Polscy europosłowie chcą rewizji zakazu sprzedaży aut spalinowych od 2035 roku. Liczą na zdecydowane poparcie w europarlamencie

– Będę proponować, żeby w marcu na sesji plenarnej w Strasburgu odbyła się debata i żebyśmy przyjęli rezolucję w sprawie rewizji zakazu sprzedaży aut spalinowych od 2035 roku – zapowiedział europoseł PO Dariusz Joński. Jego zdaniem to zbyt ambitny i nierealny do zrealizowania plan, który może doprowadzić do upadku sektora motoryzacyjnego, dziś wciąż poważnej siły napędowej europejskiej gospodarki. Przemysł w UE od lat traci na konkurencyjności, przede wszystkim na rzecz Chin i USA, dlatego zdaniem europarlamentarzysty propozycja rewizji może zyskać szerokie poparcie w PE.

– W Komisji Transportu rozmawiamy na temat tego, żeby doszło do rewizji zakazu sprzedaży samochodów spalinowych w 2035 roku. Uważamy, że absolutnie to jest zbyt ambitne, nierealne. Nie tylko dlatego, że ludzie nie kupują tylu elektryków, ile było założeń, ale również dlatego, że nie jest gotowa infrastruktura, cena, te samochody nie są tak idealne, jak by tego oczekiwali klienci, którzy wciąż kupują samochody spalinowe – podkreśla Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej.

Rho Motion, firma badawcza zajmująca się pojazdami elektrycznymi, podaje, że w 2024 roku sprzedaż samochodów elektrycznych na świecie sięgnęła 17,1 mln sztuk. O ile rynek globalny wzrósł o jedną czwartą w ciągu roku, o tyle pogłębiły się różnice między regionami. Rynek europejski skurczył się o 3 proc., w ciągu roku sprzedaż elektryków wyniosła ok. 3 mln. Dla porównania rynek chiński wzrósł o 40 proc. Jak podaje PZPM, w Polsce liczba rejestracji osobowych elektryków była niższa o 3 proc. niż w 2023 roku.

– Nie możemy zakazać sprzedaży samochodów spalinowych, bo zamkniemy fabryki i miejsca pracy, a to prawie 13 mln ludzi w całej Europie. Na to wszystko dodatkowo nakłada się ekspansja chińskich samochodów po dumpingowo niskich cenach, przy zaangażowaniu chińskiego kapitału, żeby wykosić europejską motoryzację. Celem Polski, gdzie w tej branży jest zaangażowanych prawie 200 tys. ludzi, produkujemy 800 tys. samochodów, to jest prawie 7 proc. PKB, jest m.in. to, żeby chronić europejską motoryzację – przekonuje Dariusz Joński.

Sektor motoryzacyjny, jeszcze kilka lat temu symbol europejskiej potęgi przemysłowej, pogłębia się w kryzysie. Europejskie Stowarzyszenie Producentów Części Samochodowych podaje, że od 2020 roku w krajach UE zlikwidowano 86 tys. miejsc pracy w branży motoryzacyjnej. W pierwszej połowie 2024 roku zapowiedziano kolejne 32 tys. zwolnień.

Z badania Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych (CLEPA) i firmy McKinsey wynika, że 68 proc. dostawców spodziewało się za 2024 rok niskich zysków, a około 38 proc. oceniło, że będzie balansować na progu opłacalności. Za główne powody do obaw uważają redukcję popytu i spadek konkurencyjności UE wobec innych producentów. Wpływ na to mają m.in. wysokie koszty produkcji oraz polityka klimatyczna UE.

– Będę proponował, żeby w marcu na sesji plenarnej w Strasburgu nie tylko odbyła się debata, ale też podjąć rezolucję w tej sprawie. Chcemy w niej zapisać, aby w tym roku nie byli karani żadni producenci samochodów spalinowych, uważamy, że absolutnie to jest nie do zaakceptowania, dlatego że to są kolejne koszty przekładane na klienta. Stajemy się jeszcze mniej konkurencyjni względem Chin i Stanów Zjednoczonych, więc to jest taki moment, kiedy trzeba podejmować decyzję – wskazuje europoseł.

Groźba kar wiąże się z wprowadzonymi od tego roku zmienionymi limitami emisji CO2 – jeśli producent nie zmieści się w nowym limicie, będzie zmuszony płacić karę od każdego przekroczonego grama dwutlenku węgla i każdego sprzedanego auta.

– W moim przekonaniu dzisiaj jest dobry czas, dobre miejsce i duże poparcie dla tej rewizji 2035 roku. Rozmawiam nie tylko w naszej grupie, ale też z innymi grupami w PE i wydaje mi się, że będzie zdecydowane poparcie, jeśli rezolucja podejdzie pod głosowanie. Moim zdaniem zdecydowana większość europosłów będzie za tym, żeby dokonać rewizji zakazu sprzedaży samochodów spalinowych, dlatego że to dotyczy prawie każdego kraju Unii Europejskiej – podkreśla Dariusz Joński.

Ursula von der Leyen i Europejska Partia Ludowa zapowiedziały przegląd obowiązujących przepisów w 2026 roku. Jak jednak wskazuje europoseł, konieczne jest szybsze działanie, bo bez rewizji pakietu Fit for 55 Europa utraci pozycję lidera produkcji samochodów na rzecz Chin i USA. W pierwszej połowie 2024 roku chińskie marki osiągnęły 10 proc. sprzedaży nowych pojazdów elektrycznych w UE, podczas gdy w 2019 roku ich udział był bliski zera. Chińska ekspansja może jeszcze przyspieszyć na skutek wojny celnej zapowiadanej przez Stany Zjednoczone. Ograniczenie dostępu do amerykańskiego rynku sprawi, że naturalnym miejscem zbytu chińskich elektryków będzie Europa. Jak wynika z danych Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (CAAM), w tym roku eksport pojazdów z Chin ma wzrosnąć o 5,8 proc., do 6,2 mln sztuk.

– Gdyby to ode mnie zależało, byłbym za zlikwidowaniem zakazu sprzedaży aut spalinowych, ale ponieważ jesteśmy w dużej rodzinie europejskiej, musimy się przekonywać, zobaczymy, co wyjdzie z tej rewizji. To musi wychodzić z liczb i badań, to musi być dalekosiężna polityka, która przede wszystkim ochroni miejsca pracy i branżę, która jest motorem napędowym Europy – ocenia poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej.

Jak podkreśla, dla wzmocnienia konkurencyjności europejskiego przemysłu potrzebne są także m.in.: uproszczenie przepisów, ograniczenie biurokracji, inwestycje w innowacje i surowce strategiczne, zagwarantowanie neutralności technologicznej w transformacji energetycznej. Jego zdaniem coraz wyraźniej dochodzi do głosu nowa europejska koncepcja gospodarcza pod hasłem „Europa rozsądku” w odróżnieniu od dotychczasowej Europy marzycielskiej, której ambitne, ale źle zaplanowane projekty mogą doprowadzić do deindustralizacji kontynentu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-europoslowie-chca,p84070994

Polscy europosłowie chcą rewizji zakazu sprzedaży aut spalinowych od 2035 roku. Liczą na zdecydowane poparcie w europarlamencie

– Będę proponować, żeby w marcu na sesji plenarnej w Strasburgu odbyła się debata i żebyśmy przyjęli rezolucję w sprawie rewizji zakazu sprzedaży aut spalinowych od 2035 roku – zapowiedział europoseł PO Dariusz Joński. Jego zdaniem to zbyt ambitny i nierealny do zrealizowania plan, który może doprowadzić do upadku sektora motoryzacyjnego, dziś wciąż poważnej siły napędowej europejskiej gospodarki. Przemysł w UE od lat traci na konkurencyjności, przede wszystkim na rzecz Chin i USA, dlatego zdaniem europarlamentarzysty propozycja rewizji może zyskać szerokie poparcie w PE.

– W Komisji Transportu rozmawiamy na temat tego, żeby doszło do rewizji zakazu sprzedaży samochodów spalinowych w 2035 roku. Uważamy, że absolutnie to jest zbyt ambitne, nierealne. Nie tylko dlatego, że ludzie nie kupują tylu elektryków, ile było założeń, ale również dlatego, że nie jest gotowa infrastruktura, cena, te samochody nie są tak idealne, jak by tego oczekiwali klienci, którzy wciąż kupują samochody spalinowe – podkreśla Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej.

Rho Motion, firma badawcza zajmująca się pojazdami elektrycznymi, podaje, że w 2024 roku sprzedaż samochodów elektrycznych na świecie sięgnęła 17,1 mln sztuk. O ile rynek globalny wzrósł o jedną czwartą w ciągu roku, o tyle pogłębiły się różnice między regionami. Rynek europejski skurczył się o 3 proc., w ciągu roku sprzedaż elektryków wyniosła ok. 3 mln. Dla porównania rynek chiński wzrósł o 40 proc. Jak podaje PZPM, w Polsce liczba rejestracji osobowych elektryków była niższa o 3 proc. niż w 2023 roku.

– Nie możemy zakazać sprzedaży samochodów spalinowych, bo zamkniemy fabryki i miejsca pracy, a to prawie 13 mln ludzi w całej Europie. Na to wszystko dodatkowo nakłada się ekspansja chińskich samochodów po dumpingowo niskich cenach, przy zaangażowaniu chińskiego kapitału, żeby wykosić europejską motoryzację. Celem Polski, gdzie w tej branży jest zaangażowanych prawie 200 tys. ludzi, produkujemy 800 tys. samochodów, to jest prawie 7 proc. PKB, jest m.in. to, żeby chronić europejską motoryzację – przekonuje Dariusz Joński.

Sektor motoryzacyjny, jeszcze kilka lat temu symbol europejskiej potęgi przemysłowej, pogłębia się w kryzysie. Europejskie Stowarzyszenie Producentów Części Samochodowych podaje, że od 2020 roku w krajach UE zlikwidowano 86 tys. miejsc pracy w branży motoryzacyjnej. W pierwszej połowie 2024 roku zapowiedziano kolejne 32 tys. zwolnień.

Z badania Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych (CLEPA) i firmy McKinsey wynika, że 68 proc. dostawców spodziewało się za 2024 rok niskich zysków, a około 38 proc. oceniło, że będzie balansować na progu opłacalności. Za główne powody do obaw uważają redukcję popytu i spadek konkurencyjności UE wobec innych producentów. Wpływ na to mają m.in. wysokie koszty produkcji oraz polityka klimatyczna UE.

– Będę proponował, żeby w marcu na sesji plenarnej w Strasburgu nie tylko odbyła się debata, ale też podjąć rezolucję w tej sprawie. Chcemy w niej zapisać, aby w tym roku nie byli karani żadni producenci samochodów spalinowych, uważamy, że absolutnie to jest nie do zaakceptowania, dlatego że to są kolejne koszty przekładane na klienta. Stajemy się jeszcze mniej konkurencyjni względem Chin i Stanów Zjednoczonych, więc to jest taki moment, kiedy trzeba podejmować decyzję – wskazuje europoseł.

Groźba kar wiąże się z wprowadzonymi od tego roku zmienionymi limitami emisji CO2 – jeśli producent nie zmieści się w nowym limicie, będzie zmuszony płacić karę od każdego przekroczonego grama dwutlenku węgla i każdego sprzedanego auta.

– W moim przekonaniu dzisiaj jest dobry czas, dobre miejsce i duże poparcie dla tej rewizji 2035 roku. Rozmawiam nie tylko w naszej grupie, ale też z innymi grupami w PE i wydaje mi się, że będzie zdecydowane poparcie, jeśli rezolucja podejdzie pod głosowanie. Moim zdaniem zdecydowana większość europosłów będzie za tym, żeby dokonać rewizji zakazu sprzedaży samochodów spalinowych, dlatego że to dotyczy prawie każdego kraju Unii Europejskiej – podkreśla Dariusz Joński.

Ursula von der Leyen i Europejska Partia Ludowa zapowiedziały przegląd obowiązujących przepisów w 2026 roku. Jak jednak wskazuje europoseł, konieczne jest szybsze działanie, bo bez rewizji pakietu Fit for 55 Europa utraci pozycję lidera produkcji samochodów na rzecz Chin i USA. W pierwszej połowie 2024 roku chińskie marki osiągnęły 10 proc. sprzedaży nowych pojazdów elektrycznych w UE, podczas gdy w 2019 roku ich udział był bliski zera. Chińska ekspansja może jeszcze przyspieszyć na skutek wojny celnej zapowiadanej przez Stany Zjednoczone. Ograniczenie dostępu do amerykańskiego rynku sprawi, że naturalnym miejscem zbytu chińskich elektryków będzie Europa. Jak wynika z danych Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (CAAM), w tym roku eksport pojazdów z Chin ma wzrosnąć o 5,8 proc., do 6,2 mln sztuk.

– Gdyby to ode mnie zależało, byłbym za zlikwidowaniem zakazu sprzedaży aut spalinowych, ale ponieważ jesteśmy w dużej rodzinie europejskiej, musimy się przekonywać, zobaczymy, co wyjdzie z tej rewizji. To musi wychodzić z liczb i badań, to musi być dalekosiężna polityka, która przede wszystkim ochroni miejsca pracy i branżę, która jest motorem napędowym Europy – ocenia poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej.

Jak podkreśla, dla wzmocnienia konkurencyjności europejskiego przemysłu potrzebne są także m.in.: uproszczenie przepisów, ograniczenie biurokracji, inwestycje w innowacje i surowce strategiczne, zagwarantowanie neutralności technologicznej w transformacji energetycznej. Jego zdaniem coraz wyraźniej dochodzi do głosu nowa europejska koncepcja gospodarcza pod hasłem „Europa rozsądku” w odróżnieniu od dotychczasowej Europy marzycielskiej, której ambitne, ale źle zaplanowane projekty mogą doprowadzić do deindustralizacji kontynentu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-europoslowie-chca,p84070994

Dobre prognozy dla rynku kredytów mieszkaniowych. Mimo braku rządowego programu wsparcia

0

Rok 2025 powinien być dobrym okresem na rynku kredytów mieszkaniowych. – Zainteresowanie nadal będzie rosło i paradoksalnie przyczyni się do tego niedawna zapowiedź ministra rozwoju i technologii, że nie będzie Kredytu 0 proc. – ocenia dr Jacek Furga, prezes Centrum Procesów Bankowych i Informacji. Jak wskazuje, pomimo braku kolejnego programu wsparcia dla kredytów mieszkaniowych 2024 rok również zakończył się dobrym wynikiem, a jakość obsługi złotowych kredytów mieszkaniowych pozostaje na bardzo wysokim poziomie.

– Rok 2024 zakończymy bardzo dobrym wynikiem. Spodziewamy się ok. 200 tys. kredytów hipotecznych udzielonych w całym roku. To jest wzrost w relacji do roku ubiegłego, ale również duży skok w relacji do roku 2022, kiedy stopy procentowe były wyjątkowo wysokie – mówi agencji Newseria Biznes dr Jacek Furga.

Według danych Biura Informacji Kredytowej w listopadzie br. segment kredytów hipotecznych nieco zwolnił: banki udzieliły zarówno o 35,7 proc. mniej kredytów mieszkaniowych w porównaniu do listopada 2023 roku, jak i o 10,5 proc. mniej w relacji do października 2024 roku. Spadek miał miejsce również w ujęciu wartościowym: o 31,9 proc. rok do roku i o 9,5 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Pomimo to kredyty mieszkaniowe w okresie od stycznia do listopada br., w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku, odnotowały wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym (+31,9 proc. r/r), jak i wartościowym (+45,8 proc. r/r). Analitycy BIK wskazują, że mimo braku kolejnego programu wsparcia ten segment wciąż radzi sobie całkiem dobrze, a wartość akcji kredytowej w listopadzie br. wyniosła 6,72 mld zł. W efekcie zakładana na ten rok prognoza akcji kredytowej sięgającej 81 mld zł zostanie przekroczona, ponieważ już po 11 miesiącach br. osiągnęła 80,72 mld zł.

Zainteresowanie nadal będzie rosło i paradoksalnie przyczyni się do tego niedawna wypowiedź ministra rozwoju i technologii, że nie będzie Kredytu 0 proc. – ocenia prezes Centrum Procesów Bankowych i Informacji. – Ta informacja była oczekiwana od dawna, a od kilku dni wiemy, że ten program na razie nie będzie realizowany. To może być impuls dla tych, którzy czekali na ten kredyt i wstrzymywali się z zakupem mieszkania, do podjęcia takiej decyzji w nadchodzących miesiącach. Tak więc 2025 również powinien być dobrym rokiem na rynku kredytowym.

Kredyt 0 proc. to zapowiadany od kilku miesięcy nowy program dopłat do kredytów mieszkaniowych. Według zapowiedzi Ministerstwa Rozwoju i Technologii miał zapewnić finansowe wsparcie w formie dopłat do rat kredytu m.in. na zakup mieszkania lub budowę domu jednorodzinnego. Wyższe wsparcie miało być kierowane do gospodarstw wieloosobowych, utrzymana miała być również możliwość udzielenia przez Bank Gospodarstwa Krajowego gwarancji wkładu własnego. Jednak w połowie grudnia br. minister rozwoju i technologii Krzysztof Paszyk zadeklarował, że program nie będzie realizowany. Jak wskazał, Polska ma najwyższe w Unii Europejskiej oprocentowanie kredytów mieszkaniowych – blisko dwukrotnie wyższe niż średnia europejska – i państwo musi znaleźć rozwiązanie, które pomoże Polakom w tym zakresie. Jednocześnie zadeklarował też, że nowa propozycja mieszkaniowa rządu zostanie zaprezentowana w pierwszym kwartale tego roku.

– Informacja o tym, że obiecywany od ponad roku Kredyt 0 proc. nie dojdzie do skutku, została odebrana przez rynek raczej spokojnie i z pewną ulgą, bo najgorsza jest niepewność, czekanie na decyzje i szczegóły. A rynek potrzebuje pewności i przewidywalności. Ta informacja pozwala teraz planować swoje dalsze ruchy każdemu z potencjalnych zainteresowanych nabyciem mieszkania na własne potrzeby – mówi dr Jacek Furga.

Jak zauważa BIK, pozytywnym zjawiskiem dla rynku kredytów mieszkaniowych jest rosnąca zdolność kredytowa, będąca efektem ponad 8-proc. realnego wzrostu wynagrodzeń. Te czynniki bezpośrednio przekładają się na możliwość zaciągania kredytów mieszkaniowych na wyższą kwotę. W listopadzie br. średnia kwota takiego kredytu wyniosła rekordowe 429,2 tys. zł i była o 6 proc. wyższa niż przed rokiem. Analitycy BIK wyjaśniają, że obecnie kredyt mieszkaniowy zaciągają osoby o wyższych dochodach.

– Docelowym rozwiązaniem dla rynku mieszkaniowego byłby długoterminowy kredyt o stałej stopie. Patrząc na doświadczenia amerykańskie czy niemieckie, optymalnym rozwiązaniem byłby taki kredyt o oprocentowaniu 5 proc. na cały okres kredytowania – proponuje prezes Centrum Procesów Bankowych i Informacji. – Trzeba po prostu jasno powiedzieć, że jeżeli kogoś stać na kredyt 5 proc., to kupuje mieszkanie, a jeśli kogoś nie stać, to nie kupuje i szuka mieszkania na wynajem. Oczywiście dzisiaj mieszkań na wynajem jest w Polsce za mało i trzeba też szukać instrumentów, które zwiększyłyby tę liczbę. Tutaj z kolei kłania się ustawa o REIT-ach, która jest dyskutowana już po raz kolejny.

REIT-y, czyli fundusze inwestujące kapitał w nieruchomości, które przynoszą stały dochód z ich wynajmu, działają już w kilkudziesięciu krajach; są bardzo popularnym instrumentem m.in. w Stanach Zjednoczonych. Analitycy oceniają, że takie instrumenty mogą być atrakcyjnym narzędziem umożliwiającym inwestorom prywatnym zainwestowanie swoich oszczędności i budowanie kapitału np. na przyszłą emeryturę. Według niedawnego raportu JLL i Banku Pekao polscy inwestorzy indywidualni mogliby zainwestować w krajowe REIT-y około 11,5 mld zł.

– Polacy mają dosyć gotówki i są w stanie zainwestować w nieruchomości, ale nie wtedy, kiedy się ich straszy, że „jeśli masz drugie czy trzecie mieszkanie, to dowalimy ci jeszcze podatek, bo jak już się tak wzbogaciłeś, to musisz jeszcze raz zapłacić” – mówi dr Jacek Furga. – W praktyce jeśli ktoś ma taką możliwość, to zamiast kupować kolejny, luksusowy samochód czy jechać na wakacje na Malediwy, lepiej niech kupi trzecie czy czwarte mieszkanie i wprowadzi na rynek najmu. To jest interes państwa i to jest interes nas wszystkich, żeby tych mieszkań było jak najwięcej, bo dzięki temu będziemy płacić za wynajem mniej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dobre-prognozy-dla-rynku,p134204604

Jedna trzecia pacjentów jest niedożywiona przy przyjęciu do szpitala. Od tego w dużej mierze zależą rokowania

0

Niedożywienie pacjentów w szpitalach jest zjawiskiem powszechnym – w Polsce stan ten dotyczy jednej trzeciej osób już w momencie wizyty w Izbie Przyjęć, a w trakcie hospitalizacji pogłębia się u kolejnych 20–30 proc. O roli leczenia żywieniowego mówi się już coraz więcej, również jako o odrębnej opcji terapeutycznej w niektórych chorobach z autoagresji. W ocenie ekspertów wciąż jednak brakuje wiedzy na ten temat, zwłaszcza u lekarzy innych specjalizacji niż onkologiczne, gastroenterologiczne czy chirurgiczne. Tymczasem dobre odżywienie nie tylko przekłada się na szybsze zdrowienie, ale i realne oszczędności dla systemu.

– Rola żywienia klinicznego czy też leczenia żywieniowego jest ogromna. Bez odpowiedniego żywienia medycznego nie ma tak naprawdę pozostałego leczenia. W większości chorób, które występują u pacjentów, musi być wsparcie żywieniowe różnego rodzaju. Możemy mieć fortyfikację diety, wspomaganie przez tak zwane suplementy diety, oral nutrition support, czyli ONS. Wspieramy też pacjentów, którzy nie mogą doustnie otrzymywać pokarmów, żywieniem dojelitowym, a jeżeli to jest niemożliwe bądź niewystarczające, to albo tacy pacjenci są wspierani dodatkowo żywieniem pozajelitowym jako uzupełniającym żywieniem, bądź też totalnie przez żywienie pozajelitowe – mówi agencji Newseria Tomasz Szwarc z Organizacji Rozwoju Leczenia Żywieniowego.

Z danych przytaczanych przez EconMed Europe w raporcie przygotowanym dla Nutricia Polska wynika, że ponad 30 proc. pacjentów w Polsce jest niedożywionych już podczas przyjęcia do szpitala, a u dalszych 20–30 proc. stan ten się pogłębia podczas hospitalizacji. Powszechnym problemem jest niedożywienie pacjentów onkologicznych. Wskaźnik niedożywienia jest u nich ponad dwukrotnie wyższy niż u osób z chorobami niezłośliwymi. Co więcej, 80 proc. pacjentów hospitalizowanych nie otrzymuje zalecanego leczenia żywieniowego.

Raport „Nieprawidłowy stan odżywienia po zakończeniu leczenia szpitalnego – ocena konsekwencji zdrowotnych” przytacza także dane podawane podczas III Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w 2018 roku, zgodnie z którymi w przypadku pacjentów niedożywionych średni czas hospitalizacji w Polsce wydłuża się o sześć–siedem dni. Częściej występują u nich powikłania, w tym zakażenia, niewydolność oddechowa czy krążeniowa, a nawet nagłe zatrzymanie krążenia. Z kolei śmiertelność zwiększa się ok. 2,5-krotnie.

Opieka żywieniowa jest dostępna przede wszystkim w aspekcie szpitalnym. Jest refundowana zarówno w aspekcie żywienia dojelitowego, jak i pozajelitowego, nie jest wspierana część związana z suplementacją ONS, natomiast pozostała część jest. Również w domu, w opiece długoterminowej, jeżeli pacjenci są pod opieką poradni i leczenia żywieniowego, żywienie dojelitowe i pozajelitowe jest refundowane przez płatnika – podkreśla Tomasz Szwarc.

Są też jednostki chorobowe, w których leczenie żywieniowe jest uznanym standardem medycznym i jest refundowane jako jedna z opcji terapeutycznych. W Polsce pacjenci pediatryczni z chorobą Leśniowskiego-Crohna mogą przyjmować kompletną dietę zawierającą transformujący czynnik wzrostu beta (TGF-β) w celu wywołania u nich remisji choroby. Odpowiednie odżywienie pacjenta ma jednak kolosalne znaczenie w rokowaniu większości chorób, m.in. takich, w których mamy do czynienia z procesem gojenia lub zwalczaniem zapalenia.

– Żywienie medyczne wspiera wiele aspektów i ma ogromny wpływ na skrócenie hospitalizacji czy też zmniejszenie ilości stosowania antybiotyków. Przede wszystkim zmniejsza koszty funkcjonowania szpitali – w momencie, kiedy to żywienie jest w odpowiednim czasie rozpoczęte – podkreśla ekspert.

Z badania opublikowanego w American Health & Drug Benefits wynika, że wdrożenie suplementacji ONS u pacjentów przekłada się na rzeczywiste korzyści, nie tylko zdrowotne, ale i ekonomiczne. Sprawdzono to na grupie ponad 1,5 tys. osób z grup ryzyka, u których wdrożono takie postępowanie. W 30-dniowym okresie obserwacji stwierdzono znaczną redukcję w wykorzystaniu zasobów opieki zdrowotnej, takich jak przyjęcia na oddziale ratunkowym, rehospitalizacje czy wizyty ambulatoryjne, co przełożyło się na oszczędności na poziomie 2,4 mln dol. u 1546 pacjentów stosujących ONS, czyli średnio 1558 dol. na pacjenta. Oszczędności przeliczane na 1000 pacjentów zwiększają się do 2,8 mln dol. w 60. dniu obserwacji oraz zmniejszają się do 1,5 mln dol. w 90. dniu obserwacji. Mimo że wartość leczenia żywieniowego znalazła poparcie nie tylko w obserwacji klinicznej, ale i w wymiernych danych ekonomicznych, to dużą świadomość jego roli w procesie terapeutycznym wykazuje tylko część medyków.

Są lekarskie specjalizacje, takie jak chirurdzy, anestezjolodzy, którzy mają bardzo dużą wiedzę. Wsparcia na pewno wymaga część oddziałów niezabiegowych. Żywienie jest tematem znanym, ale nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Wiele aspektów jeszcze jest do zrobienia i na pewno w zakresie edukacji lekarzy, szczególnie lekarzy internistów, jest ogromne pole do zagospodarowania, do przekazania tej wiedzy, bo leczenie żywieniowe ma szalenie istotny wpływ na dalsze procesy leczenia, zarówno u pacjentów internistycznych, jak i u pacjentów onkologicznych – dodaje Tomasz Szwarc.

Zdaniem eksperta żywienie medyczne powinno być lepiej reprezentowanym tematem w programach studiów na kierunkach lekarskich. Potrzebne jest także wprowadzenie opieki dietetycznej jako dobrze wycenionego produktu rozliczeniowego w koszyku świadczeń gwarantowanych. Dziś taka opieka jest realizowana w ramach opieki pacjenckiej w poradniach żywieniowych. Ekspert podkreśla, że w szpitalach brakuje też kadr, zwłaszcza dietetyków klinicznych, którzy mogliby odciążyć lekarzy i zająć się pacjentami, szczególnie w aspekcie stosowania ONS czy też w zlecaniu i doborze diet dojelitowych

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jedna-trzecia-pacjentow,p968632900

Rekordowy przelew dla Polski z KPO. Część pieniędzy trafi na termomodernizację domów i mieszkań

Przed świętami Bożego Narodzenia do Polski wpłynął największy jak dotąd przelew unijnych pieniędzy – nieco ponad 40 mld zł z Krajowego Planu Odbudowy. Zgodnie z celami UE ponad 44 proc. tych środków zostanie przeznaczona na transformację energetyczną, w tym m.in. termomodernizację domów i mieszkań czy wymianę źródeł ciepła.  Od początku tego roku na ten cel trafiło 3,75 mld zł z KPO, które sfinansowały program Czyste Powietrze.

– Transformacja energetyczna to jeden z naszych priorytetów. Blisko 60 mld euro z Krajowego Planu Odbudowy i 76 mld euro z polityki spójności to są kwoty, które będą dostępne dla Polski, dla przedsiębiorców, jak również dla mieszkańców dotkniętych problemem mieszkaniowym – mówi agencji Newseria dr Konrad Wojnarowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej.

W połowie września br. Polska złożyła do Komisji Europejskiej drugi i trzeci wniosek o płatność z KPO. Zgodnie z zapowiedziami minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz środki z obu wniosków – 9,4 mld euro, czyli nieco ponad 40 mld zł – wpłynęły 17 grudnia br. To największy przelew unijnych pieniędzy, jaki kiedykolwiek jednorazowo trafił do Polski. Środki z otrzymanej właśnie transzy zostaną w dużej mierze przeznaczone na transformację energetyczną, w tym m.in. inwestycje w polskie farmy wiatrowe na Bałtyku oraz modernizację sieci energetycznych.

Jeszcze przed końcem tego roku Polska planuje też skierować do KE czwarty i piąty wniosek o płatność z KPO. Łącznie w ramach Krajowego Planu Odbudowy otrzyma 59,8 mld euro, czyli blisko 270 mld zł (z czego 108,6 mld zł w postaci dotacji i 148,5 mld zł w formie preferencyjnych pożyczek). Zgodnie z celami UE na transformację energetyczną ma zostać przeznaczona znacząca część tego budżetu. Według zapowiedzi resortu klimatu i środowiska będzie to ponad 100 mld zł. Oprócz finansowania nowych, krajowych źródeł OZE, modernizacji sieci elektroenergetycznych czy magazynów energii część pieniędzy zostanie też skierowana na termomodernizację i podnoszenie efektywności energetycznej domów i mieszkań.

– To jest na dziś 150 mln euro, ale przy kolejnej rewizji będziemy chcieli wzmacniać ten komponent i pokazywać, że budownictwo mieszkaniowe to nie tylko problem Polski, ale też wyzwanie strategiczne całej Unii Europejskiej – mówi dr Konrad Wojnarowski.

Raport „Luka czynszowa w Polsce w latach 2010–2022”, przygotowany przez Politykę Insight i PFR Nieruchomości, wskazuje, że w Polsce ok. 35 proc. gospodarstw domowych znajduje się w luce czynszowej, co oznacza, że ich dochody są zbyt niskie, by kupić własne mieszkanie lub je wynająć na zasadach rynkowych, i za wysokie, by liczyć na mieszkanie od państwa czy gminy. Z kolei raport „Barometr zdrowych domów” pokazuje, że w Polsce ok. 70 proc. budynków wciąż jest nieefektywnych energetycznie, z czego ok. 15 proc. ma najgorszy standard, a ok. 1,5 mln gospodarstw domowych jest dotkniętych ubóstwem energetycznym. Eksperci podkreślają, że w tym kontekście kompleksowa termomodernizacja jest konieczna nie tylko ze względów środowiskowych, ale również społecznych i gospodarczych.

Problemem jest jednak fakt, że czas na wydatkowanie środków z KPO upływa już w 2026 roku. Rząd chce jednak negocjować z Komisją Europejską wydłużenie tego terminu.

– Nasza prezydencja w Radzie Unii Europejskiej to jest moment, kiedy będziemy rozmawiać nie tylko o przyszłej polityce spójności, czyli okresie 2027–2034, ale też o kwestiach technicznych związanych z Krajowym Planem Odbudowy. Część dotacyjną będziemy musieli wykorzystać do połowy 2026 roku, ale dziś wiemy już, że część pożyczkowa będzie mogła być wydatkowana dłużej. Przed nami dobre rozmowy i będziemy robili wszystko, żeby beneficjenci mogli skorzystać ze wszystkich środków europejskich – zapowiada wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Pomimo dwuletniego opóźnienia w uruchamianiu środków z KPO w 2024 roku inwestycje z tego programu znacząco przyspieszyły. Do 17 grudnia br. uruchomiono nabory na ponad 93,4 proc. dostępnych funduszy (93,9 proc. w części grantowej i 93 proc. w pożyczkowej). Dotyczą one 50 inwestycji. Zawarto ponad 630 tys. umów na ponad 41,8 mld zł, co stanowi 15,9 proc. środków z KPO. Od początku tego roku największe wypłaty z programu zostały przeznaczone m.in. właśnie na remonty oraz ocieplanie oraz nowe źródła ciepła domów i mieszkań (program Czyste Powietrze) – blisko 3,75 mld zł.

– Trzeba też wziąć pod uwagę inne instrumenty, jak chociażby Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, będący odpowiedzią na wyzwania i koszty, które muszą być poniesione przez państwo. Zainwestowanie tych środków w najbliższych latach spowoduje, że będziemy nie tylko bezpieczni i odporni energetycznie, ale przede wszystkim gospodarstwa domowe będą mogły w kolejnych latach płacić niższe rachunki za prąd – mówi dr Konrad Wojnarowski. – Nie zakładamy scenariusza, żeby to obywatele bezpośrednio ponosili koszty transformacji, będziemy robić wszystko, żeby pokazać, jak ważny w Polsce, ale też w całej Europie Środkowo-Wschodniej jest problem energetyczny, gdzie przez agresję rosyjską na Ukrainę musieliśmy się mierzyć z wieloma wyzwaniami. I w najbliższych latach będziemy chcieli inwestować w bezpieczeństwo energetyczne jak najwięcej środków nie tylko krajowych, ale również europejskich.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowy-przelew-dla,p445711640

Przeciętny Polak spędza w sieci ponad trzy godziny dziennie. Tylko 11 proc. podejmuje próby ograniczenia tego czasu

Polacy średnio spędzają w internecie ponad trzy godziny dziennie. Jednocześnie, według badania na temat higieny cyfrowej, jedynie 14 proc. respondentów kontroluje swój czas ekranowy, a co piąty ogranicza liczbę powiadomień w telefonie czy komputerze. Nadmierne korzystanie z ekranów może wpływać na zaniedbywanie obowiązków i relacji z innymi, a także obniżenie nastroju i samooceny. Kampania Fundacji Orange „Nie przescrolluj życia” zwraca uwagę na potrzebę dbania o higienę cyfrową. Szczególnie okres świątecznego wypoczynku sprzyja takiej refleksji.

– Scrollowanie ekranów jest absolutnie zjawiskiem powszechnym, które towarzyszy nam wszystkim i z którym każdy z nas się zmaga. Scrollujemy wszędzie, w komunikacji miejskiej,  podczas spotkań z bliskimi i podczas spotkań zawodowych, biznesowych, w zasadzie każdy z nas ten ekran ma w pobliżu – mówi agencji Newseria Anna Kowalik-Mizgalska, prezeska Fundacji Orange.

Według Polskiego Badania Internetu przeciętny internauta spędza w sieci średnio trzy godziny i 16 minut każdego dnia. Połączenia realizowane za pośrednictwem telefonów komórkowych stanowią 78 proc. całkowitego czasu online. Korzystanie z komputerów osobistych zajmuje tylko 21 proc., a z tabletów – ok. 1 proc. udziału czasu. Średnio dziennie najwięcej czasu w internecie spędzają najmłodsi internauci, a szczególnie osoby z pokolenia Z, które poświęcają na to prawie cztery godziny. Ponad 70 proc. czasu spędzonego online to korzystanie z aplikacji mobilnych.

 Bardzo trudno jest zachować umiar, kiedy dostajemy setki powiadomień, coraz nowsze newsy – jest tyle ciekawych treści online, które nas zachęcają. Dodatkowo algorytmy, które śledzą nasz ruch w sieci, bardzo precyzyjnie dobierają nam treści, które są dla nas jako użytkowników atrakcyjne i będą przykuwały naszą uwagę. To wszystko powoduje, że równowaga i zachowanie umiaru jest dużym wyzwaniem – tłumaczy Anna Kowalik-Mizgalska.

Ogólnopolskie Badanie Higieny Cyfrowej, przeprowadzone przez Fundację Instytut Cyfrowego Obywatelstwa i Fundację Orange, wskazuje, że 14,3 proc. respondentów zawsze lub prawie zawsze zwraca uwagę na czas spędzany codziennie na używaniu urządzeń ekranowych. 13 proc. badanych deklaruje, że robi to regularnie, a połowa dorosłych nie kontroluje swojego czasu ekranowego z pożądaną częstością. Z kolei tylko co dziewiąty przyznaje, że podejmuje próby ograniczenia czasu ekranowego.

– Higiena cyfrowa to nie jest wyłącznie monitorowanie ilości czasu, jaki spędzamy w sieci. To przede wszystkim świadomość tego, jak aktywności cyfrowe wpływają na nas. To jest umiejętność chronienia się przed zagrożeniami i nieodpowiednimi treściami, umiejętność zachowania równowagi i radzenia sobie z przebodźcowaniem i stresem. To wszystko wpływa też na jakość naszych relacji, jakie budujemy z bliskimi. Brak higieny cyfrowej może znacząco wpływać na ich pogorszenie – przekonuje prezeska Fundacji Orange.

Eksperci podkreślają, że czas spędzony przed ekranem, szczególnie jeśli jest zwykłym scrollowaniem, może wpływać na nasze relacje zarówno w domu, jak i w szkole czy pracy. Patrząc w ekran, możemy tracić uważność na innych, ucieka nam to, co ważne, lub to, co się dzieje tu i teraz. Brak kontroli czasu ekranowego może prowadzić także do jego wydłużania się i związanych z tym negatywnych konsekwencji, jak zaniedbywanie obowiązków, obniżony nastrój i samoocena czy problemy z koncentracją. O skutkach nadmiernego scrollowania przypomina kampania Fundacji Orange „Nie przescrolluj życia”, która zwraca uwagę na potrzebę dbania o higienę cyfrową. Okres świątecznego wypoczynku może być ku temu dobrą okazją.

 Kampania jest zachętą do refleksji nad tym, jak dużo czasu poświęcamy na nasze urządzenia i jak mocno wciąga nas technologia, czy potrafimy zachować umiar i balans pomiędzy naszymi zachowaniami w sieci, nawykami, częstym zaglądaniem do urządzeń a obecnością w życiu codziennym, w naszym otoczeniu, w relacji z innymi – podkreśla Anna Kowalik-Mizgalska.

Spot filmowy kampanii „Nie przescrolluj życia” został przygotowany przez fundację we współpracy z zespołem Orange Polska. Opowiada historię ojca, który, spędzając dużo czasu online, traci ważne momenty z życia swojego syna. Każda scena pokazuje upływ czasu – syn dorasta, ojciec się starzeje, a motyw scrollowania ekranu „przewija” kolejne etapy. Na stronie nieprzescrolluj.pl można znaleźć krótkie porady o tym, jak dbać o nawyki cyfrowe. Wśród nich są kontrola czasu, nieużywanie urządzeń ekranowych przed snem czy podczas posiłków. W dbaniu o balans znaczenie ma też dobór odpowiednich treści, z którymi mamy kontakt w internecie.

– Fundacja kieruje kampanię szczególnie do osób dorosłych, bo to one mają wpływ na to, jak zachowują się potem dzieci, jakie one mają przykłady i jak wykorzystują je w swoim życiu – dodaje przedstawicielka Fundacji Orange.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przecietny-polak-spedza,p2035559384

Rząd chce większego udziału polskich firm budowlanych w projektach energetycznych. Ma to być element nowej ustawy offshorowej

Przedsiębiorstwa z branży budowlanej mają do odegrania kluczową rolę w transformacji energetycznej – mówi wiceminister klimatu i środowiska Miłosz Motyka. Jak wskazuje, rząd zamierza im to ułatwić m.in. poprzez uproszczenie procedur dotyczących inwestycji w odnawialne źródła energii i promowanie większego zaangażowania krajowych firm w projekty z zakresu transformacji energetycznej. Temu ma służyć m.in. nowelizacja ustawy offshorowej, której projekt ma się pojawić w ciągu kilku najbliższych tygodni.

 Polityka energetyczna UE, która jest realizowana także przez Polskę – w myśl zrównoważonego rozwoju i transformacji energetycznej, opartej na bezpieczeństwie i stabilności dostaw energii – jest dla branży budowlanej zarówno wyzwaniem, jak i szansą. Z jednej strony ona całkowicie zmienia model funkcjonowania tej branży, dotychczas oparty na wysokoemisyjnych źródłach. Budownictwo musi korzystać z tych źródeł, które są zielone i tanie, ale które w Polsce dopiero się budują, dlatego tutaj absolutnie kluczowy jest dialog z rządem, współpraca z administracją i innymi sektorami. Z drugiej strony jest to szansa na czystsze środowisko i obniżenie kosztów energii, szansa na to, byśmy proces transformacji energetycznej przeprowadzili w sposób sprawiedliwy – mówi agencji Newseria Biznes Miłosz Motyka.

Budownictwo – odpowiedzialne za ponad 1/3 globalnych emisji CO2 – jest jedną z branż, które mają największy wpływ na środowisko i klimat. Poza emisjami pochodzącymi z eksploatacji budynków duże znaczenie ma też tzw. wbudowany ślad węglowy, na który składa się działalność przemysłu budowlanego związana m.in. z wydobyciem surowców, produkcją i transportem materiałów oraz procesami budowy bądź rozbiórki. Wszystko to powoduje, że minimalizowanie negatywnego wpływu i śladu węglowego w tym sektorze jest jednym z najskuteczniejszych sposobów łagodzenia kryzysu klimatycznego. Z drugiej strony branża budowlana odgrywa też kluczową rolę w całym procesie transformacji energetycznej i będzie miała decydujące znaczenie przy jej realizacji.

– Natomiast bez dialogu z branżą, bez jej sugestii odnośnie do tego, jak tę transformację przeprowadzić, tego procesu po prostu nie będzie i nie będzie efektywnego wykorzystywania energii – mówi wiceminister klimatu i środowiska.

Co istotne, działania ukierunkowane na zrównoważony rozwój i transformację energetyczną przynoszą branży budowlanej nie tylko wyzwania, ale i korzyści – ekologiczne i ekonomiczne. Mimo dość wysokich kosztów z nimi związanych inwestorzy, wykonawcy i producenci materiałów mogą liczyć na oszczędności, które wynikają m.in. z bazowania na energii odnawialnej czy możliwości ponownego wykorzystania surowców zrecyklingowanych zgodnie z założeniami GOZ, co ogranicza koszty ich pozyskiwania.

Wiceszef MKiŚ wskazuje, że resort pracuje nad rozwiązaniami, m.in. w nowelizacji ustawy o OZE, które mają wspomóc branżę budowlaną w tym procesie.

Wsparcie dla polskich firm z branży budowlanej powinno być w tej chwili jednym z priorytetów dla całego rządu – mówi Miłosz Motyka. – Jako ministerstwo mówimy jednoznacznie o uproszczeniu procedur w zakresie transformacji energetycznej, o uproszczeniu i skróceniu procedur związanych z odnawialnymi źródłami energii.

Jak podkreśla, dziś Polska ma jeden z najdłuższych procesów inwestycyjnych w zakresie OZE w Europie – zdecydowanie za długo trwa proces instalowania, uzgodnień proceduralnych, wdrażania i przyłączania.

– Chcemy skrócić go o połowę w ramach dwóch ustaw, które procedujemy. Uważamy, że do tego jesteśmy gotowi jako administracja rządowa, by te wnioski szybciej przeprowadzać. Jesteśmy do tego gotowi jako samorządy, by szybciej z inwestorami rozmawiać, i branża jest do tego gotowa, by się do tego przystosować. Więc o blisko połowę jesteśmy w stanie skrócić ten czas z kilku lat do dwóch dla dobra polskiej energetyki i polskiej gospodarki – zapowiada wiceminister.

Kolejna zmiana, która pomoże branży budowlanej czerpać korzyści z transformacji energetycznej, to promowanie local contentu, czyli udziału polskiego przemysłu w dużych inwestycjach realizowanych przez zagraniczne podmioty.

Każdy kolejny akt prawny, każde rozporządzenie i ustawa musi zawierać w swoich założeniach wsparcie local contentu i polskich firm. I taką regulacją, którą zaprezentujemy w ciągu najbliższych kilku tygodni, będzie nowelizacja ustawy o morskich farmach wiatrowych. Tam chcemy bardzo mocno postawić na local content, bo jest to największy w historii Polski projekt energetyczny. Bez udziału polskich firm budowlanych stracimy szansę na to, żeby środki zainwestowane w ten projekt pozostały w Polsce i rozbudowywały dalej polski przemysł. Tak więc to będzie jedna z najważniejszych ustaw, która również będzie wspierała polską branżę budowlaną – zapowiada Miłosz Motyka.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku są traktowane jako jedna ze strategicznych inwestycji energetycznych, a wart ok. 130 mld zł program ich budowy ma się stać kołem zamachowym dla całej gospodarki. Zgodnie z założeniami pierwotnej „Polityki energetycznej do 2040 roku” moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW do końca tej dekady i 11 GW do 2040 roku.

Zgodnie z porozumieniem sektorowym z 2021 roku w fazie przedrealizacyjnej, instalacyjnej i eksploatacyjnej dla projektów MFW ustalono poziom local contentu na poziomie co najmniej 20–30 proc. W kolejnej fazie w ramach programów realizowanych do 2030 roku udział ten ma wzrosnąć do co najmniej 45 proc., a po tym terminie ma wynosić co najmniej 50 proc. Według informacji podawanych przez Pracodawców Pomorza w czerwcu br. ten udział wynosił ok. 7–9 proc. Dlatego też organizacja ta zaapelowała do premiera Donalda Tuska o powołanie pełnomocnika rządu ds. gospodarki offshore i local contentu w zakresie morskiej energetyki wiatrowej, którego zadaniem byłby między innymi nadzór nad realizacją porozumienia sektorowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-wiekszego,p65812515

Sztuczna inteligencja znacząco przyspiesza opracowywanie przeciwciał. To rewolucja w farmacji na skalę odkrycia prądu

Immunoterapia, która polega na aktywacji układu odpornościowego chorego w celu walki z daną chorobą, jest jedną z najprężniej rozwijających się gałęzi medycyny. W ciągu 10 lat rynek wykorzystywanych w niej przeciwciał może wzrosnąć trzykrotnie – oceniają analitycy Fact.MR. Polski start-up Genotic wykorzystuje do prac nad przeciwciałami celującymi w określony antygen sztuczną inteligencję. Pozwala ona znacznie skrócić cały proces z wielu miesięcy nawet do 21 dni.  

– Sztuczna inteligencja daje nam możliwość automatyzacji bardzo wielu procesów w biotechnologii i farmacji, począwszy od wyszukiwania nowych kandydatów na leki, nie tylko małocząsteczkowych, ale tych dużo trudniejszych, czyli przeciwciał. Biologiczne leki, czyli przeciwciała, są jednymi z najlepszych leków, więc one są dużo trudniejsze w projektowaniu, ale sieci głębokiego uczenia dają nam możliwość w bardzo krótkim czasie tworzenia nawet spersonalizowanych przeciwciał na konkretne epitopy targetów u pacjentów. To jest ogromna rewolucja na skalę odkrycia prądu, która w tym momencie zachodzi w świecie biotechnologii i farmacji – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Grzegorz Warzecha, założyciel Genotic.

Polski startup z wykorzystaniem sztucznej inteligencji projektuje, testuje i produkuje przeciwciała, które mogą być użyte m.in. w diagnostyce i leczeniu chorób zakaźnych, autoimmunologicznych czy onkologicznych. Struktury białek są przewidywane na podstawie sekwencji. Pozwala to znacznie usprawnić proces i przeciwciała celujące w określony antygen.

– My wykorzystujemy sztuczną inteligencję przede wszystkim do projektowania spersonalizowanych przeciwciał wysoko specyficznych do konkretnych targetów, tak jak na przykład HER2 w przypadku nowotworu raka piersi. Chcemy wyjść z dużą bazą przeciwciał na bardzo wiele różnych targetów na rynku R&D i diagnostyki. Jednocześnie bardzo ambitnie pracujemy nad tym, żeby za pomocą sieci głębokiego uczenia automatyzować procesy w laboratoriach, bo w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej powstaje coraz więcej tzw. dark labów, czyli laboratoriów, gdzie wiele procesów jest automatyzowanych przez roboty, bo bardzo mocno skraca to pracę, przyspiesza wiele eksperymentów i daje dużo szybsze dojście do dobrych cząsteczek, które musimy zweryfikować, zanim trafią do testów klinicznych – wskazuje Grzegorz Warzecha.

Przykładem wykorzystania sztucznej inteligencji w medycynie jest model AlphaFold 3, opracowany przez Google DeepMind i Isomorphic Labs. Rozwiązanie modeluje duże biocząsteczki, takie jak białka, DNA i RNA, a także małe cząsteczki. Może też modelować modyfikacje chemiczne tych cząsteczek, wpływające na zakłócanie pracy komórek, które prowadzi do choroby. W praktyce oznacza to rewolucyjną zmianę w możliwości opracowywania nowych, innowacyjnych terapii. Genotic wykorzystał AlphaFold do opracowania swojej platformy do generowania struktury przeciwciał.

– Największą wartością sieci głębokiego uczenia jest wykonywanie procesów projektowania leków w całości cyfrowo na komputerze, tzw. in silico, bo zmienia i upraszcza to kompletnie proces szukania nowych kandydatów. Bardzo wiele prac laboratoryjnych możemy uprościć poprzez znajdywanie dobrych kandydatów wcześniej za pomocą sieci głębokiego uczenia – wyjaśnia ekspert Genotic.

Bazową technologią w pracach nad przeciwciałami jest ich projektowanie w organizmie zwierzęcia. Przykładowo w przypadku wirusa następuje wstrzyknięcie wyizolowanego wirusa zwierzęciu, a po długich miesiącach oczekiwania z krwi zwierzęcia są izolowane wytworzone przeciwciała – o ile zaszła reakcja immunologiczna. Dopiero na tej podstawie przeprowadzane jest sekwencjonowanie białka i określenie struktury, a po tym procesie może ruszyć produkcja.

– My jesteśmy w stanie zaprojektować przeciwciało w ciągu 48 godz. na 200–300 kartach graficznych, co powoduje, że dosłownie w dwa dni mamy bardzo wielu kandydatów zweryfikowanych, którzy mogą zostać wyprodukowani i przekazani do weryfikacji laboratoryjnej – ocenia Grzegorz Warzecha.

Potem następuje sprawdzenie skuteczności i specyficzności działania kandydatów, a ostatecznie, spośród tysięcy wytypowanych kandydatów, w laboratorium wybieranych jest kilku z najlepszymi parametrami.

Już dziś przeciwciała monoklonalne stanowią najbardziej oczekiwany element terapii, np. w chorobach hematoonkologicznych: szpiczaku plazmocytowym czy chłoniaku DLBC. Przeciwciała dwuswoiste z jednej strony rozpoznają nieprawidłowe komórki, a z drugiej – uczą układ odpornościowy, jak je zwalczać. Według Fact.MR światowy rynek przeciwciał osiągnął w 2022 roku obroty przekraczające 197 mld dol. Do 2032 roku przychody wzrosną ponad trzykrotnie – do 608 mld dol.

– Wierzę, że przyszłość nas jako pacjentów również będzie polegała na tym, że firmy będą tworzyły dla nas leki on demand, sekwencjonując nasz RNA-seq, DNA, czyli widząc struktury naszej choroby, będą tworzyć spersonalizowane leki w bardzo krótkim czasie i dostarczać je pacjentowi w trzy tygodnie od rozpoczęcia badań – przewiduje założyciel Genotic. – To jest nowy trend, który pojawia się na całym świecie. Sieci głębokiego uczenia potrafią dobrze sobie radzić z mapowaniem reprezentacji, czyli z tworzeniem pewnych struktur, takich jak np. cząsteczki białkowe. Ten progres jest radykalny przez ostatnie dwa lata.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p1890355306

Sektor gier silnie reprezentowany na warszawskim parkiecie. GPW liczy na kolejne debiuty firm gamingowych

Sektor gier na warszawskim parkiecie reprezentowany jest przez blisko setkę podmiotów, w tym niemal trzy czwarte na rynku alternatywnym. Notowane podmioty dały w tym roku zarobić trzykrotnie więcej niż te z indeksu szerokiego rynku. Na parkiet wchodzą kolejne spółki z branży, zaczynając przeważnie od rynku NewConnect, by potem przenieść się na Główny Rynek GPW.  

Segment gier bardzo się rozwinął w ciągu ostatnich lat. Polska, można chyba bez fałszywej skromności powiedzieć, stała się potęgą tej branży, co w naturalny sposób przekłada się również na rynek publiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Gontarek, dyrektorka Działu Emitentów Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Na Głównym Rynku GPW notowane są 24 spółki w segmencie gier o łącznej kapitalizacji przekraczającej 24 mld zł. Natomiast na rynku NewConnect, gdzie dominują spółki mniejsze, będące jeszcze na początku drogi bądź też mniejsze z charakteru swojej działalności, mamy aż 73 takie podmioty i ich kapitalizacja przekracza w tej chwili miliard złotych.

18 lipca br. na NewConnect zadebiutowała spółka Lichthund, warszawskie studio gier wideo specjalizujące się w segmencie gier indie premium (czyli należące do niewielkich, niezależnych zespołów). Był to szósty tegoroczny debiut na rynku alternatywnym, który powiększył grono spółek z NewConnect do 358. W tym aż 73, czyli przeszło co piąta, należy do segmentu gamingowego. Z przeprowadzonych ofert publicznych Lichthund pozyskał 6,8 mln zł. Środki mają być przeznaczone na realizację prac dotyczących nowego projektu o nazwie kodowej Husky oraz na wydatki korporacyjne i marketing.

Rynek jest atrakcyjny dla sektora gier z tych samych powodów, dla których jest atrakcyjny dla innych. Spółki idą głównie po kapitał – to się świetnie udało najnowszemu debiutantowi, spółce Lichthund, która w ofertach publicznych poprzedzających debiut pozyskała konkretne środki na rozwój kolejnych projektów – ale też po rozpoznawalność, większe zainteresowanie po stronie inwestorów, bez których pewnie wiele projektów nie mogłoby się udać – wskazuje dyrektorka Działu Emitentów GPW. – Liczymy na kolejne debiuty, nie tylko w tym segmencie. Mam również nadzieję na dobre propozycje dla inwestorów w segmencie gier jeszcze w tym roku.

Spółki z segmentu gier, zaliczające się do grupy spółek wzrostowych, zazwyczaj zaczynają pozyskiwanie finansowania od rynku NewConnect, by na kolejnych etapach rozwoju przenosić się na Główny Rynek warszawskiego parkietu. Przykładowo tegoroczne debiuty na Głównym Rynku GPW otworzyło krakowskie studio Bloober Team, które przeniosło się z rynku alternatywnego. W drugiej połowie marca tę samą drogę pokonał Render Cube.

Choć spółki z segmentu gier przeważają liczbowo na rynku alternatywnym, kapitalizacją dominują spółki z Głównego Rynku, przede wszystkim dzięki największemu graczowi: CD Projektowi, jedynemu w tym gronie reprezentantowi branży w WIG20. Na 24 lipca br. producent ten odpowiadał za ponad 73 proc. kapitalizacji całego indeksu WIG-gry, a łącznie pakiet akcji producenta „Wiedźmina” i „Cyberpunka 2077” wart był prawie 11 mld zł. Drugi w kolejności 11 bit studios odpowiadał za 9,3 proc. indeksu, a trzeci Huuuge – za 4,3 proc. Od początku roku subindeks ten wzrósł o ponad 21 proc., podczas gdy indeks szerokiego rynku WIG poszedł w górę o 7,7 proc.

– Siła branży gier na rynku polskim jest nie tylko w producentach, którzy, jak widać, mają kompetencje, umiejętności i wyobraźnię, żeby nowe gry tworzyć i żeby one zdobywały rynki. Mamy też potencjał wśród graczy – ocenia Agnieszka Gontarek. – Badania wskazują, że ponad 90 proc. przedstawicieli dwóch najmłodszych pokoleń osób jest potencjalnymi lub faktycznymi graczami. Zainteresowanie wśród Polaków tą formą rozrywki i spędzania czasu jest bardzo duże, co optymistycznie pozwala patrzeć na przyszłość najlepszych studiów tworzących gry.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-gier-silnie,p1603491840

Sektor gier silnie reprezentowany na warszawskim parkiecie. GPW liczy na kolejne debiuty firm gamingowych

Sektor gier na warszawskim parkiecie reprezentowany jest przez blisko setkę podmiotów, w tym niemal trzy czwarte na rynku alternatywnym. Notowane podmioty dały w tym roku zarobić trzykrotnie więcej niż te z indeksu szerokiego rynku. Na parkiet wchodzą kolejne spółki z branży, zaczynając przeważnie od rynku NewConnect, by potem przenieść się na Główny Rynek GPW.  

Segment gier bardzo się rozwinął w ciągu ostatnich lat. Polska, można chyba bez fałszywej skromności powiedzieć, stała się potęgą tej branży, co w naturalny sposób przekłada się również na rynek publiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Gontarek, dyrektorka Działu Emitentów Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Na Głównym Rynku GPW notowane są 24 spółki w segmencie gier o łącznej kapitalizacji przekraczającej 24 mld zł. Natomiast na rynku NewConnect, gdzie dominują spółki mniejsze, będące jeszcze na początku drogi bądź też mniejsze z charakteru swojej działalności, mamy aż 73 takie podmioty i ich kapitalizacja przekracza w tej chwili miliard złotych.

18 lipca br. na NewConnect zadebiutowała spółka Lichthund, warszawskie studio gier wideo specjalizujące się w segmencie gier indie premium (czyli należące do niewielkich, niezależnych zespołów). Był to szósty tegoroczny debiut na rynku alternatywnym, który powiększył grono spółek z NewConnect do 358. W tym aż 73, czyli przeszło co piąta, należy do segmentu gamingowego. Z przeprowadzonych ofert publicznych Lichthund pozyskał 6,8 mln zł. Środki mają być przeznaczone na realizację prac dotyczących nowego projektu o nazwie kodowej Husky oraz na wydatki korporacyjne i marketing.

Rynek jest atrakcyjny dla sektora gier z tych samych powodów, dla których jest atrakcyjny dla innych. Spółki idą głównie po kapitał – to się świetnie udało najnowszemu debiutantowi, spółce Lichthund, która w ofertach publicznych poprzedzających debiut pozyskała konkretne środki na rozwój kolejnych projektów – ale też po rozpoznawalność, większe zainteresowanie po stronie inwestorów, bez których pewnie wiele projektów nie mogłoby się udać – wskazuje dyrektorka Działu Emitentów GPW. – Liczymy na kolejne debiuty, nie tylko w tym segmencie. Mam również nadzieję na dobre propozycje dla inwestorów w segmencie gier jeszcze w tym roku.

Spółki z segmentu gier, zaliczające się do grupy spółek wzrostowych, zazwyczaj zaczynają pozyskiwanie finansowania od rynku NewConnect, by na kolejnych etapach rozwoju przenosić się na Główny Rynek warszawskiego parkietu. Przykładowo tegoroczne debiuty na Głównym Rynku GPW otworzyło krakowskie studio Bloober Team, które przeniosło się z rynku alternatywnego. W drugiej połowie marca tę samą drogę pokonał Render Cube.

Choć spółki z segmentu gier przeważają liczbowo na rynku alternatywnym, kapitalizacją dominują spółki z Głównego Rynku, przede wszystkim dzięki największemu graczowi: CD Projektowi, jedynemu w tym gronie reprezentantowi branży w WIG20. Na 24 lipca br. producent ten odpowiadał za ponad 73 proc. kapitalizacji całego indeksu WIG-gry, a łącznie pakiet akcji producenta „Wiedźmina” i „Cyberpunka 2077” wart był prawie 11 mld zł. Drugi w kolejności 11 bit studios odpowiadał za 9,3 proc. indeksu, a trzeci Huuuge – za 4,3 proc. Od początku roku subindeks ten wzrósł o ponad 21 proc., podczas gdy indeks szerokiego rynku WIG poszedł w górę o 7,7 proc.

– Siła branży gier na rynku polskim jest nie tylko w producentach, którzy, jak widać, mają kompetencje, umiejętności i wyobraźnię, żeby nowe gry tworzyć i żeby one zdobywały rynki. Mamy też potencjał wśród graczy – ocenia Agnieszka Gontarek. – Badania wskazują, że ponad 90 proc. przedstawicieli dwóch najmłodszych pokoleń osób jest potencjalnymi lub faktycznymi graczami. Zainteresowanie wśród Polaków tą formą rozrywki i spędzania czasu jest bardzo duże, co optymistycznie pozwala patrzeć na przyszłość najlepszych studiów tworzących gry.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-gier-silnie,p1603491840