Produkcja w branży motoryzacyjnej będzie stawać się bardziej lokalna. To szansa dla Polski

0

Branża motoryzacyjna powoli odradza się po kryzysie związanym z lockdownem. Notowane wiosną ponad 70-proc. spadki w produkcji samochodów to w dużej mierze konsekwencja przerwania globalnych łańcuchów dostaw. – W tej chwili wracają one do normalnego stanu i, co ciekawe, rozpoczyna się dyskusja na temat ich skrócenia – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. To może skłonić europejskich producentów do szukania bliżej nowych lokalizacji i dostawców, co oznacza szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji do Polski.

W przypadku sektora motoryzacyjnego podstawą działalności jest zapewnienie łańcucha dostaw. Ta branża funkcjonuje w skali globalnej, w związku z czym części do produkcji samochodów są dostarczane z jednego końca świata na drugi: z Chin do Europy, z Europy do Stanów, z Meksyku do Kanady. Na początku pandemii, kiedy niespodziewanie granice państw zostały zamknięte, zakłady produkcyjne przestały produkować, a klienci przestali kupować samochody, cały sektor motoryzacyjny po prostu się zamroził. Obecnie toczy się dyskusja na temat skrócenia łańcuchów dostaw, aby części były produkowane bliżej fabryk samochodów – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Wideł.

W Europie działa blisko 300 zakładów, w których montowane są samochody i produkowane są silniki. W Polsce znajduje się 16 fabryk, w których montowane są samochody osobowe i dostawcze, ciężarówki i autobusy – wynika z najnowszego „Raportu branży motoryzacyjnej” PZPM i KPMG. Zdaniem eksperta nasz kraj  jest dobrą lokalizacją dla nowych inwestycji w branży motoryzacyjnej. Decyduje o tym wiele czynników: dobrze radząca sobie ze spowolnieniem gospodarka, wykwalifikowane kadry oraz bliskość kluczowych rynków zbytu, np. Niemiec i Francji.

Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość sektora motoryzacyjnego, bo zarówno pandemia, jak i kryzys nią wywołany bardzo mocno dały mu się we znaki. Z drugiej strony borykamy się z wielkimi wyzwaniami związanymi m.in. z regulacjami dotyczącymi emisji spalin i ochrony środowiska. To może okazać się zabójcze dla części sektora motoryzacyjnego. Mówiąc krótko, branża musi się przygotować na walkę o byt, którą przetrwają tylko najsilniejsze firmy – przewiduje prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Zobaczymy, gdzie one będą inwestowały, ale ja jestem optymistą pod tym względem.

Jak wynika z prognoz przytaczanych w „Raporcie branży motoryzacyjnej”, w tym roku sprzedaż aut osobowych skurczy się o 25 proc., czyli nabywców znajdzie ok. 9,6 mln aut, o 3 mln mniej niż w 2019 roku. Ta sytuacja bezpośrednio przekłada się na wyniki finansowe producentów motoryzacyjnych. Wielu z nich spodziewa się strat, a na to nakładają się również kosztowne zmiany związane z przechodzeniem na nowe technologie alternatywnych napędów.

W pierwszych dwóch miesiącach 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce spadła o ponad 13 proc. W kwietniu spadek ten sięgnął 67,1 proc. Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, we wrześniu pierwszy raz od początku roku miesięczne rejestracje były wyższe (wzrost o 9,4 proc., czyli o 3,7 tys. szt.) w porównaniu z tym samym miesiącem poprzedniego roku. W grupie samochodów osobowych we wrześniu  zarejestrowano 38 147 sztuk, czyli więcej o ponad 2,8 tys. (8 proc.) niż rok wcześniej i więcej o 3,4 tys. (9,9 proc.) niż w sierpniu. Z kolei w grupie samochodów dostawczych do 3,5 t przybyło o ponad  5 tys. nowo zarejestrowanych pojazdów, czyli o 21,8 proc. rok do roku. Od stycznia do września spadek sprzedaży wyniósł 27,4 proc. w ujęciu rocznym.

Na polskim rynku bardzo szybko wróciło zainteresowanie samochodami używanymi, ale wiąże się to m.in. z siłą nabywczą, jaką dysponują Polacy. Przypuszczam, że w dobie koronawirusa ludzie obawiają się transportu publicznego, a samochód prywatny jest dobrą alternatywą. Szczególnie że używane auta sprowadzane do Polski może nie są najnowsze, ale nie są też zbyt drogie. Możliwe, że cierpi na tym środowisko naturalne, może też i bezpieczeństwo ruchu drogowego, ale z drugiej strony daje to społeczeństwu jakąś mobilność – zauważa Paweł Wideł.

W segmencie nowych samochodów takiego odbicia nie było widać. Jak podkreśla ekspert, ciekawe jest to, że sprzedaż w segmencie premium, czyli najdroższych samochodów, jest bardzo dobra, a nawet lepsza niż w ubiegłym roku.

Samochody dostawcze sprzedają się bardzo dobrze, co może mieć związek z rozwojem e-commerce’u – mówi prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Z kolei segment samochodów osobowych, dla przeciętnego Kowalskiego, jeszcze nie wrócił do poziomu z zeszłego roku.

Z „Raportu branży motoryzacyjnej 2020/2021” wynika, że 2019 rok zakończył się w Polsce rekordową liczbą rejestracji nowych samochodów osobowych, przy umiarkowanym, blisko 5-proc. wzroście. Prawie 60 proc. kadry zarządzającej w branży motoryzacyjnej ocenia, że powrót do sytuacji sprzedażowej sprzed pandemii zajmie co najmniej dwa lata, a 6 proc. uważa, że to nie nastąpi w ogóle.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/produkcja-w-branzy,p93057477

Brak możliwości przymiarki to największy problem podczas zakupów w internecie. Rozwiązują go wirtualne przymierzalnie oparte na rozszerzonej rzeczywistości

0
Mimo szybkiego rozwoju e-handlu wciąż co czwarty internauta w Polsce nie kupuje online. Najczęstszy powód to brak fizycznego kontaktu z produktem i możliwości przetestowania go przed zakupem. Dotyczy to głównie branży fashion, czyli zakupów ubrań i dodatków. Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła rozwiązanie bazujące na rozszerzonej rzeczywistości, które rozwiązuje ten problem. Aplikacja zamienia ekran smartfona w lustro i tworzy realny model twarzy w 3D, dzięki czemu konsument może dobrać i przymierzyć przed zakupem dowolne oprawki okularów. W przyszłości przymierzyć będzie można niemal każde ubranie. Jak pokazują dane Gemiusa, zakupy w internecie robi już 73 proc. polskich internautów, co oznacza rekordowy wzrost o 11 pkt proc. względem ubiegłego roku. Jeszcze przed pandemią rynek e-commerce rósł w średniorocznym tempie ok. 18 proc. Polska jest pod tym względem jednym ze światowych liderów. W ostatnich trzech latach wartość tego rynku rosła u nas szybciej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Wirus SARS-CoV-2 okazał się katalizatorem, który dodatkowo przyspieszył ten szybki wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u. Jak pokazało wrześniowe badanie Dentsu Aegis, w związku z pandemią duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, a 49 proc. konsumentów zadeklarowało, że obecnie częściej wybiera ten kanał zakupowy. Poznaj ofertę Polskiego producenta mebli https://www.wikimeble.pl/ Głównymi zaletami internetowego handlu są wygoda, szeroka dostępność produktów oraz oszczędność czasu i pieniędzy, bo e-sklepy zwykle oferują ceny niższe niż te tradycyjne. Jednak wciąż duża grupa klientów (27 proc.) nie kupuje online, ponieważ woli fizyczny kontakt z produktem, chce mieć możliwość przymierzenia i przetestowania go przed zakupem. – Największą wadą zakupów w internecie jest to, że nie możemy przymierzyć rzeczy online, bazujemy tylko na tym, co widzimy na zdjęciu – mówi agencji Newseria Biznes Beata Badzyńska, dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs. – Wirtualna rzeczywistość pozwala nam dokonać w internecie idealnego zakupu. Ekran naszego telefonu zamienia się w lustro, w którym możemy się przejrzeć, przymierzając dowolną część garderoby. Jak wynika z danych Gemiusa, najpopularniejszym urządzeniem wykorzystywanym w procesie zakupów online jest laptop (80 proc.) bądź smartfon (69 proc.). Ten jest wybierany w e-commerce zwłaszcza przez młodszych konsumentów, w grupie wiekowej 15–24 lat (92 proc.). Zainstalowanie na nim aplikacji opartej na rozszerzonej rzeczywistości (AR, augmented reality) rozwiązuje największy problem internetowych zakupów, jakim jest brak możliwości przymierzenia produktu przed zakupem. – Wiele osób robi zakupy w internecie i podejmuje decyzję na bazie tego, co widzi. Oglądamy modelki w okularach i sukienkach i myślimy sobie, że też będziemy tak wyglądać. Potem kupujemy, zakupy przychodzą do nas do domu i okazuje się, że niestety nie wyglądamy dobrze, i zaczyna się proces zwrotu. Ten nie zawsze jest łatwy, bo nie wszystkie firmy mają w tym zakresie przyjazne procedury – mówi Beata Badzyńska. Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła wirtualną przymierzalnię, w której klient może dobrać i przymierzyć okulary do kształtu swojej twarzy. To jedno z najnowocześniejszych obecnie rozwiązań tego typu, bazujące na technologii AR i kamerze TrueDepth, która wyświetla siatkę 30 tys. punktów, tworząc realny model twarzy w 3D. Aplikacja dostępna na iOS i Androida zamienia smartfona w lusterko, w którym klient może się przejrzeć i przymierzyć dowolne oprawki. – Wykorzystanie aplikacji ClickFitApp to połączenie przymierzania, które odbywa się normalnie w sklepie, z wygodą zakupów online. Możemy dowolnie poruszać głową w prawo i lewo, w górę i w dół, a okulary podążają za naszym ruchem – mówi dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs. Wirtualne przymierzalnie, oparte na technologii AR, dają klientowi możliwość przymiarki bądź wizualizacji produktów w 360 stopniach. To rozwiązanie coraz bardziej popularne w e-commerce, które sprawdza się zwłaszcza w takich segmentach e-handlu jak moda czy kosmetyki. Rozszerzona rzeczywistość pozwala np. dopasować kolor kosmetyku czy farby do włosów – wystarczy, że klient skieruje w tym celu kamerę na siebie, żeby móc testować różne opcje. Kolejnym segmentem, który coraz powszechniej korzysta z tego rozwiązania, jest branża meblarska. Największe firmy meblowe, w tym m.in. szwedzka Ikea, wprowadziły już narzędzia, które dzięki AR pozwalają sprawdzić, jak meble czy sprzęt AGD będą wyglądać w domowym wnętrzu. – Korzyści z wirtualnego przymierzania jest wiele, a dla klienta najważniejsze jest to, że ma przymierzalnię zawsze przy sobie. Wracając tramwajem czy metrem do domu, może uruchomić aplikację, przejrzeć i przymierzyć dowolne okulary, a nawet zrobić sobie zdjęcie i wysłać do przyjaciółki z prośbą o poradę, po czym dokonać zakupu – mówi Beata Badzyńska. – Nasz zespół może przygotować wirtualne przymierzalnie dla wszystkich części garderoby. W tej chwili pracujemy m.in. nad przymierzalniami czapek i kapeluszy, biżuterii i gogli narciarskich. Otrzymujemy wiele zapytań od firm, które chciałyby, abyśmy stworzyli dla nich aplikację do przymierzania ich produktów. Według „Retail Perceptions Report” blisko 2/3 konsumentów (61 proc.) woli dokonywać zakupów w e-sklepach, które oferują możliwość wirtualnej przymiarki bądź dokładnego obejrzenia produktu za pomocą AR. Natomiast 40 proc. byłoby skłonnych wydać więcej na produkt, gdyby wcześniej mogli wejść z nim w interakcję za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości. Market Data Forecast w najnowszym raporcie wskazuje, że wartość rozwiązań AR w handlu detalicznym to dziś 13,3 mld dol., a do 2025 roku ma wzrosnąć do 95 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 47 proc. W rozwiązania oparte na rozszerzonej rzeczywistości inwestuje coraz więcej retailerów, chcąc zwiększyć sprzedaż i przyciągnąć nowych klientów. Kolejna korzyść to minimalizowanie wskaźnika zwrotów, ponieważ jeśli klient miał możliwość przymiarki produktu przez zakupem, spada ryzyko, że okaże się on nietrafiony. Aplikacja Sensi Labs jest przeznaczona dla wszystkich producentów i dystrybutorów oraz sklepów optycznych. Można ją zintegrować z już istniejącymi aplikacjami (implementując w nich moduł przymierzania w AR) bądź wdrożyć pod indywidualne potrzeby każdej marki. – Dzięki aplikacji Gepetto Lustro mamy możliwość zaprezentowania naszego produktu tak, jakby on rzeczywiście został przymierzony przez klienta. To oczywiście zmniejsza liczbę wysyłek. Dzięki temu możemy zoptymalizować czas, który jest nam potrzebny, żeby dostarczyć okulary do klienta, ale też zmniejszamy naszą emisję CO2 – podkreśla Zuzanna Świtała, specjalistka ds. innowacji w firmie optycznej Gepetto. – Plusów takiego rozwiązania jest więc bardzo dużo, ale najważniejszym jest zadowolenie klienta. Jak podkreśla Beata Badzyńska, w warunkach pandemii wirtualne przymierzalnie mogą okazać się przydatne nie tylko e-sprzedawcom, ale także sklepom stacjonarnym, które muszą zachować ścisłą higienę i reżim sanitarny. – Możemy w sklepie wręczyć klientowi tablet z wirtualnym lustrem, pozwolić mu spokojnie usiąść, przymierzyć okulary i wyselekcjonować te, które mu się najbardziej podobają, a następnie je przymierzyć. To daje duży komfort, a na pewno obniża koszty dezynfekcji – mówi.
Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/brak-mozliwosci,p562043485

Naukowcy odkryli 24 planety z potencjalnie lepszymi warunkami do życia niż na Ziemi. Na kolonizację mamy już mniej niż 100 lat

0

Nawet 24 planety mogą mieć warunki bardziej sprzyjające do życia niż Ziemia – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Choć żadna z nich nie znajduje się bliżej niż 100 lat świetlnych od Ziemi, część z nich może spełniać wszystkie kryteria, aby móc zaklasyfikować je jako przyjazne człowiekowi. – Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej.

Naukowcy od lat poszukują planet, na których mogłoby istnieć życie lub na których ludzie mogliby zamieszkać. W naszym Układzie Słonecznym takiej  nie ma, jednak dzięki kolejnym teleskopom kosmicznym nowej generacji, jak Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba czy Kosmiczny Teleskop PLATO, nasze zdolności obserwacyjne są coraz większe. Łatwiej więc będzie znaleźć przyjazne człowiekowi planety.

Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton przekonują, że przynajmniej teoretycznie istnieją planety, które dają szansę na rozwinięcie na nich życia.

– Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej. – Musimy skupić się na pewnych planetach, które mają najbardziej obiecujące warunki dla życia. Musimy jednak uważać, aby nie utknąć w poszukiwaniu drugiej Ziemi, ponieważ mogą istnieć planety, które mogą być jeszcze bardziej odpowiednie do życia niż nasza.

Naukowcy twierdzą, że w poszukiwaniach należy skupić się na planetach skalistych, które krążą w takiej odległości od gwiazdy, aby na ich powierzchni mogła występować woda w stanie ciekłym. Temperatura na nich powinna zaś być nieco wyższa od tej, która panuje na Ziemi, o ok. 5 st. C. Szanse na znalezienie życia będą większe na planetach w wieku 5–8 mld lat. Chociaż Słońce jest centrum naszego Układu Słonecznego, jego żywotność ocenia się na mniej niż 10 mld lat. Ponieważ minęły prawie 4 mld lat, zanim na Ziemi pojawiła się jakakolwiek forma złożonego życia, wiele gwiazd podobnych do naszego Słońca, mogło zgasnąć, zanim rozwinęło się życie na krążących wokół planetach.

Przy poszukiwaniach istotne znaczenie mają także rozmiar i masa planety. Na planecie o ok. 10 proc. większej od Ziemi będzie więcej terenów nadających się do zamieszkania. Z kolei taka o masie 1,5 masy Ziemi może dłużej utrzymywać wewnętrzne ogrzewanie i mieć silną grawitację.

– Powszechnie uważa się, że mamy najlepszą planetę, dlatego czasem trudno jest przekonać do tego, że mogą istnieć planety lepiej przystosowane do życia – wskazuje Dirk Schulze-Makuch. – Mamy wiele złożonych i różnorodnych form życia, a wiele z nich może przetrwać w ekstremalnych warunkach. Dobrze jest móc adaptować się do panujących warunków, ale to nie znaczy, że mamy wszystko, co najlepsze.

Wstępnie naukowcy odkryli 24 planety, które spełniają przynajmniej część z warunków idealnych do rozwoju życia. Jedna, KOI 5715, spełnia natomiast wszystkie założenia.

Choć wszystkie planety znajdują się w odległości przynajmniej 100 lat świetlnych od Ziemi, mogą być dla ludzi nadzieją na kolonizację. To o tyle istotne, że Stephen Hawking już kilka lat temu oceniał, że ludzie mają ok. 100 lat na zasiedlenie innej planety. To może być jedyna szansa na przetrwanie, biorąc pod uwagę m.in. przeludnienie, globalne ocieplenie, możliwą wojnę atomową czy uderzenie meteorytów.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/naukowcy-odkryli-24,p1100935281

Polska branża meblarska walczy o nowe kierunki eksportowe. Szansą dla niej jest większa obecność na rynku amerykańskim i chińskim

0

Polska branża meblowa produkuje w 90 proc. na rynki zagraniczne i jest jedną z głównych gałęzi polskiego eksportu. Przez wybuch pandemii w marcu br. drastycznie spadły zamówienia, a więc i produkcja. Według danych NBP na spadek całego eksportu w II kwartale br. (o 11,6 proc.) duży wpływ miała obok branży motoryzacyjnej również branża meblowa. Lipcowe dane pokazały jednak wyraźny wzrost sprzedaży zagranicznej polskich producentów mebli. – Trzeba myśleć o nowych rynkach, takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy kraje z Półwyspu Arabskiego – mówi Michał Strzelecki z OIGPM.

– Polska branża meblarska jest w zasadzie oparta na eksporcie – 90 proc. naszej produkcji trafia na rynki eksportowe, około 10 proc. zostaje w kraju. Pandemia i zatrzymanie sfery handlowej na rynkach światowych spowodowały, że nasze fabryki się zatrzymały. Nie mieliśmy zamówień, nie mogliśmy sprzedawać mebli. Na szczęście pod koniec maja powoli na rynkach europejskich handel wrócił do tradycyjnych poziomów i w tej chwili można powiedzieć, że sytuacja wygląda dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Strzelecki, dyrektor biura Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Z danych OIGPM wynika, że w 2019 roku wartość sprzedaży polskich mebli wyniosła ok. 50,5 mld zł. Pierwsze dane po wybuchu pandemii i zamknięciu zagranicznego handlu wskazywały, że straty mogą być ogromne. Jeszcze w marcu i kwietniu eksperci oceniali, że spadek może sięgnąć 35 proc., a ograniczenia zamówień dotknęły 72 proc. firm. Najnowsze prognozy B+R Studio i OIGPM wskazują jednak na odwrócenie tej tendencji. W tym roku wynik produkcji sprzedanej może być o 2,5 proc. wyższy niż przed rokiem i wynieść 51,8 mld zł.

– Najbliższe miesiące dla branży to na pewno jeszcze duża niepewność. Dzisiaj nikt nie wie, co się wydarzy na jesieni, jak zareagują rynki na ponowną pandemię i wzrost liczby osób zarażonych. To duży znak zapytania, ale wierzymy, że zamknięcie rynków już nie nastąpi, a handel będzie działał w miarę normalnie. Pozwoli to naszej branży nadal się rozwijać, może nie tak dynamicznie, jak miało to miejsce w ostatnich latach, ale te wzrosty powinny zostać utrzymane – podkreśla dyrektor OIGPM.

Na poprawę sytuacji w branży wpłynęły trzy czynniki: szybsze niż prognozowano otwarcie handlu, większe inwestycje Europejczyków w wyposażenie mieszkań w konsekwencji rezygnacji z wakacyjnych wyjazdów oraz niski kurs złotego do euro. Branża widzi wyraźny wzrost zamówień, a partnerzy zagraniczni nie wykazują obaw co do zleceń.

Zdaniem OIGPM w celu odbudowy kondycji branży firmy muszą odbudować kapitały i wdrożyć rozwiązania zapobiegające podobnym kryzysom w przyszłości. Branży potrzebne są instrumenty pobudzające popyt krajowy i przede wszystkim zagraniczny.

– Szanse na zdobycie nowych rynków zawsze są, jest to tylko kwestia tego, czy jesteśmy dzisiaj na tyle otwarci i zdeterminowani, żeby na te rynki dalekie wychodzić. Rynki europejskie mamy opanowane i tutaj pewnie już nic więcej w dużym zakresie nie da się zrobić. Jednak trzeba myśleć o takich rynkach jak Stany Zjednoczone, Chiny czy kraje Półwyspu Arabskiego – wymienia ekspert.

Obecnie najwięcej polskich mebli trafia do Unii Europejskiej, przede wszystkim Niemiec. Polscy producenci mogliby zwiększyć swoją obecność w USA pośrednio dzięki trwającej wojnie handlowej z Chinami. Jak wskazuje raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, przez nałożenie ceł w ubiegłym roku meble były jedną z kategorii produktów, których dostawy z Państwa Środka do USA zmalały (najbardziej siedzenia oraz ich części o ok. 20 proc., pozostałe meble i ich części – o 30 proc.).

– Bardzo dużo mebli trafiało do Stanów Zjednoczonych właśnie z rynku chińskiego. W tej chwili tych dostaw nie ma, część mocy produkcyjnych została przerzucona do takich krajów jak Wietnam, ale te gospodarki nie są na tyle wydajne, żeby sprostać temu popytowi. To olbrzymia szansa dla polskich firm, natomiast musimy mieć możliwość trafić na ten rynek – tłumaczy Michał Strzelecki.

Obecnie najtrudniejsza sytuacja dotyczy firm działających na rynku kontraktowym, w szczególności dostarczających meble na rynek HoReCa. Kondycja branży jest kluczowa z punktu widzenia polskiej gospodarki.

– Mamy ponad 29 tys. przedsiębiorstw meblarskich. To firmy mikro-, małe i duże, które zatrudniają ponad 200 tys. osób. Ten wpływ i oddziaływanie naszej branży na gospodarkę jest olbrzymi. Generalnie generujemy około ponad 2 proc. polskiego PKB, więc to pokazuje siłę i znaczenie polskich mebli – przekonuje dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Eksperci OIGPM i B+R Studio wskazują, że wyzwaniem dla firm mogą być kwestie kadrowe. We wrześniu wprawdzie 17 proc. firm deklarowało wzrost poziomu zatrudnienia w ujęciu rocznym, ale dalsze pozyskanie siły roboczej do zwiększenia potencjału produkcyjnego może okazać się dużym wyzwaniem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-branza-meblarska,p329059184

Niemal 1/4 Polaków zmaga się z zaburzeniami psychicznymi. Stereotypy i negatywny język utrudniają im walkę z chorobą

0

Psychopata, wariat, świr, czubek – takie określenia odnoszące się do osób z zaburzeniami psychicznymi są powszechnie używane w potocznym języku, ale równie często przewijają się w social mediach, internecie, a nawet w publicznej debacie. – Takie słowa stygmatyzują i ranią tych ludzi – podkreśla dr hab. Katarzyna Kłosińska z Rady Języka Polskiego PAN. Mimo że z zaburzeniami psychicznymi zmaga się prawie 25 proc. Polaków, wciąż pozostają one tematem tabu, przedmiotem drwin i stygmatyzacji. Dlatego też przy okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego, ustanowionego przez WHO 10 października, ruszyła kampania edukacyjna „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi”, która ma zwracać uwagę na obraźliwe wyrażenia.

– Wzrasta świadomość dotycząca zaburzeń psychicznych. Wciąż mamy do czynienia z wielowiekowymi zaległościami, które prowadziły do społecznego odrzucenia, stygmatyzowania osób z tymi zaburzeniami. Z drugiej strony działania edukacyjne prowadzone w ostatnich latach powodują, że z coraz większym zrozumieniem mówi się o zaburzeniach psychicznych. Depresja jest tego dobrym przykładem – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Sławomir Murawiec, członek zarządu i rzecznik prasowy Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Szacuje się, że na zaburzenia psychiczne cierpi około 8 mln dorosłych Polaków, z których co roku 1,5 mln trafia do szpitali psychiatrycznych. Jak pokazało ogólnopolskie badanie EZOP I (Epidemiologia Zaburzeń Psychiatrycznych i Dostępność Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej), prawie co czwarty Polak (23,4 proc.) zmaga się z przynajmniej jednym zaburzeniem psychicznym. Najpowszechniejsza jest depresja – określana mianem epidemii XXI wieku – na którą cierpi ok. 10 proc. rodaków, ale do najczęstszych zaburzeń psychicznych zaliczają się też m.in. nerwice i zaburzenia lękowe, napady paniki, fobie społeczne i choroby takie jak schizofrenia.

Te liczby rosną z roku na rok, bo do coraz powszechniejszego występowania zaburzeń psychicznych wśród Polaków przyczyniają się też stres i szybki tryb życia. Według ubiegłorocznych danych ZUS generują one najwyższe wydatki na świadczenia związane z niezdolnością do pracy (15,8 proc. z 233,8 mln zł). Innymi słowy: najwięcej Polaków dostaje L4 właśnie z powodu zaburzeń psychicznych. Pomimo tego są one wciąż tematem tabu, a osoby cierpiące na nie borykają się ze społeczną stygmatyzacją.

– W potocznym języku przyjęło się opisywanie ich za pomocą takich określeń jak: ma nierówno pod sufitem, nie po kolei w głowie czy kuku na muniu itd. Te różne powiedzenia i frazeologizmy, które funkcjonują od wielu lat, utrwaliły obraz osoby z zaburzeniami jako odbiegającej od normy, z którą jest coś nie tak – mówi dr hab. Katarzyna Kłosińska, przewodnicząca Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN.

Stygmatyzacja i wykluczenia wynikają m.in. z braku zrozumienia specyfiki takich chorób. W efekcie utrwalił się stereotypowy obraz osób z zaburzeniami psychicznymi, na który składają się przekonania o ich nieprzewidywalności, mniejszej sprawności intelektualnej, agresywności czy niezdolności do świadomego kierowania swoim postępowaniem.

Do utrwalenia tych stereotypów przyczynia się język stosowany w social mediach, internecie, w debacie publicznej i środkach masowego przekazu. Ankiety przeprowadzone przez Fundację „Hej, Koniku!” wśród osób cierpiących na zaburzenia psychiczne pokazały, że do najbardziej obraźliwych określeń należą m.in.: psychopata/psychopatka albo wariat/wariatka.

– Język używany w debacie publicznej, mediach czy reklamach może być raniący i trudny dla osób ze spektrum zaburzeń psychicznych. Dlatego ważne jest to, w jaki sposób się wypowiadamy, warto zważać na słowa – podkreśla Tomasz Skrzypczak, dyrektor zarządzający Janssen Polska.

Pejoratywne i stygmatyzujące określenia, które pojawiają się m.in. w mediach, mają destrukcyjny wpływ na samopoczucie osób borykających się z zaburzeniami psychicznymi. Negatywny język i stereotypy nie tylko podcinają im skrzydła, ale też sprzyjają społecznej izolacji i utrudniają proces leczenia i radzenia sobie z chorobą.  

– Język może budować nici porozumienia albo może je niszczyć. Intencja i sposób, w jaki mówi się o osobach z zaburzeniami psychicznymi, są niesłychanie ważne. Język może sprawiać, że takie osoby poczują się akceptowane, zrozumiane i włączane do społeczeństwa. Natomiast negatywny język może odrzucać, stygmatyzować i prowadzić do tego, że osoby z zaburzeniami psychicznymi czują się nierozumiane, gorsze, odrzucone, gdzieś poza nawiasem – wskazuje Sławomir Murawiec.

– Kampania „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” ma na celu uwrażliwienie społeczeństwa na to, w jaki sposób się wyrażamy i jakich skrótów myślowych używamy w odniesieniu do osób z zaburzeniami psychicznymi. Zależy nam na tym, żeby każda taka osoba, oglądając telewizję czy poruszając się w sieci, czuła się bezpiecznie i nie czuła się stygmatyzowana – dodaje Tomasz Skrzypczak.

Kampania edukacyjna „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” ruszyła 10 października z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego ustanowionego przez WHO. W jej ramach psychiatrzy oraz językoznawcy z Rady Języka Polskiego PAN opracowali specjalną publikację. Zwracają w niej uwagę na szkodliwość określeń takich jak np. „wariat”, „świr”, „psychiatryk”, „psychotropy” oraz wskazują zamienne, niestygmatyzujące formy językowe.

– Jest duża grupa potocznych słów odnoszących się do osób chorych psychicznie bądź z zaburzeniami psychicznymi, które naszym zdaniem zdecydowanie nie powinny być używane np. w artykułach prasowych. Ale zachęcamy, żeby nie używać ich też w prywatnych rozmowach – podkreśla dr hab. Katarzyna Kłosińska. – Jeżeli nie chcemy kogoś stygmatyzować, mówmy „osoba z zaburzeniem psychicznym” czy „osoba ze schizofrenią”, tak jak mówimy np. „osoba z niepełnosprawnościami”. Pokazujemy w ten sposób, że to jest osoba, że to jest człowiek, który ma jakąś cechę. Natomiast kiedy mówimy „schizofrenik”, pokazujemy tylko tę jedną cechę.

W ramach kampanii „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” planowane są działania skierowane do różnych środowisk, które mają wpływ na kształtowanie języka, np. nauczycieli języka polskiego, dziennikarzy i agencji reklamowych, a także warsztaty edukacyjne przeznaczone dla osób z zaburzeniami psychicznymi i ich rodzin, uświadamiające rolę pozytywnego mówienia o swojej chorobie lub chorobie swoich bliskich. Organizatorami kampanii są Fundacja Pomocy Młodzieży i Dzieciom Niepełnosprawnym „Hej, Koniku!”, Rada Języka Polskiego, Polskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz Janssen.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niemal-14-polakow-zmaga,p590916495

Deepfake: Manipulacja coraz groźniejsza i bardziej zaawansowana. Sztuczna inteligencja może już spreparować wypowiedź nawet zmarłej osoby

0

Dynamiczny rozwój rozwiązań z zakresu uczenia maszynowego oraz algorytmów sztucznej inteligencji doprowadził do wytworzenia się nowej dziedziny nauki bazującej na technologii deepfake. Wykorzystanie zbiorów Big Data w zakresie przetwarzania i analizy informacji wizualnych oraz dźwiękowych pozwala wykorzystać inteligentne algorytmy do zautomatyzowanego procesu syntezowania zdjęć i mowy. Technologia pozwala m.in. generować obrazy oraz dźwięki imitujące brzmienie i wygląd znanych oraz nieistniejących osób.

– Analizujemy i łączymy coraz więcej danych, dzięki czemu można wytwarzać różnego rodzaju sztuczne dane. W Techmo zajmujemy się głównie syntezowaniem głosów, robiliśmy przymiarki takich komunikatów jak prezydent Obama mówiący w języku polskim. Tutaj jest bardzo duże pole do różnego rodzaju nadużyć. Łatwo wytworzyć komunikat audio znanej osoby i powiedzieć jej głosem coś, czego nigdy nie powiedziała. Wygenerowanie wywiadu z kimś, kto nie istnieje, nie jest w tej chwili żadnym problemem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Bartosz Ziółko, prezes zarządu Techmo.

Mimo że technologia deepfake zrodziła się w internecie i jest powszechnie wykorzystywana m.in. do zamieniania twarzy aktorów w materiałach filmowych, jej potencjał wykracza daleko poza aspekty rozrywkowe. Wykorzystując zdobycze sztucznej inteligencji w procesie zautomatyzowanej obróbki danych wizualno-dźwiękowych, można syntezować sztuczne dane imitujące konkretne obiekty bądź odgłosy.

Firma Techmo wykorzystała tę technologię, aby usprawnić autorskie rozwiązania z zakresu syntezowania mowy. Inżynierowie sięgnęli po algorytmy uczenia maszynowego, aby wyszkolić sztuczną inteligencję w procesie imitowania mowy wskazanego użytkownika. Dzięki temu firma może tworzyć personalizowane boty głosowe, które imitują brzmienie wybranej osoby. Algorytmy Techmo analizują dźwięki źródłowe dostarczone przez klienta i na tej podstawie tworzą profil syntezowania danego głosu.

– Technologia deepfake potrzebuje danych i algorytmów. I obie te części w ostatnich latach nabrały zupełnie nowych wymiarów, są dużo większe bazy zdjęć, nagrań wideo czy audio. To jest bardzo szybko rosnąca branża. Są też różnego rodzaju algorytmy oparte na sieciach neuronowych, temu trendowi sprzyja też coraz silniejsza architektura komputerów, coraz większe możliwości przetwarzania danych – zauważa ekspert.

Potencjał tej technologii docenili także inżynierowie firmy Nvidia. Zaprojektowali narzędzie Maxine, które jest zdolne do generowania obrazów typu deepfake na potrzeby wideorozmów. Oprogramowanie analizuje obraz z kamery komputerowej i w czasie rzeczywistym przetwarza go w taki sposób, aby rozmówca wyglądał jak najkorzystniej podczas rozmowy. Algorytmy potrafią przeskalować stream do wyższej rozdzielczości, zwiększyć płynność nagrania, a nawet obrócić twarz w taki sposób, aby rozmówca mówił prosto do kamery.

O krok dalej poszli twórcy aplikacji Avatarify, która umożliwia użytkownikom Skype’a, Zooma oraz Slacka wcielenie się niemal w dowolną osobę podczas rozmowy. Oprogramowanie analizuje obraz przechwycony przez kamerę i wykorzystuje dane analityczne opisujące ruchy mimiczne rozmówcy w procesie animowania statycznego obrazu. Tym samym zasilając bazę danych aplikacji dowolnym zdjęciem, można wcielić się w zilustrowaną postać.

– Siła mediów jest duża, a fałszywe komunikaty mają silne oddziaływanie. Pod kątem reklamowym i kreowania światopoglądu jest duże pole do popisu, komercjalizowalność tego typu technik jest spora. Czasami łatwiej wygenerować nieprawdziwe treści, niż tworzyć prawdziwe, za którymi trzeba chodzić, analizować i odpowiednio przygotować. Są też inne zastosowania, jak np. generowanie wypowiedzi osób już nieżyjących. To mogą być zarówno osoby, które niedawno zmarły, a jest planowana kontynuacja serialu, czy jakiejś gry, mogą to być też komunikaty osób historycznych – wymienia Bartosz Ziółko.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/deepfake-manipulacja,p487340535

Polskie firmy dostrzegają wpływ innowacji na przychody i wzrost liczby klientów. Potrzebne są zwłaszcza szybsze sieci i digitalizacja procesu zarządzania

0

W Polsce tylko co trzecia firma należy do grona innowacyjnych i najczęściej dotyczy to dużych przedsiębiorstw. Zmiany technologiczne są jednak opłacalne. Firmy dostrzegają wpływ innowacji m.in. na przychody i przyrost bazy klientów. – Aby szybko i sprawnie transformować się w obecnych czasach, potrzeba nam coraz lepszych, wydajniejszych sieci – podkreśla Juliusz Brzostek z NASK. Technologią, która ma zapoczątkować nowy etap cyfrowej rewolucji w polskich firmach, będzie sieć 5G.

– Aby szybko i sprawnie transformować się w obecnych czasach, potrzeba nam coraz lepszych, wydajniejszych sieci. Dlatego konieczne są implementacje kolejnych rozwiązań, standardów, które będą zapewniały lepszą, bardziej przepustową, szybszą komunikację, bo dopiero na tej warstwie można budować usługi i poprawiać jakość funkcjonowania biznesów, ale także jakość życia obywateli – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Juliusz Brzostek, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Państwowym Instytucie Badawczym NASK

W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat blisko 35 proc. firm było aktywnych innowacyjnie, pracując nad ulepszaniem swoich produktów bądź procesów – wynika z trzeciej edycji badania PARP „Monitoring innowacyjności polskich przedsiębiorstw”. W gronie firm innowacyjnych przeważają te duże, które najczęściej same ponoszą koszty wdrażania zmian. W ocenie przedsiębiorstw główne korzyści z wdrażania innowacji to lepsza obsługa klientów i umiejętność dostosowania się do ich wymogów oraz poprawa jakości wyrobów i usług, co umożliwiło zdobycie nowych klientów. 

– Transformacja cyfrowa jest bardzo istotnym procesem rozwoju każdego przedsiębiorstwa – mówi ekspert z NASK. – Każda firma, która zdecyduje się na wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań, będzie pierwsza w dziedzinie, która się rodzi, bądź ma pierwsze wdrożenia, może liczyć na zdecydowaną przewagę względem tych, które będą wchodziły później. Oczywiście jest również pewne ryzyko, bo będąc pierwszym, można popełnić znacznie więcej błędów. Czasami lepiej być jednak tym pierwszym, bo zysk z bycia liderem rozwiązań jest znacznie większy.

Jak wynika z badania PARP, 44 proc. firm ocenia, że technologie ICT mają duże lub bardzo duże znaczenie zarówno w procesie przygotowania, jak i testowania innowacyjnych rozwiązań. Przedsiębiorstwa, które prowadzą działalność innowacyjną, dość szeroko je wykorzystują. 60 proc. z nich korzysta z oprogramowania zbierającego dane o sprzedaży. Na drugim miejscu jest chmura obliczeniowa, z której korzysta 27 proc. firm. Co czwarta firma używa też kanałów elektronicznej komunikacji do wymiany informacji z dostawcami i odbiorcami, natomiast 17 proc. stosuje oprogramowanie typu ERP lub CRM.

– Aby firma mogła skutecznie się rozwijać, potrzebuje nowych rozwiązań, technologii, doskonalenia swoich produktów i usług. Dostarczenie takiej technologii, która daje większe możliwości, otworzy również szanse na zaoferowanie lepszych produktów. Jednocześnie wielu konsumentów i odbiorców, którzy ostatecznie będą korzystali z tych nowych produktów i usług, jeszcze w tej chwili nie jest świadomych, jakie korzyści owa technologia może im przynieść. I będzie to niewątpliwie dłuższy proces – mówi Juliusz Brzostek.

– Z opublikowanej przez Ministerstwo Rozwoju „Strategii produktywności w Polsce 2030” jednoznacznie wynika, że czynnikiem niezbędnym do wzrostu produktywności naszego przemysłu jest zastosowanie różnego rodzaju narzędzi informatycznych, czyli digitalizacja zarówno procesów zarządzania przedsiębiorstwami, jak i procesów produkcyjnych. Tak więc jeżeli chcemy się załapać na kolejną rewolucję przemysłową, to digitalizacja wszystkich procesów ma zasadnicze znaczenie – dodaje Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Technologią, która zapoczątkuje nowy etap cyfrowej rewolucji w polskich firmach, może być sieć 5G. Nowy standard telekomunikacyjny ma napędzić innowacyjność całej gospodarki. Umożliwi tworzenie nowych modeli biznesowych i upowszechnienie na dużą skalę usług takich jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy inteligentne miasta. Jak wynika z opublikowanej w 2018 roku „Strategii 5G dla Polski”, wdrożenie sieci nowej generacji wygeneruje w naszym kraju dodatkowe przychody w wysokości 13 mld euro rocznie do 2025 roku, głównie w takich sektorach jak finanse, motoryzacja i transport publiczny, opieka zdrowotna czy energetyka. 

Z raportu Accenture „5G Economic Impact – Poland” wynika, że wprowadzenie 5G w Polsce do 2028 roku ma przyczynić się do wzrostu PKB o 62,3 mld zł (czyli o 1,2 proc.) i do powstania 98 tys. nowych miejsc pracy. Największym beneficjentem wdrożenia sieci 5G na szeroką skalę ma stać się branża motoryzacyjna. 

– Dzisiaj czeka się na samochód, bo produkuje się go pod konkretne potrzeby zamawiającego klienta. Niewiele aut jest na składzie i najczęściej są to te, z których ktoś zrezygnował. Ten przemysł, który chcemy modernizować, musi się nauczyć inaczej funkcjonować, a technologie informatyczne są podstawą do tego, aby można było wykonać ten skok – mówi Wiesław Paluszyński. – Nasze przedsiębiorstwa muszą nauczyć się produkować nie na skład, na magazyn, ale zgodnie z zapotrzebowaniem klienta.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polskie-firmy-dostrzegaja,p866904102

Po co ciało pozytywność jest tak ważna podczas korzystania z usług SPA?

0

W minionych latach bardzo dużo mówi się jawnie na temat ciałopozytywności, która jest nam niezwykle potrzebna w każdym aspekcie naszego życia.

W naszym SPA na Wilanowie ciałopozytywność jest szczególnie ważna zarówno dla naszych klientów, jak i dla nas samych. Czym właściwie jest ciałopozytywność i dlaczego jest tak potrzebna podczas korzystania z usług oferowanych w SPA?

Korzystanie z usług gabinetu SPA

Zobacz naszą ofertę: https://spankowellness.pl/masaz-ciala-wilanow/

Ciało pozytywność w skrócie można określić jako akceptowanie i szanowanie każdego ciała bez względu na to, jak ono wygląda. Blizny, rozstępy, rozmiar, kondycja skóry, wiek, to wszystko nie ma znaczenia, bo każdy z nas jest tak samo piękny i o tym mówi ciało pozytywność. Wiele osób myli ten trend z promowaniem otyłości, my mówimy nie tym krzywdzącym opiniom.

Każdy z nas jest piękny i każdy z nas zasługuje na akceptację.

Należy pamiętać o tym, że nasz wygląd wraz z naszym wiekiem, różnymi przebytymi schorzeniami, a także czynnikami niezależnymi od nas zmienia się i nie ma w tym niczego złego. Dużo zmian zachodzących w naszym ciele jest spowodowane genami, a także hormonami, dlatego szczególny nacisk stawiamy na to, aby nasi klienci czuli się pięknie zarówno podczas wizyty, jak i po jej odbyciu.

Warto wybierać takie miejsca jak ciało pozytywne SPA, w którym pracują świadomi specjaliści, bo w takim miejscu będziemy w stanie w pełni oddać się relaksowi płynącemu z zabiegu.
Skąd wzięła się ciało pozytywność?

Więcej na naszej stronie: Zobacz naszą ofertę: https://spankowellness.pl/

Polska wciąż atrakcyjna dla globalnych marek. Tylko na obecności McDonald’s polska gospodarka zyskuje ponad 4 mld zł rocznie

0

– Obecność globalnych marek na polskim rynku mocno oddziałuje na całą gospodarkę – podkreśla Jan Karasek z firmy doradczej KPMG, która policzyła, jak McDonald’s wpływa na krajowy rynek. Oprócz 4,1 mld zł wartości dodanej dla gospodarki, m.in. w postaci wpływów z różnych podatków, międzynarodowa sieć restauracyjna odpowiada za ponad 40 tys. miejsc pracy i kilkusetmilionowe zakupy w sektorze spożywczym. – Losy McDonald’s są blisko związane z rozwojem gospodarczym Polski i krajowych producentów – mówi dyrektor generalny restauracyjnej sieci Adam Pieńkowski.

– Polska jest nadal bardzo atrakcyjna dla globalnych marek, które inwestują tu ze względu na lokalizację, potencjał naszego rynku i potencjał zasobów ludzkich. Obecność takich firm wpływa nie tylko na ich najbliższe otoczenie, ale też na całą gospodarkę i inne przedsiębiorstwa. Tworzy się dodatkowy popyt wygenerowany przez te marki, nowe miejsca pracy, układy z dostawcami. Co ważne, takie globalne marki intensywnie angażują się też w działania lokalne i wspieranie lokalnych społeczności – mówi agencji Newseria Biznes Jan Karasek, partner w KPMG Polska.

Duże firmy obecne na polskim rynku wywierają na gospodarkę wpływ bezpośredni, pośredni i indukowany. Pierwszy to m.in. miejsca pracy i podatki odprowadzane do państwowej kasy. Drugi obejmuje np. współpracę z siecią dostawców i generowanie popytu poprzez kupowanie od nich produktów i usług. Z kolei wpływ indukowany to całościowy wpływ na gospodarkę, np. napędzanie konsumpcji poprzez wynagrodzenia osób zatrudnionych w danej firmie.

– Obecność globalnych marek w Polsce rozwija nie tylko branże, w których funkcjonują, ale wpływa też na całe otoczenie biznesowe i inne sektory gospodarki Na przykład poprzez swoich poddostawców. McDonald’s Polska, działając w branży gastronomicznej, ma istotny wpływ m.in. na branżę produkcji spożywczej, budowlaną, usług profesjonalnych czy wreszcie logistyki i transportu – wymienia partner w KPMG Polska.

W całym systemie McDonald’s – składającym się z restauracji własnych, franczyzobiorców oraz biura – pracuje w sumie ponad 27 tys. pracowników. Kolejne 16 tys. to miejsca pracy wygenerowane pośród dostawców i poddostawców sieci, np. w transporcie (1,6 tys.), budownictwie (1,7 tys.) i usługach (3 tys.).

Jak oszacowali analitycy KPMG, całkowita wartość dodana McDonald’s w polską gospodarkę w zeszłym roku przekroczyła 4,1 mld zł. To niemal koszt jednej z największych inwestycji drogowych ostatnich lat, czyli Południowej Obwodnicy Warszawy (4,4 mld zł). Tylko z tytułu wynagrodzeń firma i jej franczyzobiorcy wypłacili w zeszłym roku ok. 750 mln zł, co prawie dwukrotnie przewyższa koszt budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kolejne 815 mln zł to wpływy do państwowej kasy z tytułu podatku VAT.

– Płacenie lokalnych podatków w Polsce, podobnie jak inwestycje, ma olbrzymi wpływ zwłaszcza w przypadku tak dużych marek. Skala daje odpowiedni efekt – mówi Jan Karasek. – McDonald’s zatrudnia swoich pracowników na umowę o pracę, w związku z czym odprowadza składki na ubezpieczenie społeczne w wysokości ponad 180 mln zł. Co więcej, mamy w Polsce bardzo wiele restauracji tej sieci, od których jest odprowadzany podatek od nieruchomości. Jego wartość to ok. 7 mln zł rocznie.

Restauracyjna sieć wpływa też na rozwój wielu powiązanych z nią firm. McDonald’s większość produktów kupuje u krajowych dostawców. W zeszłym roku dokonał zakupów w sektorze spożywczym za ponad 480 mln zł. Przykładowo, frytki produkowane są w Lęborku z polskich ziemniaków. Flagowy burger Big Mac też w całości składa się z lokalnych produktów: bułka pochodzi ze Strzegomia, burger wołowy – z Ostródy, a sałata – z Niepruszewa pod Poznaniem.

– Mamy 47 firm, które serwisują McDonald’s w Polsce, wiele z nich rozwijało się z nami od samego początku – od małych firm rodzinnych do dużych biznesów. Przykładem może być Green Factory, które dba o to, żeby w restauracjach i produktach McDonald’s była świeża sałata i świeże warzywa. Teraz jest to firma, która obsługuje nie tylko nas, ale i duże sieci sklepów spożywczych, działając na poziomie Europy Środkowej – podkreśla Adam Pieńkowski, dyrektor generalny McDonald’s Polska.

Globalna sieć restauracyjna działa w Polsce od prawie 30 lat. Pierwsza restauracja McDonald’s – otwarta we współpracy z lokalnym przedsiębiorcą – ruszyła w 1992 roku. W tej chwili sieć współpracuje z ponad 70 franczyzobiorcami, do których należy prawie 90 proc. restauracji w Polsce. Średnio na jednego przedsiębiorcę przypada 5,5 lokali. Co ciekawe, jedna trzecia organizacji franczyzowych prowadzona jest przez kobiety.

– Rozwój McDonald’s na polskim rynku odzwierciedlał to, co przez ten czas działo się w polskiej gospodarce. W 1995 roku ok. 20 proc. restauracji było prowadzonych przez franczyzobiorców, czyli niezależnych, polskich przedsiębiorców. Teraz ten odsetek sięga już ok. 90 proc. Ciągle otwieramy nowe restauracje. Mimo pandemii na początku października otworzyliśmy 450. restaurację w Bielsku-Białej – mówi Adam Pieńkowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wciaz-atrakcyjna,p868914306

COVID-19 przyspieszył cyfryzację firm o sześć lat. Jeszcze większych zmian może dokonać wdrożenie sieci 5G

0

Pandemia koronawirusa znacząco przyspieszyła cyfryzację przedsiębiorstw – pokazuje nowy raport Deloitte. Ta nabierze jeszcze szybszego tempa wraz z wdrożeniem sieci 5G, która ma być katalizatorem dla nowego etapu globalnej, cyfrowej rewolucji. W Polsce wdrożenie nowego standardu zbliża się wielkimi krokami, ale duży wpływ na nie będzie mieć nowelizowana właśnie ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Znalazły się w niej zapisy, które pozwalają na wykluczenie niektórych dostawców infrastruktury, co może opóźnić wprowadzanie tej technologii w Polsce nawet o trzy lata.

– Cyfryzacja jest procesem, którego w tej chwili właściwie nie da się już zatrzymać ani cofnąć. Wirus, którego tak nie lubimy, okazał się największym cyfryzatorem w historii. Według badań dzięki pandemii COVID-19 przyspieszyliśmy proces cyfryzacji gospodarki globalnej o około sześciu lat, nie ma sensu się już cofać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Jaczyński, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach nordyckich firmy Huawei.

Jeszcze przed wybuchem pandemii 94 proc. firm wskazywało, że transformacja cyfrowa zalicza się do najważniejszych celów strategicznych w ich organizacji. W Polsce cyfryzację za priorytet uznała ponad połowa (58 proc.) menadżerów wysokiego szczebla – wynika z kwietniowego raportu Deloitte („Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja”).

COVID-19 przyspieszył procesy cyfryzacji w firmach. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy większość z nich podjęła w tym zakresie bardzo intensywne działania. Polskie przedsiębiorstwa skupiały się głównie na umożliwianiu telepracy (56 proc.) i przeniesieniu procesów wewnętrznych do świata online (51 proc.) – pokazuje z kolei wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”, przygotowany przez Deloitte we współpracy z Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems. Firmy musiały w ekspresowym tempie cyfryzować swoje procesy między marcem a wrześniem, kiedy lockdown i ograniczenia związane z pandemią były najdotkliwiej odczuwalne.

 Zyski, które przedsiębiorstwa dzięki temu uzyskały, są bardzo wymierne. Po pierwsze, klienci lubią i doceniają nowe, cyfrowe kanały kontaktu. 75 proc. klientów, którzy nawet pierwszy raz mieli do czynienia z takim cyfrowym światem, deklaruje, że będzie z tych kanałów dalej korzystać. Po drugie, cyfryzacja to oszczędności. Globalne dane wskazują na to, że można oszczędzić mniej więcej 10–20 proc. w produkcji w łańcuchu dostaw, a kapitałochłonność biznesu można zmniejszyć o 15–30 proc. To są realne oszczędności. Do tej pory brakowało motywacji, żeby tę cyfryzację zacząć i dokończyć, wirus po prostu pozwolił te bariery mentalne przełamać, nie pozostawiając firmom i nam wyjścia – mówi Rafał Jaczyński.

Jak podkreśla, cyfryzacja w sektorze przedsiębiorstw nabierze jeszcze szybszego tempa wraz z wdrożeniem sieci 5G. Nowa technologia ma być katalizatorem, który zapoczątkuje w globalnej gospodarce nowy etap cyfrowej rewolucji. Tylko w Polsce – jak wynika z rządowej Strategii 5G dla Polski – ma ona przyczynić się do powstania blisko 0,6 mln nowych miejsc pracy i wygenerować dodatkowe przychody w wysokości 13 mld euro rocznie do 2025 roku, głównie w takich sektorach jak finanse, motoryzacja i transport publiczny, opieka zdrowotna czy energetyka. 

– Technologii 5G potrzebujemy jak powietrza, zwłaszcza w Polsce. Gdyby w Kalifornii nie było internetu, nie powstałaby Dolina Krzemowa. Podobnie my – jako kraj i polskie firmy – nie będziemy uczestniczyć w podziale przychodów i zysków z ekosystemu 5G, jeżeli u nas piątej generacji nie będzie. Ona musi powstać szybko i co ważne, bezpiecznie – wskazuje ekspert Huaweia.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do 2025 roku kraje członkowskie UE powinny zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G na głównych szlakach komunikacyjnych i w największych miastach. W Polsce – nie czekając na aukcję pasma 3,6 GHz – komercyjne wdrożenia nowego standardu przeprowadziły już Polkomtel, T-Mobile i Orange. Według Deloitte do końca tego roku ponad 100 firm na całym świecie rozpocznie testowanie prywatnych wdrożeń 5G, inwestując w nie łącznie kilkaset milionów dolarów („Technology, Media and Telecommunications Predictions 2020”).

 Według Deloitte ci, którzy jako pionierzy wdrożą piątą generację w sieciach komórkowych, oraz firmy, które jako pierwsze będą miały kontakt z tą technologią, mogą zapewnić sobie przewagę konkurencyjną przynajmniej na dekadę. To jest nie do przecenienia. W związku z tym jeżeli chcemy uczestniczyć w tym wyścigu i w podziale tego rynku, którego wartość jest szacowana nawet na tryliony dolarów, musimy w końcu uruchomić u nas 5G w pełnym zakresie – podkreśla Rafał Jaczyński.

Na wdrożenie w Polsce 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego duży wpływ będzie mieć nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Resort cyfryzacji opublikował jej projekt na początku września, a 6 października br. zakończył się etap publicznych konsultacji dokumentu. Wzbudził on duże kontrowersje, nie tylko w branży telekomunikacyjnej. Znalazły się w nim bowiem zapisy, które pozwalają na wykluczenie dostawców infrastruktury pochodzących z państw nieprzestrzegających praw człowieka. Może to ograniczyć dostęp chińskich firm do wdrażania tej technologii w Polsce.

 Zakończyły się konsultacje projektu nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która wprowadza dodatkowe – i niestety czysto polityczne – kryteria służące do wyboru dostawców – ocenia ekspert Huaweia. – Ta ustawa absolutnie nie dotyczy cyberbezpieczeństwa i opieram się tutaj na opiniach izb, które już częściowo opublikowały swoje stanowiska. Ona jest nielegalna, niezwykle kosztowna dla państwa polskiego, dla podmiotów krajowego systemu cyberbezpieczeństwa i operatorów telekomunikacyjnych. Jest też dewastująca dla wizerunku Polski jako wiarygodnego i przewidywalnego partnera biznesowego.

Wielu ekspertów ocenia, że próba wykluczenia chińskich firm z polskiego rynku negatywnie odbije się na relacjach i wymianie handlowej z Państwem Środka. Prawnicy wskazują też, że te zapisy pozwalające eliminować przedsiębiorstwa z rynku na podstawie politycznych, niejasnych kryteriów i bez możliwości odwołania do sądu stoją w sprzeczności z przepisami o wolnym handlu, konkurencji i wolności gospodarczej oraz prawem międzynarodowym.

 Kryteria dopuszczenia do budowy 5G powinny skupiać się przede wszystkim na produktach. Sieci telekomunikacyjne buduje się z urządzeń, nie z ich dostawców. Dopiero kiedy na podstawie testów, certyfikatów i wymogów będziemy w stanie ocenić te rozwiązania, możemy też dokonać oceny ich dostawców, ale według takich kryteriów, które są wymierne i uczciwe, na podstawie certyfikacji i wymagań dotyczących bezpieczeństwa. Ważne, żeby te kryteria były uczciwe, precyzyjne i dotyczyły wszystkich dostawców na rynku, niezależnie od tego, z którego kraju się wywodzą – mówi Rafał Jaczyński.

Na zlecenie Huaweia brytyjska firma Assembly Research policzyła, ile będzie kosztować polską gospodarkę wprowadzenie nowelizacji ustawy o KSC w obecnym kształcie i wykluczenie z rynku chińskiego dostawcy. Według analityków opóźni to wdrażanie technologii 5G w Polsce nawet o trzy lata, co pociągnie za sobą straty sięgające 4,8 mld euro. Część tych kosztów wynika z faktu, że operatorzy telekomunikacyjni będą zmuszeni wycofać wykorzystywany już w tej chwili sprzęt Huaweia i ponieść koszty zakupu nowego. To zaś może odbić się także na kieszeniach klientów.

– Przez ten czas będziemy tracić nawet pół miliarda złotych miesięcznie  tak wynika z opracowań brytyjskiej firmy, która robiła podobne analizy dla operatorów w Wielkiej Brytanii – wskazuje dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach nordyckich Huaweia. – Dodatkowy koszt, który będą musieli ponieść operatorzy i niestety przerzucić go na abonentów, jest związany z koniecznością usunięcia obecnie używanego sprzętu z sieci telekomunikacyjnych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/covid19-przyspieszyl,p1709418890