Smart City. Przewodnik dla samorządów”, w ramach którego zaprezentowano wyzwania związane z rozwojem inteligentnych miast. Zarysowano w nim m.in. ideę Smart City 3.0, czyli zautomatyzowanego miasta rozwijanego we współpracy z jego mieszkańcami. Główną ideą tego projektu jest zaangażowanie obywateli w proces decyzyjny, czyli opracowanie rozwiązań, które ułatwiłyby kontakt z przedstawicielami administracji publicznej, zbieranie opinii na temat działań samorządów oraz współdecydowanie o rozwoju miasta.

– Smart city w dalszym ciągu będzie się rozwijało w takich obszarach jak uliczne i drogowe oświetlenie inteligentne. W tej chwili kładziony jest nacisk na systemy, które przyniosą duże oszczędności w dosyć krótkim czasie. Oprawy oświetlenia poprzedniej generacji są zamieniane na w pełni sterowalne oświetlenie LED-owe, które zapewnia dużo mniejsze zużycie energii i znacznie większe bezpieczeństwo użytkowników dróg ze względu na diametralnie lepszą jakość oświetlenia dróg – przekonuje Grzegorz Pióro.

Według firmy badawczej Meticulous Research wartość globalnego rynku inteligentnych miast do 2025 roku wzrośnie do 545,7 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 23 proc. w skali roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p492176602

KE chce zapewnić bezpieczeństwo sieci 5G w Europie. Będzie certyfikować dostawców sprzętu

0

Komisja Europejska wzywa do ujednolicenia podejścia do wdrażania sieci w krajach członkowskich. Obecnie przepisy w zależności od kraju znacznie się od siebie różnią, co może wpływać na bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej opartej na 5G. Polska jest na etapie wdrażania odpowiednich norm, jednak propozycja nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa skupia się bardziej na aspektach politycznych niż technicznych. Rozwiązaniem mógłby być międzynarodowy standard bezpieczeństwa, który sprawdza cały cykl życia produktów, jak również certyfikuje sam sprzęt pod kątem bezpieczeństwa. Certyfikację NESAS przeszli już główni dostawcy sprzętu 5G.

W opublikowanym we wrześniu oświadczeniu Komisja Europejska wzywa do ujednolicenia podejścia do wdrażania 5G. Jako jedno z rozwiązań, które może stać się podstawą unijnych przepisów Cybersecurity Act, drugim po dyrektywie NIS ogólnoeuropejskim prawie ds. cyberbezpieczeństwa, rozważany jest standard NESAS, czyli Schemat Zapewnienia Bezpieczeństwa Sprzętu Sieciowego. To test bezpieczeństwa cybernetycznego dla sprzętu telekomunikacyjnego i sieci mobilnych.

– NESAS zawiera certyfikację całego procesu tworzenia produktów telekomunikacyjnych, takich jak sieci telekomunikacyjne 4G, LTE czy 5G – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr hab. inż. Jordi Mongay Batalla, prof. z Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Standard został stworzony przez międzynarodowe stowarzyszenie GSMA (Global System for Mobile Communications Association), zrzeszające ponad 700 operatorów komórkowych, i jest pierwszym szeroko uznanym na całym świecie standardem w branży telekomunikacyjnej. NESAS obejmuje 20 kategorii oceny, weryfikujących rozwój cyklu życia produktów oraz ich bezpieczeństwo. Ponadto wykorzystuje przypadki testów bezpieczeństwa SCAS określone przez 3GPP do oceny bezpieczeństwa sprzętu sieciowego.

Ujednolicony standard certyfikacji w zakresie cyberbezpieczeństwa jest niezbędny zwłaszcza w kontekście sieci 5G, wokół której pojawia się cały szereg prawnych i etycznych wątpliwości.

 Aby zabezpieczyć infrastrukturę 5G w Polsce, każdy element tej sieci musi być zgodny ze standardem SCAS. Potem oczywiście laboratoria certyfikujące sprawdzają różne funkcjonalności tego sprzętu. Są np. różne certyfikaty bezpieczeństwa, które mogą być dodane, żeby sprawdzać, czy on poprawnie działa według SCAS i nie ma tam innych funkcjonalności, których nie powinno być – tłumaczy prof. Jordi Mongay Batalla. 

Przyjęcie procesu certyfikacyjnego NESAS ma szansę uprościć procedury weryfikacji sprzętu oraz węzłów telekomunikacyjnych, ujednolicając standardy bezpieczeństwa. W ramach tego standardu stowarzyszenie GSMA weryfikuje cykl życia oraz bezpieczeństwo produktów, aby ustalić, czy spełniają m.in. wymogi określone przez 3GPP w SCAS. Przyznanie certyfikatu NESAS ma być gwarancją, że dane rozwiązanie spełnia międzynarodowe wymogi bezpieczeństwa i przeszło szczegółowy audyt ekspercki.

Komisja Europejska jeszcze nie zdecydowała o przyjęciu konkretnego rozwiązania ujednolicającego proces certyfikacyjny nowych technologii telekomunikacyjnych. Mimo to główni dostawcy infrastruktury sieci 5G postanowili we własnym zakresie zadbać o odpowiednią certyfikację swojego sprzętu. Pod koniec sierpnia GSMA ogłosiło, że czterej główni dostawcy sprzętu do sieci mobilnych – Ericsson, Huawei, Nokia i ZTE – przeszli niezależny audyt bezpieczeństwa procesów rozwoju produktów i zarządzania cyklem życia. W drugiej fazie przekażą sprzęt sieciowy do wykwalifikowanych laboratoriów badawczych, które przeprowadzą testy bezpieczeństwa zdefiniowane przez 3GPP.

– Wdrożenie NESAS jest na razie decyzją operatora sieci 5G. To operator decyduje się na NESAS, kupując certyfikowany w tym standardzie sprzęt – mówi naukowiec z Politechniki Warszawskiej. – Certyfikat ten jest niezależny od rządu. Polska, a jeszcze bardziej Komisja Europejska, może spróbować współtworzyć razem z GSMA ten standard, ponieważ te same produkty i urządzenia będą używane do sieci krytycznych państw członkowskich – wskazuje ekspert.

GSMA podkreśla, że system oceny umożliwia dostawcom rozwiązań sieciowych wykazanie, że sprzęt spełnia ujednolicone normy, co pozwoli uniknąć niespójności pomiędzy wymaganiami z różnych krajów i regionów.

Jeśli uda się wdrożyć NESAS we wszystkich krajach członkowskich jako podstawę wymogów bezpieczeństwa, operatorzy telekomunikacyjni nie będą musieli przeprowadzać testów bezpieczeństwa zgodnie z lokalnymi zasadami certyfikacji ustalonymi według lokalnych praw. Przyznanie certyfikatu NESAS danemu urządzeniu lub rozwiązaniu pozwoli błyskawicznie wdrożyć je w kraju, który zaakceptował ten standard. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ke-chce-zapewnic,p962094900

Pandemia koronawirusa sprzyja wynajmowaniu biur na godziny. Korzystają z nich zarówno freelancerzy, jak i duże korporacje

0

Biuro na cały dzień lub kilka godzin może wynająć w zasadzie każdy, kto potrzebuje miejsca do pracy poza domem. – Praca zdalna w modelu home office może być trudna do pogodzenia z aktywnością innych domowników, np. kiedy dzieci wracają ze szkoły. Szczególnie wtedy, gdy potrzebny jest spokój, aby skoncentrować się na pracy. Biuro na godziny jest wtedy najlepszym rozwiązaniem – mówi Magdalena Śnieżek z CitySpace. Coraz częściej z oferty biur serwisowanych korzystają także duże korporacje, które dzięki temu ograniczają koszty związane z utrzymaniem tradycyjnej powierzchni biurowej.

– Biuro w systemie day office można wynająć bez zaciągania długoterminowych zobowiązań finansowych, bo nie ma potrzeby podpisywania umowy. Wystarczy zadzwonić lub napisać maila oraz określić termin, a następnie zapłacić i korzystać. Nie jest to biurko współdzielone ani przestrzeń coworkingowa, tylko osobne pomieszczenie, w którym wszelkie dane i poufne rozmowy są niedostępne dla osób postronnych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Śnieżek, dyrektor na region południowej Polski w CitySpace.

Day office to nowa usługa, która pojawiła się w czasie pandemii. Może być praktycznym rozwiązaniem m.in. dla tych, którzy na co dzień pracują z domu, ale od czasu do czasu potrzebują przestrzeni biurowej. Dotyczy to zarówno freelancerów, jak i zatrudnionych na etatach w firmach, które umożliwiają pracę zdalną.

– Zaletą wynajmowania biura na godziny jest także możliwość skorzystania z pełnej oferty naszego serwisu: wsparcia recepcji, dostępu do internetu, kuchni i innych pomieszczeń. Biura są oczywiście dezynfekowane, codziennie sprzątane, a w razie potrzeby zapewniamy dostęp do salek konferencyjnych. Wadą tego rozwiązania może być jedynie sytuacja, że w określonym czasie nie będzie dostępnego biura, bo wszystkie będą zajęte – mówi dyrektor w CitySpace.

Model day office będzie coraz bardziej popularny, szczególnie w dobie koronawirusa, kiedy wiele firm oddelegowało swoich pracowników do pracy zdalnej, a praca w trybie home office przez pięć dni w tygodniu nie zawsze jest możliwa.

– Oferta day office powstała w CitySpace na początku marca. Wcześniej nigdy nie wynajmowaliśmy biur na godziny lub dni. Zawsze były to biura indywidualne, wynajmowane przez firmy na dłuższe okresy, i zawsze wiązało się to z podpisaniem umowy. Obecnie można przyjść w każdej chwili i skorzystać. Myślę, że dopóki w Polsce i na świecie nie uspokoi się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, to rozwiązanie to będzie zyskiwało coraz większą popularność – ocenia Magdalena Śnieżek.

Jak podkreśla, rynek biur elastycznych dopiero rozwija się w Polsce. Przybywa operatorów i rośnie standard świadczonych usług. W Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych jest to bardzo popularna forma najmu powierzchni biurowej, z której korzystają zarówno freelancerzy, małe firmy, jak i duże organizacje.

– Spotykamy się z sytuacjami, w których nawet duże firmy czy korporacje rezygnują z wynajmu dużych konwencjonalnych powierzchni biurowych lub skłaniają się ku ich zmniejszaniu na rzecz wynajmu biur oferowanych jako tzw. flex offices. Są to biura serwisowane, a ich główną zaletą jest właśnie możliwość podpisywania umów na krótki okres, czyli może to być nawet miesiąc, trzy miesiące, pół roku lub rok. Dzięki temu firmy mogą w danym momencie dostosować powierzchnię biura do liczby aktualnie pracujących osób – zauważa dyrektor regionu w CitySpace.

Najwięcej nowoczesnych powierzchni biurowych powstaje w Warszawie, ale dynamicznie rozwija się także rynek biur serwisowanych w innych miastach regionalnych. Jak wskazuje raport CBRE „Rynek biur elastycznych w Polsce 2019”, warszawski rynek na razie pozostawia w tyle inne miasta. W ubiegłym roku podaż elastycznej powierzchni biurowej przekroczyła 150 tys. mkw. W Krakowie, drugim pod względem wielkości rynku, jest to ok. 40 tys. mkw. Eksperci już we wrześniu 2019 roku prognozowali co-workingowy boom w stolicy, bo według zapowiedzi operatorów takich przestrzeni do pracy w ciągu dwóch lat planowane jest dostarczenie blisko 19 tys. nowych biurek do wynajęcia. W Warszawie odsetek elastycznych przestrzeni w biurowych powierzchniach w ogóle jest większy niż np. w Barcelonie czy Berlinie.

– CitySpace oferuje biura w 10 lokalizacjach w Polsce, w tym połowa z nich mieści się w Warszawie, a pozostałe w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Katowicach. Dzięki temu nasi najemcy mogą prowadzić działalność w różnych miastach w Polsce, skorzystać z oferty jednego operatora i uzyskać taki sam standard wyposażenia biur oraz obsługi – podsumowuje Magdalena Śnieżek.

Według raportu Walter Herz „Rynek powierzchni biurowych. Polska – I połowa 2020” miasto stołeczne dysponuje ponad połową nowoczesnych powierzchni biurowych. Ze względu na obecną sytuację związaną z COVID-19 aktywność najemców oraz zapotrzebowanie na powierzchnie w pierwszym półroczu było niższe niż w latach ubiegłych, ale to nie zniechęca inwestorów. Wysokie zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w długim okresie powoduje stały przyrost podaży. W Warszawie w budowie znajduje się obecnie 690 tys. mkw. powierzchni biurowych. Drugim co do wielkości rynkiem powierzchni biurowych jest Kraków, a najbardziej dynamicznie segment nieruchomości biurowych na wynajem rozwija się w Katowicach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-koronawirusa,p1060031377

Ostatnie dni na konsultacje zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Nowe przepisy wpłyną m.in. na koszty usług telekomunikacyjnych

0

Jeszcze tylko kilka dni Ministerstwo Cyfryzacji czeka na uwagi do nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Termin ich składania mija 6 października. – Przepisy muszą być zgodne z powstającym na poziomie UE Kodeksem Usług Cyfrowych i z pewnością wpłyną na ceny i koszty usług telekomunikacyjnych – wskazuje Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, przewodniczący Sektorowej Rady ds. Kompetencji Teleinformatyka i Cyberbezpieczeństwo. Jak ocenia, dłuższe konsultacje powinny pozwolić na doprecyzowanie zawartych w ustawie niejasnych i politycznych kryteriów oceny firm, które będą dostarczać infrastrukturę do budowy sieci 5G w Polsce.

– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza zmiany w organizacji tego systemu, wprowadzając do niego poziom wojewódzki, dokładając CSIRT-y i relacje pomiędzy tymi ośrodkami. Wprowadza też pojęcia rozwiązań i dostawców tzw. wysokiego i średniego ryzyka, którzy na mocy prawa będą mieli ograniczony dostęp do rynku albo będą musieli zostać z niego wykluczeni. Poza tym wprowadza również wiele zapisów szczegółowych, które w części dotyczą obowiązków operatorów telekomunikacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, przewodniczący Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.

Ustawa o KSC to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący obszaru cyberbezpieczeństwa, który obowiązuje od połowy 2018 roku. Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało jej nowelizację, która będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Jak podkreśla resort, główny cel nowelizacji to m.in. wdrożenie zaleceń unijnych w zakresie bezpieczeństwa sieci telekomunikacyjnych. Prezes PTI ocenia, że wprowadzenie nowych regulacji nie pozostanie bez wpływu na ceny i koszty usług telekomunikacyjnych.

– Każda decyzja administracyjna wpływa na koszty usług telekomunikacyjnych, więc na pewno taki sam skutek będzie miało wprowadzenie nowych przepisów. Ale tak samo wpływa na nie np. aukcja częstotliwości 5G, gdzie operatorzy będą musieli zapłacić niemałe pieniądze za dostęp do pasma – mówi. – Regulacje, które wprowadza nowelizacja tej ustawy, są rozwiązaniami na poziomie ustawowym, w związku z czym będą decydowały o prawach obowiązujących na tym rynku. Oczywiście istotne jest, aby w zakresie telekomunikacji były zgodne z opracowywanym w tej chwili Kodeksem Usług Cyfrowych. Wydaje się, że to jest możliwe do osiągnięcia i konsultacje służą właśnie temu, żeby nie było tutaj żadnej kolizji.

Projekt nowelizacji ustawy o KSC trafił do konsultacji publicznych 8 września, ale stowarzyszenia branżowe i eksperci krytycznie odnieśli się do krótkiego, 14-dniowego terminu na zgłaszanie opinii i uwag. Dlatego też resort cyfryzacji zdecydował o wydłużeniu go do 6 października.

Najważniejsze zmiany proponowane w nowelizacji ustawy o KSC to m.in. obowiązkowe, sektorowe CSIRT-y. Mimo że taka możliwość została wprowadzona już wcześniej, do tej pory powstał tylko jeden sektorowy zespół cyberbezpieczeństwa dla sektora bankowości i infrastruktury rynków finansowych (CSIRT-KNF). Zmiana ma sprawić, że takie zespoły reagowania na incydenty naruszenia bezpieczeństwa zostaną wdrożone we wszystkich branżach kluczowych dla społeczno-ekonomicznego bezpieczeństwa państwa.

Projekt rozszerza także kompetencje Pełnomocnika i Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Ten organ będzie dokonywać oceny m.in. dostawców infrastruktury i oprogramowania do budowy sieci 5G w Polsce. Ocena ma uwzględniać trzy stopnie ryzyka, jakie wiążą się z danym dostawcą: wysokie, umiarkowane lub niskie. To pierwsze jest przewidziane dla firm, które zostaną uznane za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, co oznacza, że zostaną odcięte od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. 

W procesie oceny dostawców kolegium weźmie pod uwagę takie kryteria jak m.in. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych czy praw człowieka.

– Zmienić się mają też pewne wymagania związane z prawem zamówień publicznych i będą one konsekwencją wprowadzonego w ustawie pojęcia dostawcy wysokiego bądź średniego ryzyka. Co oczywiste, trudno będzie w zamówieniach publicznych kupować produkty tych dostawców, którzy zostaną zakwalifikowani jako ryzykowni. Jednak kryteria tej oceny są czysto polityczne – czy kraj pochodzenia dostawcy jest demokratyczny, czy przestrzega praw człowieka. Można się zastanowić, czy ten katalog kryteriów i ten sposób oceny są wystarczająco precyzyjne. Trwające obecnie konsultacje mają służyć właśnie temu, żeby spróbować je doprecyzować, aby były łatwe w stosowaniu – mówi Wiesław Paluszyński.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/ostatnie-dni-na,p541671262

W przyszłym roku szybciej będzie przybywać stacji ładowania dla elektryków. W marcu zacznie obowiązywać unijna dyrektywa

0

Na koniec sierpnia w Polsce funkcjonowały 1253 ogólnodostępne stacje ładowania dla pojazdów elektrycznych, a 33 proc. z nich stanowiły szybkie ładowarki prądu stałego. Polski rynek wciąż dzieli duży dystans od europejskich liderów, np. Niemiec, gdzie liczba ładowarek już w zeszłym roku przekroczyła 20 tys. To może się jednak zmienić już za kilka miesięcy. Od marca 2021 roku zacznie obowiązywać unijna dyrektywa, która na deweloperów i właścicieli budynków mieszkalnych oraz niemieszkalnych nałoży obowiązek zabezpieczenia odpowiedniej infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych. Wymóg obejmie zarówno nowo powstające, jak i modernizowane budynki.

W Polsce infrastruktura do ładowania pojazdów elektrycznych rozwija się coraz szybciej, natomiast w porównaniu z krajami Europy Zachodniej tych urządzeń mamy wciąż dużo mniej. Jest to jednak związane z faktem, że u nas popularność samochodów elektrycznych dopiero się zaczyna, w przeciwieństwie do rynków zachodnioeuropejskich – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Pióro, technical development manager w SPIE Building Solutions.

Samochody elektryczne cieszą się na polskim rynku rosnącą z roku na rok popularnością. Według danych PSPA w ciągu ostatnich pięciu lat roczna sprzedaż dostawczych i osobowych elektryków oraz hybryd typu plug-in w Polsce wzrosła aż o 1268 proc. Co ciekawe, 32 proc. z nich zostało zarejestrowanych w samej Warszawie. Uruchomiony przez PSPA i PZPM Licznik Elektromobilności pokazuje, że na koniec sierpnia br. w kraju było zarejestrowanych łącznie prawie 13,8 tys. samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Ponad połowę z nich stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (7612 szt.), a resztę hybrydy typu plug-in (6186 szt.). Od stycznia liczba rejestracji takich aut wyniosła 4802 sztuk, czyli o 88 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Zwiększa się także flota elektrycznych pojazdów ciężarowych i dostawczych, a także motorowerów i motocykli.

Wraz ze wzrostem liczby elektryków rozwija się też infrastruktura ładowania. Na koniec sierpnia funkcjonowały w Polsce 1253 ogólnodostępne stacje (łącznie 2384 punktów), z których 33 proc. stanowiły szybkie (DC), a 67 proc. wolne ładowarki o mocy mniejszej lub równej 22 kW (AC). Tylko w sierpniu uruchomiono 29 nowych ogólnodostępnych stacji ładowania elektryków (65 punktów). Jak podkreślają eksperci PSPA i PZPM, pod tym względem Polska ma jeszcze sporo do nadrobienia względem innych państw europejskich, jednak pozytywnym wyróżnikiem jest wysoki udział szybkich stacji ładowania (w Polsce 33 proc., we Francji 2 proc., w Niemczech 15 proc.).

 Jednak na ten moment liczba urządzeń jest wystarczająca jak na potrzeby rynku. Sam korzystam z pojazdu elektrycznego, jeżdżę po Polsce i w ostatnim czasie widzę dużą różnicę związaną z dostępnością stacji szybkiego ładowania montowanych przy trasach szybkiego ruchu. Jeszcze dwa lata temu był to pewien kłopot logistyczny, który utrudniał zaplanowanie sprawnej podróży – mówi Grzegorz Pióro.

Mimo szybkiego rozwoju infrastruktura ładowania wciąż pozostaje jednym z czynników, które zniechęcają potencjalnych nabywców do zakupu samochodu elektrycznego. To może się jednak zmienić wraz z implementacją unijnej dyrektywy EPBD 2018/844. Zgodnie z nowymi przepisami w budynkach mieszkalnych – nowych i poddawanych renowacji – będzie wymagana odpowiednia infrastruktura kanałowa, która na późniejszym etapie umożliwi zainstalowanie okablowania i punktów ładowania pojazdów elektrycznych. Z kolei w przypadku budynków niemieszkalnych dyrektywa z góry nakazuje zapewnienie w nich minimalnej liczby ładowarek.

 Zgodnie z tą dyrektywą na deweloperach i właścicielach budynków mieszkalnych i niemieszkalnych będzie ciążył obowiązek zabezpieczenia infrastruktury do ładowania pojazdów. Zacznie on obowiązywać od 10 marca 2021 roku – mówi ekspert SPIE Building Solutions. – W przypadku budynków mieszkalnych na wspólnotach mieszkaniowych będzie ciążył wymóg zabezpieczenia infrastruktury ładowania dla wszystkich miejsc parkingowych. Natomiast w przypadku budynków użyteczności publicznej, biur i generalnie budynków niemieszkalnych będzie obowiązywał wymóg zabezpieczenia 20 proc. miejsc parkingowych i wyposażenia ich w infrastrukturę do ładowania pojazdów elektrycznych. To są wymogi minimalne, kraje członkowskie UE będą mogły je doprecyzowywać oddzielnie w drodze rozporządzeń.

Jak podkreśla ekspert, w praktyce oznacza to, że od marca 2021 roku, aby dostać pozwolenie na budowę budynku mieszkaniowego czy obiektu użyteczności publicznej, będzie konieczne zaprojektowanie właściwej infrastruktury elektrycznej pod kątem zapewniania mocy dla określonej liczby miejsc parkingowych.

Z pewnością opracowanie koncepcji takiego nowego podejścia będzie wyzwaniem dla deweloperów. Dużą rolę będą odgrywali projektanci, w szczególności instalacji elektrycznej, bo wyzwaniem będzie przygotowanie samej instalacji wewnętrznej, ale też zabezpieczenie właściwej mocy przyłącza, które później pozwoli na zainstalowanie ładowarek np. dla mieszkańców danej wspólnoty – mówi Grzegorz Pióro.

W tej chwili brak infrastruktury do ładowania elektryków na osiedlach mieszkaniowych czy na parkingach naziemnych jest problematyczny o tyle, że jak wynika z „Barometru Nowej Mobilności 2019/2020” PSPA, aż 92 proc. kierowców samochodów elektrycznych preferuje ładowanie swoich pojazdów właśnie w miejscu zamieszkania. Nowe unijne przepisy spowodują jednak, że już w przyszłym roku powinien być zauważalny rozwój infrastruktury ładowania na dużą skalę.

 Tych punktów do ładowania będzie więcej, w szczególności w segmencie urządzeń niewielkiej mocy, w segmencie urządzeń AC o mocach na poziomie 3,7–7,4 kW, które są dedykowane tym miejscom ładowania, gdzie samochód może stać kilka czy kilkanaście godzin. Dotyczy to np. parków rozrywki czy galerii handlowych, ale również wspólnot mieszkaniowych, gdzie samochód zwykle stoi nocą i w tym czasie spokojnie może się ładować – mówi ekspert SPIE Building Solutions.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-przyszlym-roku-szybciej,p741557337