Pandemia zwiększyła zaufanie społeczeństw do technologii. Zdaniem 88 proc. powinny być wykorzystywane do zwiększania bezpieczeństwa publicznego

Pandemia COVID-19 przyspieszyła wdrażanie technologii na rzecz bezpieczeństwa publicznego. Z globalnego badania Motorola Solutions, przeprowadzonego w 10 krajach, wynika, że ten trend ma poparcie obywateli. 88 proc. respondentów chce zmian w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego, wynikających ze stosowania zaawansowanych technologii. Zdaniem 70 proc. służby ratunkowe powinny być w stanie przewidzieć zagrożenie, a zaawansowane technologie mogą im w tym pomóc. Warunkiem jest jednak wykorzystywanie ich w sposób przejrzysty i sprawiedliwy.

Akademicki zespół badawczy, kierowany przez dr. Chrisa Brauera z Goldsmiths, University of London we współpracy z Motorola Solutions, przeprowadził globalne badanie, które pokazuje, jak zmieniają się oczekiwania społeczeństwa dotyczące bezpieczeństwa publicznego, zwłaszcza w kontekście pandemii COVID-19. W tym celu przeprowadzono m.in. wywiady z 50 agencjami bezpieczeństwa publicznego, organizacjami komercyjnymi i ekspertami branżowymi w 10 rynków (Australia, Niemcy, Włochy, Malezja, kraje nordyckie, Singapur, Hiszpania, Tajwan, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone).

Przeprowadziliśmy też szeroko zakrojone badanie z udziałem 12 tys. respondentów z tych 10 rynków. Zajmowaliśmy się najnowszymi doniesieniami na temat bezpieczeństwa, sprawdzaliśmy, które jego aspekty ulegają zmianie – mówi dr Jennifer Barth, dyrektorka w Smoothmedia Research Consultancy, jedna z autorek raportu „Konsensus na rzecz zmiany”. – Głównym celem tego projektu było zebranie opinii z trzech źródeł – środowiska biznesu, opinii publicznej i podmiotów oferujących usługi publiczne. Świetnie, że mieliśmy do dyspozycji tak szeroki zakres informacji od przedstawicieli różnych kultur i krajów, którzy reprezentują różne doświadczenia.

Jak wynika z badań podsumowanych w raporcie, pandemia COVID-19 uświadomiła społeczeństwu, że technologia może odegrać znacznie większą niż dotąd rolę w zapewnieniu bezpieczeństwa. Zwiększyła też zrozumienie faktu, że organizacje bezpieczeństwa publicznego i przedsiębiorstwa potrzebują jej, aby reagować na nowe zagrożenia.

– Pandemia przedefiniowała oczekiwania dotyczące bezpieczeństwa. Ludzie chcą rozwijać to pojęcie, oczekują poczucia wspólnej odpowiedzialności – mówi dr Jennifer Barth. – Co bardzo ważne, przechodzimy od reagowania do zapobiegania. Technologia to jeden ze sposobów, w jaki można to osiągnąć. Obserwujemy przeniesienie nacisku z rezultatów, czyli rozwiązywania problemów, w kierunku nadawania szerszego kontekstu bezpieczeństwu, które wykracza poza granice państw, jest sposobem funkcjonowania, a nie tylko reakcją. Nasze badanie społeczne to pokazuje.

Wynika z niego m.in., że 88 proc. obywateli na całym świecie chce zmian w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego, wynikających właśnie ze stosowania zaawansowanych technologii. 71 proc. twierdzi, że zaawansowane technologie – takie jak kamery wideo, analiza danych, bezpieczeństwo cybernetyczne i chmura – są potrzebne, żeby sprostać współczesnym wyzwaniom. Z kolei zdaniem 70 proc. służby ratunkowe powinny być w stanie przewidzieć zagrożenie, a zaawansowane technologie mogą im w tym pomagać.

Co bardzo ważne, 75 proc. respondentów stwierdziło, że są gotowi zaufać organizacjom, które korzystają z technologii w celu zapewnienia bezpieczeństwa, pod warunkiem że będzie dla nich jasne to, jak te technologie i informacje są wykorzystywane – mówi ekspertka Smoothmedia Research Consultancy. – Dlatego widzimy potrzebę wzmożonej komunikacji ze strony podmiotów zapewniających bezpieczeństwo. Muszą one informować ludzi o swoich działaniach i sposobie ich realizacji.

Eksperci podkreślają, że konieczne jest zwiększenie społecznej świadomości na temat nowych technologii takich jak sztuczna inteligencja.

– Dla respondentów ważne było przekonanie, że służby ratunkowe muszą być zintegrowane i dysponować najnowocześniejszą technologią, aby móc odpowiednio reagować. Ludzie chcieli wiedzieć, jaki rodzaj technologii jest wykorzystywany i jak to działa. Część z nich ma problem ze zrozumieniem, co właściwie oznacza wykorzystanie np. technologii wideo. Kiedy jednak dociera do nich, jaki to ma związek z bezpieczeństwem, potrafią w większym stopniu przyjąć, że jest to ważne narzędzie – mówi dr Jennifer Barth. – Jest w tym pewna równowaga – to, że służby ratunkowe mogą nosić kamery rejestrujące, pozwala na większą przejrzystość po obu stronach, nie tylko po stronie ratowników.

Badanie Motorola Solutions w części dotyczącej firm, organizacji i agencji bezpieczeństwa publicznego wskazało z kolei, że pandemia przyspieszyła rozwój technologii. Wpłynęła również na ich przyspieszone wdrażanie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszyla,p1141891367

Wentylacja w większości budynków może nie chronić przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Naukowcy apelują o zmiany w filozofii projektowania budynków

Poziom dwutlenku węgla w powietrzu może być wskaźnikiem ryzyka zakażenia koronawirusem. Zmniejszenie liczby osób w budynku o połowę pozwala aż czterokrotnie zredukować ilość gazu, który znajduje się w wydychanym powietrzu. Jednak aby efektywnie wykorzystywać przestrzeń, nie zmniejszając liczby osób wewnątrz i nie narażając ludzi na kontakt z patogenem, budynki należy wyposażać w wydajne systemy wentylacji. Potrzebna jest zmiana filozofii budowania i być może zmiany w prawie budowlanym – sugerują naukowcy.

– Aktualnie budynki nie są w stanie ani zabezpieczyć przeciwko wirusowi, który jest w środku, ani przed innymi zanieczyszczeniami ze źródeł wewnętrznych, ani przeciwko zanieczyszczeniom z zewnątrz. W dodatku musimy projektować budynki tak, żeby zużywały one również jak najmniej energii – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. Lidia Morawska, doradczyni Światowej Organizacji Zdrowia ds. jakości powietrza, dyrektorka Międzynarodowego Laboratorium Jakości Powietrza i Zdrowia w Queensland University of Technology (QUT) w Brisbane.

Badania prowadzone przez Polkę przyczyniły się do zmiany stanowiska WHO w sprawie nośników koronawirusa. Początkowo uważano, że transport patogenu odbywa się przez bliski kontakt, a wirus nie pozostaje w powietrzu w danym pomieszczeniu. W efekcie WHO wydało nowe zalecenia w kwestii zapobiegania transmisji SARS-CoV-2. Zdaniem badaczki potrzebne są jednak zmiany w prawie budowlanym, dzięki którym wentylacja w budynkach stanie się efektywniejsza, a powietrze zawierające patogeny będzie wyprowadzane na zewnątrz.

– W taką rozmowę muszą być zaangażowani inżynierowie, projektanci, architekci czy budowniczy. System budynków jest niezmiernie skomplikowany i musi być tak zaprojektowany, żeby mógł przyjąć odpowiednie systemy wentylacyjne. Architekci muszą mieć wskazania, co mają wziąć pod uwagę. Następnie muszą być inżynierowie, którzy projektują systemy wentylacyjne. Wiele budynków ma wentylację naturalną, co polega na otworzeniu okna, żeby doprowadzić powietrze z zewnątrz. Problem pojawia się, kiedy na zewnątrz jest zimno albo bardzo gorąco. Zamykamy wtedy okno, żeby utrzymać odpowiednią temperaturę w środku i wentylacji nie ma w ogóle. Z drugiej strony są dłuższe okresy, kiedy na zewnątrz temperatura jest odpowiednia i po prostu możemy otworzyć okno i nie musimy korzystać z wentylacji mechanicznej, która wymaga energii – mówi prof. Lidia Morawska.

Badania przeprowadzone przez nią udowodniły zależność między ryzykiem zakażenia COVID-19 a zawartością dwutlenku węgla w powietrzu. Gaz, uwalniany podczas oddychania, staje się nośnikiem patogenu. Wysoka zawartość CO2 przekłada się więc na zwiększoną ekspozycję na kontakt z wirusem. Z kolei oczyszczanie powietrza z wykorzystaniem wentylatorów z filtrami HEPA (z ang. High Efficiency Particulate Air Filter) pozwala wymienić 99 proc. aerozolu w powietrzu w zaledwie 5,5 minuty. Potwierdzili to naukowcy podczas badań w szpitalu w Melbourne. Z kolei naukowcy z Imperial College London, Uniwersytetu Cambridge i Uniwersytetu Leeds stworzyli model oceny powietrza wewnątrz budynku pod kątem zawartości CO2. Grupa badawcza wyliczyła, że zmniejszenie o połowę liczby osób przebywających w danym budynku pozwala czterokrotnie zmniejszyć ryzyko transmisji z powietrza.

– W ciągu ostatnich tygodni i miesięcy jest ogromnie dużo rozmów na temat wentylacji, zwłaszcza kiedy przychodzą nowe fale pandemii. Mówi się, żeby coś w tej kwestii zrobić na bieżąco. I oczywiście można coś zrobić ad hoc i tak musi być, bo musimy zmniejszyć ryzyko zachorowań. Ale to nie są rozwiązania na dłuższą metę, długoterminowe. Rozmowy na temat rozwiązań długoterminowych tak naprawdę się jeszcze nie zaczęły – twierdzi ekspertka WHO.

Na wiele lat przed wybuchem pandemii naukowcy z Harvardu przeprowadzili badania, których wyniki dowiodły, że ryzyko zachorowania na choroby zakaźne, przenoszone drogą kropelkową zwiększa się w słabo wentylowanych pomieszczeniach o 53 proc. W sierpniu ubiegłego roku amerykańska agencja rządowa Centers for Disease Control and Prevention opisywała przypadek rozwoju ogniska epidemii koronawirusa w południowokoreańskim biurze call center, zlokalizowanym na jednym z pięter biurowca. Okazało się, że na 97 stwierdzonych zakażeń 94 osoby pracowały w biurze call center.

– „Grupa 36”, którą zorganizowałam pod koniec marca tamtego roku, żeby w pierwszej kolejności zacząć rozmawiać ze Światową Organizacją Zdrowia na temat ich stwierdzeń dotyczących wirusa, opublikowała już kilka dokumentów, które przede wszystkim wpłynęły na zmianę stanowiska WHO, które następnie przekazało kierunek, co należy zrobić w budynkach, żeby zmniejszyć możliwość transmisji. Ostatnia, majowa publikacja proponuje zmiany paradygmatu, jak budujemy nasze budynki. Mamy w planie cały szereg jeszcze innych publikacji zmierzających do tego, żeby proces został doprowadzony do końca – zapowiada prof. Lidia Morawska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wentylacja-w-wiekszosci,p1427410317

Branża spirytusowa liczy na dialog z rządem ws. podwyżek akcyzy. Jest gotowa na kompromis

Zgodnie z propozycjami rządu w ciągu kolejnych sześciu lat akcyza na mocne alkohole wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. To oznacza, że półlitrowa butelka wódki będzie kosztować 50 zł – wskazuje Związek Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. Tak wysoki wzrost może mocno uderzyć w kondycję branży, która w ostatnich miesiącach boryka się z rosnącymi kosztami produkcji i surowców. Ucierpią głównie polskie firmy, które mają duży udział w rynku mocnych alkoholi, zwłaszcza po realizowanym właśnie przejęciu jednego z liderów w branży przez polską spółkę Maspex. Związek liczy, że rząd wycofa się z propozycji kroczących podwyżek, i deklaruje, że branża jest gotowa na dialog.

Pod koniec października Sejm przyjął nowelizację ustawy akcyzowej, która określa podwyżki tego podatku na alkohole i papierosy na 2022 rok oraz mapę akcyzową, czyli harmonogram podwyżek na kolejne lata (2023–2027). Przepisy trafią teraz pod obrady Senatu, który najbliższe posiedzenie rozpocznie 24 listopada.

 Projekt nowelizacji ustawy akcyzowej zakłada 10-proc. podwyżkę w 2022 roku oraz kroczące, 5-proc. podwyżki akcyzy w kolejnych latach. Dokładając do tego fakt, że w zeszłym roku mieliśmy już podwyżkę akcyzy na wyroby spirytusowe o 10 proc. oraz dodatkowy podatek od małych formatów, to w sumie ten skumulowany wzrost sięgnie kilkudziesięciu procent – mówi agencji Newseria Biznes Witold Włodarczyk, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Związek wyliczył, że na przestrzeni rozpisanych w projekcie sześciu lat podwyżek akcyza na alkohol wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. Do tego dochodzi wzrost kosztów produkcji – na który składają się m.in. ceny wody, energii elektrycznej, paliw, opakowań, koszty pracy i surowców, a także wzrost cen usług, transportu i magazynowania. Branża podkreśla, że podwyżki są dla niej coraz mocniej odczuwalne, a przez wzrost akcyzy będą one również odczuwalne dla konsumentów.

 Te zmiany spowodują, że będziemy mieć zdecydowaną podwyżkę cen alkoholu, w tym wyrobów spirytusowych – mówi Witold Włodarczyk.

– Biorąc pod uwagę lawinowo rosnące koszty dla producentów – w tym koszty materiałów, zbóż, spirytusu, butelek i tu można by wymieniać jeszcze bardzo długo – pod koniec tej mapy drogowej półlitrowa butelka wódki będzie kosztować nawet 50 zł. Z punktu widzenia konkurencyjności jest to fatalna informacja dla branży – mówi Krzysztof Kouyoumdjian, dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International, który właśnie przechodzi w ręce polskiego Maspeksu.

Branża alarmuje, że osłabi jej kondycję, a to może oznaczać zachwianie zdolności inwestycyjnej i ograniczenie rozwoju nowych miejsc pracy. Zgodnie z szacunkami przemysł spirytusowy przeznacza na kupno surowców wykorzystywanych do produkcji wąsko rozumianych wyrobów spirytusowych kwotę około 1,3 mld zł rocznie. Ten wynik przez planowane podwyżki także jest zagrożony.

– Trzeba przy tym pamiętać, że rozmawiamy o branży, która jako jedna z niewielu przynosi Polsce produkt globalny, bo wyroby spirytusowe z Polski są znane na całym świecie, jesteśmy największym producentem wódki w Unii Europejskiej. To jest niepotrzebne podcinanie nóg branży, która może stać się lokomotywą eksportu – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

W dodatku jest to branża zdominowana przez polskie podmioty. Wpływa na to również właśnie realizowana transakcja na rynku – polski koncern spożywczy Maspex, właściciel takich marek jak Lubella czy Tymbark, przejmuje od Roust Corporation spółkę CEDC odpowiedzialną za polskie marki Żubrówka, Soplica czy Absolwent. Tym samym Maspex stanie się liderem polskiego rynku wódki.

– Z punktu widzenia wagi i znaczenia spodziewanej transakcji na pewno należy podkreślić, że firma Maspex jest polskim inwestorem branżowym, który bardzo dobrze zna rodzimy rynek spożywczy i od wielu lat z sukcesami na nim działa – mówi dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. – Ogromna większość marek mocnych alkoholi, które sprzedają się najlepiej, to są polskie marki. Trzy najlepiej sprzedające się marki czystych wódek w Polsce to są właśnie polskie marki, mające od lat ugruntowaną tradycję. Do tego dochodzi bardzo duży segment małych producentów, którzy mogliby rozwijać swoje wyroby na skalę lokalną, niekoniecznie będąc obecni w każdym sklepie, ale również czerpiąc z tego zyski. Natomiast w tak trudnym i zmiennym otoczeniu jest to niemożliwe – dodaje Kouyoumdjian.

Najmocniej ucierpieć mogą zwłaszcza producenci rzemieślniczych alkoholi – wódek regionalnych, nalewek i miodów pitnych. 

– Planowana podwyżka akcyzy to kolejny, drastyczny wzrost cen naszych produktów opartych o jakość i drogie surowce. Wciąż dostajemy nowe, wyższe ceny komponentów, wyższe ceny szkła, etc. Wszystkie te czynniki, które nakładają się na siebie, nie pozwalają nam patrzeć optymistycznie w przyszły rok. Wiadomo już, że koszty produkcji będą o wiele wyższe, więc 130-letnia tradycja naszego przedsiębiorstwa będzie zmagać się z wyjątkowo trudnym zadaniem – dodaje Grzegorz Grabowski, dyrektor zarządzający przedsiębiorstwem Toruńskie Wódki Gatunkowe.

Przedstawiciele branży podkreślają, że w przypadku wyrobów spirytusowych tak duża podwyżka akcyzy oznacza też ryzyko rozwoju czarnego rynku.

– Grupy przestępcze, które zawsze w takich sytuacjach się uaktywniają, będą zainteresowane produkcją „lewej” wódki. Rozwój czarnego rynku, który w Polsce przez wiele lat udawało się z sukcesem ograniczać, może niestety powrócić i to jest realne ryzyko. Pokusa łatwego zarobku będzie bardzo duża – mówi Krzysztof Kouyoumdjian.

– Przy cenie wódki, która może w niedługim czasie dojść do 50 zł za butelkę, duża część konsumentów przeniesie się na czarny rynek. To z kolei oznacza nie tylko brak założonych wpływów budżetowych z akcyzy, ale i duża zagrożenie dla zdrowia Polaków – dodaje Witold Włodarczyk.

Jak podkreśla, ZP PPS nie neguje potrzeby zwiększania akcyzy, ale apeluje o ujednolicenie podstaw opodatkowania wszystkich wyrobów alkoholowych i tym samym usunięcie dysproporcji na rynku. Dziś powoduje ona, że alkohole mocne zapewniają 69 proc. wpływów z akcyzy wynikającej z opodatkowania wyrobów alkoholowych, natomiast piwo – 28 proc., podczas gdy pod względem konsumpcji proporcje są odwrotne. Argument o większej szkodliwości alkoholi mocnych branża kontruje informacją o tym, że to po piwo najczęściej sięga młodzież. Prawie połowa Polaków zaczyna inicjację alkoholową od piwa.

 Jesteśmy w dialogu z decydentami i liczymy na to, że skala tej podwyżki w przyszłym roku będzie jednak mniejsza niż obecnie planowane 10 proc., a przede wszystkim – że rząd wycofa się z tych kroczących podwyżek w kolejnych latach. Po pierwsze, nie wiemy, jaka będzie inflacja i jak szeroko rozwinie się czarny rynek. Te dwa niekontrolowane elementy trzeba brać pod uwagę, planując w tak długim okresie – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

 Czujemy niepokój związany z niepewnym otoczeniem regulacyjnym, w którym żyjemy. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że polityka fiskalna państwa przez lata nie była wyraźnie komunikowana. Żyliśmy od jednej niezapowiedzianej podwyżki akcyzy do drugiej, zmieniały się stawki tych podwyżek. Czasem nowe regulacje ukazywały się nawet kilka dni przed datą, kiedy miały one zacząć obowiązywać. Bardzo trudno jest prowadzić biznes w takim otoczeniu – dodaje dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-spirytusowa-liczy,p881634074

25 proc. firm zwiększyło inwestycje w obszarze technologii w dobie pandemii. Najczęściej finansują je leasingiem

Co czwarta firma w czasach pandemii zwiększyła zainteresowanie inwestycjami w obszarze nowych technologii – wynika z badania Santander Leasing. Dotyczy to nie tylko dużych korporacji, ale również małych i średnich przedsiębiorstw. Zwłaszcza pierwsza fala pandemii była pod tym względem intensywna – globalne firmy wydawały na technologie o ok. 15 mld dol. więcej tygodniowo niż przed wybuchem pandemii – wskazuje badanie „CIO Survey 2020” KPMG i Harvey Nash. Wiele z tych zakupów finansowane było – i wciąż jest – przez leasing.

Z trzeciej edycji badania „Leasing Index” firmy Santander Leasing, przeprowadzonej w 2021 roku, wynika, że największy odsetek respondentów postawił na zakup urządzeń mobilnych do prowadzenia firmy.

 Aż 90 proc. udzieliło odpowiedzi pozytywnej, to oznacza, że albo korzysta dzisiaj z tego typu rozwiązań, albo planuje korzystanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Poręcki, dyrektor zarządzający rynkiem małych i średnich przedsiębiorstw w Santander Leasing. – Na drugim miejscu uplasowały się rozwiązania dotyczące przechowywania danych w chmurze – tutaj mamy 35 proc. pozytywnych odpowiedzi. Na trzecim miejscu są rozwiązania CRM – 33 proc. naszych respondentów jest zainteresowanych rozwojem w tym zakresie. Na kolejnym miejscu znalazły się rozwiązania dotyczące automatyzacji procesów biznesowych w firmie.

Automatyzacja procesów w firmie jest już wykorzystywana w co szóstym przedsiębiorstwie, a co 10. ma ją w najbliższych planach. Z programów ERP do zarządzania firmą korzysta 10 proc. podmiotów i niemal drugie tyle ją wdroży lada moment, natomiast sztuczną inteligencją posługuje się 8 proc. i tyle samo ma jej wprowadzenie w nieodległych planach.

Wykorzystanie nowoczesnych narzędzi ICT oraz plany w ich wdrażaniu różnią się w zależności od wielkości firmy i branży, w jakiej działa  (produkcja, usługi, handel, budownictwo). O ile w obszarze urządzeń mobilnych odsetek wskazań jest podobny zarówno wśród najmniejszych, jak i większych firm, o tyle w chmurze już widać większe różnice. Dziś z cloud computingu korzysta 22 proc mikrofirm (jednoosobowych), 20 proc. zatrudniających od dwóch do dziewięciu osób oraz 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających do 49 osób. Plany rozwoju tej technologii ma odpowiednio 9, 14 i 17 proc. badanych podmiotów.

Istotne dysproporcje występują w przypadku systemów do automatyzacji procesów w firmie. Jak wynika z naszego badania, firmy zatrudniające co najmniej 10 pracowników i branża produkcyjna zdecydowanie najczęściej korzystają z oprogramowania do automatyzacji procesów – mówi dyrektor w Santander Leasing. – Aż 16 proc. mikrofirm oraz 10 proc. przedsiębiorstw do 49 osób planuje inwestycje w tym zakresie. Szczególnie ambitne plany deklaruje produkcja (20 proc.), w 9 proc. – usługi, w 7 proc. – branża budowlana oraz w 5 proc. – firmy handlowe.

Systemy CRM stosuje 14 proc. samozatrudnionych oraz 21 proc. zatrudniających od 9 do 49 osób. Od 9 do 10 proc. przedsiębiorców chce zainwestować w ten obszar jeszcze w bieżącym roku.

Z perspektywy naszej firmy głównym narzędziem do finansowania inwestycji w nowe technologie jest przede wszystkim leasing. Dane po III kwartale tego roku wskazują, że dynamika nakładów na nowe technologie wyniosła aż 68 proc. W porównaniu z rokiem 2019 i 2020, w którym dynamika wynosiła jedynie 5 proc., pokazuje to lawinowy wzrost zainteresowania inwestycjami w tym właśnie zakresie – wskazuje Jakub Poręcki. – Pandemia spowodowała, że trzecią główną gałęzią rozwoju firm – oprócz tradycyjnego inwestowania w parki maszyn i samochody osobowe – są właśnie nowe technologie pozwalające na zdalne zarządzanie firmą. Jesteśmy głęboko przekonani, że ta tendencja będzie się utrzymywała również w najbliższych latach.

Trzecia edycja badania „Leasing Index” wskazała, że wśród małych firm (mikro-, zatrudniających od 2 do 9 osób lub do 49 osób) korzystanie z leasingu deklaruje 49 proc. badanych. To odsetek wyższy o 6 pkt proc. względem 2019 roku i o 14 pkt proc. wyższy niż w 2016 roku. W przyszłości finansowanie leasingiem rozważa kolejne 18 proc. firm. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/25-proc-firm-zwiekszylo,p1691270903

Gen. W. Nowak: Wskazanie dostawcy wysokiego ryzyka nie zapewni bezpieczeństwa technologii. Ustawa o cyberbezpieczeństwie wymaga dalszych prac [DEPESZA]

– Każdy system, nieważne z jakich urządzeń się składa, można odpowiednio zabezpieczyć – ocenia gen. Włodzimierz Nowak, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, nawiązując do proponowanej przez rząd oceny ryzyka dostawców sprzętu i technologii. Jego zdaniem skupianie się jedynie na dostawcy to tylko dotykanie wierzchołka góry lodowej, bo czynników ryzyka jest znacznie więcej. Zapisy ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wskazują, że jeśli firma technologiczna zostanie uznana za dostawcę wysokiego ryzyka, będzie de facto wykluczona z polskiego rynku, a operatorzy telekomunikacyjni będą musieli zrezygnować z jej urządzeń i usług. Kryteria oceny w dużej mierze są oparte na kwestiach przynależności państwowej, co według części ekspertów jest wymierzone w koncerny chińskie.

– Wykluczanie dostawców technologii z Azji może skutkować tym, że cały świat stanie. Niestety dawno temu światowy biznes popełnił błąd, umieszczając w zasadzie wszystkie kluczowe produkcje dotyczące układów wysokiej integracji, układów scalonych i wielu innych elementów właśnie w Azji. W tej chwili do Ameryki i Europy chyba już dotarło to, że – mimo dużo wyższych kosztów produkcji na amerykańskim czy europejskim rynku – to jednak trzeba też mieć ją u siebie, bo inaczej jesteśmy zdani na dostawy z Azji – mówi agencji Newseria Biznes gen. Włodzimierz Nowak, były członek zarządu T-Mobile, były wiceszef NATO CIS Services Agency i były pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Dyskusja o wykluczeniu z polskiego rynku dostawców technologii z Azji odbywa się w kontekście ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad której nowelizacją trwają prace. Miesiąc temu odpowiedzialny za cyfryzację KPRM przedstawił kolejną, trzecią już wersję tej noweli. Wątpliwości rynku i ekspertów budzi uwzględniony w niej mechanizm oceniania dostawców usług i sprzętu ICT. Zgodnie z projektem takiej oceny ma dokonywać rządowe kolegium ds. cyberbezpieczeństwa, które weźmie pod uwagę powiązania danego dostawcy z państwem spoza UE i NATO. W pierwotnej wersji projektu – opublikowanej we wrześniu ub.r. przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji – jednym z kryteriów było również to, czy w kraju pochodzenia dostawcy są przestrzegane prawa człowieka, jednak rząd wycofał się z tego pomysłu po konsultacjach.

Mimo to wielu ekspertów jest zgodnych, że narodowościowe kryteria ujęte w noweli wciąż są wymierzone głównie w dostawców technologii z Chin. Tego obawia się także Huawei, jeden z czołowych dostawców infrastruktury dla 5G. Uznanie koncernu za tzw. dostawcę wysokiego ryzyka i wykluczenie z polskiego rynku oznaczałoby więc nie tylko kolejne opóźnienia we wdrażaniu tej technologii w Polsce, ale także wielomiliardowe straty dla operatorów telekomunikacyjnych, którzy – zgodnie z projektem ustawy – w ciągu pięciu–siedmiu lat byliby zmuszeni wycofać sprzęt tego dostawcy ze swoich sieci. Dlatego też rynek niemal od początku prac nad ustawą apeluje o wprowadzenie nie politycznych, ale merytorycznych kryteriów oceny dostawców usług i sprzętu ICT, opartych np. na parametrach technicznych i certyfikacji.

– Jeżeli mamy urządzenia, które są certyfikowane, przetestowane, potrafimy zapewnić ich odpowiednią eksploatację i stosujemy wszystkie zasady bezpieczeństwa, to w zasadzie każde urządzenie może być urządzeniem zaufanym. Poza tym sieci telekomunikacyjnych nie buduje się z jednego rodzaju urządzeń. To jest konglomerat różnych urządzeń powiązanych ze sobą, dostarczanych przez różnych producentów. To, że system telekomunikacyjny można wyłączyć za pomocą jednego guzika, jest mitem, tego nie da się zrobić – mówi były pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Dyskusja dotycząca chińskich dostawców technologii dla 5G trwa w tej chwili również w innych krajach UE. Jednak wielu ekspertów zwraca uwagę na fakt, że wykluczenie ich z polskiego czy europejskiego rynku będzie tylko pozorne, ponieważ nawet firmy takie jak szwedzki Ericsson czy Nokia też korzystają z niektórych elementów pochodzących od chińskich poddostawców. Ponadto istnieją adekwatne procedury i rozwiązania, które pozwalają zapewnić bezpieczeństwo cybernetyczne i ochronę wrażliwych danych. Te procedury można również zastosować w odniesieniu do chińskich firm.

Zdaniem gen. Włodzimierza Nowaka skupianie się tylko na ryzyku dostawców technologii jest jak dotykanie wierzchołka góry lodowej.  

 Aby zapewnić odpowiedni poziom bezpieczeństwa, należałoby tam dodać jeszcze wszystkich outsourcerów, czyli zewnętrzne firmy, które użyczają outsourcingu różnym podmiotom, a także zastanowić się nad zapisem dotyczącym dzierżawy elementów stałych infrastruktury i uwzględnić wszelkiego rodzaju poddostawców, których na pierwszy rzut oka nie widać, ale działają gdzieś w tle. Samo skupienie się na tzw. dostawcy wysokiego ryzyka to o wiele za mało – mówi ekspert.

W jego ocenie certyfikacja i testy urządzeń to podstawa systemu cyberbezpieczeństwa, ale poza tym potrzebny jest też cały szereg innych procedur, aby je zapewnić.

Niezbędna jest certyfikacja i testy urządzeń, ale i ludzie dobrze przygotowani do ich obsługi, określone procedury mówiące o tym, w jaki sposób dokonywać instalacji, uruchomienia i aktualizacji oprogramowania tych urządzeń, jak również odpowiednia architektura sieci, która pozwalałaby skanalizować pewne procesy zmuszające nas do korzystania z oprogramowania zewnętrznego przez specjalny gateway, który by weryfikował to oprogramowanie. To wszystko jest do zrobienia – wylicza gen. Włodzimierz Nowak.

Jego zdaniem w ustawie nie powinien się też znajdować rozdział mówiący o powołaniu Operatora Strategicznej Sieci Bezpieczeństwa, ze względu na wagę sprawy powinna to określać odrębna ustawa. Co więcej, w jego opinii nowela ustawy o KSC w obecnym kształcie nie zagwarantuje Polsce odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa cybernetycznego i wymaga dalszych prac oraz uwzględnienia zastrzeżeń z rynku, które wpłynęły w toku dotychczasowych konsultacji.

– Tam jest wiele rzeczy naprawdę dobrych, ale rekomendowałbym jednak ponowne spojrzenie do tych 750 uwag ekspertów, które zostały wcześniej zgłoszone i prawie żadne nie zostały uwzględnione. W tych eksperckich głosach jest wiele naprawdę cennych uwag – mówi były pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gen-w-nowak-wskazanie,p1399737998

Polsce grozi kolejny kryzys, tym razem na granicy z Ukrainą. Od listopada obsługa wniosków wizowych może zostać wstrzymana

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polsce-grozi-kolejny,p1015209100

Pracodawcy RP krytycznie wypowiadają się o projekcie ustawy o cyberbezpieczeństwie. Ostrzegają przed pogorszeniem relacji z Chinami i UE [DEPESZA]

Zaledwie tydzień przewidzieli projektodawcy na konsultacje społeczne ustawy o cyberbezpieczeństwie. Po protestach branży zdecydowali się na przedłużenie terminu, ale tylko o kolejne siedem dni. Zdaniem Pracodawców RP to termin zbyt krótki, zważywszy na wagę zagadnienia. – Ustawa wpłynie nie tylko na rynek telekomunikacyjny, lecz także na całą gospodarkę cyfrową w Polsce – podkreśla prezydent tej organizacji. Niektóre zapisy mogą wręcz uderzyć rykoszetem w firmy z innych branż. Zdaniem Andrzeja Malinowskiego chodzi o możliwość ograniczenia działalności Huaweia w Polsce, co może popsuć relacje gospodarcze z Chinami i zakłócić dostawy komponentów dla przemysłu.

Tylko do 2 listopada przedłużono termin konsultacji ustawy o cyberbezpieczeństwie, której nową wersję Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało 13 października. I to mimo apelu przedsiębiorców o wydłużenie go do standardowych 30 dni. W opinii prezydenta Pracodawców RP jest to przejaw nonszalancji rządzących.

– Jeśli państwo polskie wprowadza ustawowe przepisy godzące w interes określonych dostawców, jednocześnie nie chce się wsłuchać w głos rynku, to przekaz jest bardzo prosty: projektodawca z nikim, z niczym się nie liczy. Przepisy tam zawarte są istotne nie tylko z punktu widzenia telekomunikacji, ale także dla całej polskiej gospodarki cyfrowej. Mam wrażenie, że opracowane zostały na kolanie. Nie są to standardy, których można oczekiwać po Polsce, kraju w końcu europejskim, który ma już znaczące miejsce w gospodarce globalnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

W przekonaniu organizacji przedsiębiorców ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) jest wyraźnie wymierzona w chińską firmę Huawei. Zapisy ustawy zostały tak skonstruowane, że dostawca sprzętu do budowy sieci 5G może być uznany za dostawcę wysokiego ryzyka na podstawie uznaniowej decyzji władz. A to rodzi obawy o powtórkę z „lex TVN” i wprowadza czynnik niepewności wśród inwestorów zagranicznych o bezpieczeństwo ich inwestycji w Polsce.

Tymczasem Chiny są dla Polski drugim po Niemczech partnerem handlowym z ponad 14-proc. udziałem w imporcie. Z drugiej strony globalny rynek i tak ma problemy z poprzerywanymi łańcuchami dostaw. Cierpi m.in. rynek motoryzacyjny z powodu braku mikroprocesorów, których większość produkowana jest w Azji, głównie w Chinach. Wstrzymanie dostaw może uderzyć rykoszetem w polskie firmy.

– Uchwalenie przepisów, które w jasny sposób uderzają w chińskich dostawców, z pewnością może zachwiać współpracą gospodarczą, to jest dla mnie nawet pewnik, znając trochę Chińczyków. To będzie bolesne przede wszystkim dla polskich przedsiębiorców, którzy oferują swoje produkty na ogromnym rynku chińskim – przekonuje Andrzej Malinowski. – Dla Chin jesteśmy jako partner handlowy tylko jedną z wielu opcji, inni mogą tę sytuację wykorzystywać. Zdaję sobie sprawę, że na nasze obecne relacje z Chinami mocno rzutuje polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu, ale Polska powinna lawirować między korzyściami ekonomicznymi płynącymi ze współpracy z błyskawicznie rozwijającym się rynkiem chińskim a presją o charakterze dyplomatycznym płynącą z Waszyngtonu.

Rząd argumentuje, że przepisy mają dostosować polską legislację do wymogów unijnych, w szczególności do przyjętego w styczniu 2020 roku unijnego zestawu narzędzi na potrzeby cyberbezpieczeństwa sieci 5G (Toolbox). Jednak zdaniem przedsiębiorców efekt wprowadzenia proponowanych przepisów może być wręcz przeciwny. Zwrócił na to uwagę sam koncern Huawei w swoich uwagach do projektu. Podkreśla on, że w stanowisku Rady Europejskiej, przedstawionym na posiedzeniu w październiku 2020 roku, wprawdzie apeluje ona do UE i państw członkowskich o wykorzystanie Toolboxa, wskazuje jednak, że ewentualne ograniczenia wobec dostawców wysokiego ryzyka dotyczyć powinny tylko kluczowych aktywów określonych jako krytyczne i wrażliwe w unijnych, skoordynowanych ocenach ryzyka. Dodatkowo potencjalni dostawcy 5G muszą być poddawani ocenie opartej na wspólnych, obiektywnych kryteriach, a UE musi pozostać otwarta dla wszystkich przedsiębiorców przestrzegających europejskich norm i przepisów.

– Kryteria proponowane do oceny dostawców nie mają nic wspólnego z dbałością o cyberbezpieczeństwo. Uznaniowość jest szczególnie widoczna, gdy weźmiemy pod uwagę, że w procesie oceny bezpieczeństwa sprzętu i oprogramowania ustawa uwzględnia udział wyłącznie osób związanych z władzami, a nie przewiduje udziału organizacji wywodzących się z sektora telekomunikacyjnego jako operatorów – argumentuje prezydent Pracodawców RP. – Branża już dawno wypracowała standardy weryfikacji jakości sprzętu. Są testy i certyfikaty. Uznaniowość przepisów godzi w zasady równego dostępu do rynku. Może to także stanowić kolejny element tej niepotrzebnej wojny z Unią Europejską, naruszać regulacje unijne i prawo międzynarodowe. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pracodawcy-rp-krytycznie,p814025454

Sektor piwny stawia na innowacje. Niezależny polski browar chce współpracować ze start-upami z branży [DEPESZA]

Jeden z największych graczy na rynku browarów – spółka Van Pur – chce mocniej rozwijać swoją innowacyjną działalność. Obok wewnętrznych prac nad innowacjami produktowymi i procesowymi w organizacji stawia na współpracę ze start-upami z branży i innych pokrewnych sektorów. Temu ma służyć nawiązana właśnie współpraca z Cambridge Innovation Center (CIC) oraz Fundacją Venture Café, które od ponad roku w warszawskim Varso budują ekosystem dla innowatorów i łączą ich pomysły z inwestorami.

Jak podkreślają przedstawiciele obu stron, celem partnerstwa jest zbudowanie globalnej platformy współpracy dla Van Pur ze start-upami oraz uruchomienie akceleratora i think tanku dla branży FMCG (produktów szybkozbywalnych, takich jak żywność, napoje, kosmetyki do higieny czy chemia gospodarcza) oraz HoReCa (hotele, gastronomia, katering).

– Innowacyjność leży w DNA firmy Van Pur, dlatego jako dynamicznie rozwijająca się polska firma chcemy wspierać młodych innowatorów w ich dążeniach do skutecznego rozwoju – podkreśla Jagoda Iwańczuk, prezes zarządu piwnej spółki. – Wierzymy, że nasi rodzimi przedsiębiorcy mają dużo do zaoferowania globalnemu ekosystemowi innowacji. Jednocześnie liczymy na wykorzystanie możliwości współpracy z Venture Café, która jest renomowaną organizacją w zakresie wspierania start-upów.

 Cieszymy się, że polska firma zdecydowała się na czerpanie pomysłów również z zewnątrz organizacji, czyli weszła tym samym w świat otwartych innowacji – mówi Aureliusz Górski, współzałożyciel Kampusu Innowacji CIC oraz dyrektor wykonawczy fundacji powołanej przez CIC Venture Café Warsaw. – Van Pur od lat wprowadza innowacje procesowe, a w niektórych przypadkach jest pionierem polskiego rynku, np. w pełnej dealkoholizacji piw. Dodatkowo produkuje samodzielnie puszki i etykiety, więc dla firm technologicznych to idealny partner do współpracy nad projektami innowacyjnymi.

CIC Warsaw zapewnia start-upom, scale-upom i innowacyjnym firmom miejsce do prowadzenia biznesu i jego rozwoju. Oprócz elastycznej przestrzeni coworkingowej i współdzielonej powierzchni biurowej posiada huby innowacji, które budują społeczności wokół określonych segmentów technologii oraz społeczność inwestorów złożoną z inwestorów venture capital. Od niespełna półtora roku w Warszawie działa Kampus Innowacji, który organizuje spotkania doświadczonych i początkujących innowatorów służące przekazywaniu wiedzy i nawiązywaniu kontaktów.

Pierwszą inicjatywą, do której przyłączył się producent piwa i napojów bezalkoholowych, są czwartkowe spotkania w Varso pod nazwą Thursday Gathering. Tego typu wydarzenia organizowane są przez CIC na całym świecie – organizacja ma bowiem siedzibę w dziewięciu miastach, w tym pięciu w Stanach Zjednoczonych, a także Rotterdamie i Sydney, a od ubiegłego roku także Tokio i Warszawie. Ich celem jest umożliwienie kontaktu osobom związanym z innowacyjnymi biznesami, wymiany doświadczeń i zainspirowania do wspólnych projektów.

Po poznaniu osób kierującymi firmą Van Pur – producentem – poczuliśmy, że możemy zrobić coś dobrego dla ekosystemu innowacji – mówi Ewa Geresz, dyrektor programowa w Fundacji Venture Café Warsaw. 

Każde wydarzenie w Warszawie przyciąga kilkaset osób – średnio połowa z nich to stali bywalcy, drugą połowę stanowią nowi goście. Rocznie daje to kilkanaście tysięcy osób. Z globalnych statystyk wynika, że ponad jedna czwarta uczestników to przedstawiciele start-upów (27 proc.), o połowę mniej jest reprezentantów korporacji, 7 proc. stanowią inwestorzy, 6 proc. – pracownicy sektora publicznego, a 4 proc. – naukowcy.

– Przypomina to interdyscyplinarne targi z kilkudziesięcioma aktywnościami w formie warsztatów, wykładów, debat. Część aktywności odbywa się również w języku angielskim dzięki współpracy z mieszkającymi tu ekspatami – podkreślają przedstawiciele fundacji.

– Bardzo spodobała nam się formuła spotkań Thursday Gathering, w której w swobodnej atmosferze można nawiązywać relacje i rozmawiać o ważnych tematach – podkreśla Jacek Borek, senior brand manager marki Łomża należącej do spółki Van Pur. – Dzięki temu każdy w swoim tempie może zwiększać swoje kompetencje w obszarze innowacji. W najbliższych miesiącach planujemy kolejne aktywności, które pozwolą na bliższą współpracę pomiędzy start-upami a Van Pur. 

Kampus otworzył się w czerwcu 2020 roku w Varso Tower, najwyższym wieżowcu Unii Europejskiej, zlokalizowanym w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie. Jest to przestrzeń o powierzchni 8500 mkw. Działają tam organizacje, których celem jest wspieranie i łączenie przedsiębiorców i innowatorów w dziedzinie technologii, nauk przyrodniczych i innych.

Van Pur ma sześć browarów – w Łomży, Rakszawie, Jędrzejowie, Zabrzu, Braniewie i Koszalinie. Spółka specjalizuje się w produkcji marek własnych i eksporcie piwa za granicę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-piwny-stawia-na,p1608833910

Podwyżki cen paliw, prądu i gazu najwyższe od kilkunastu lat. W przyszłym roku wzrosną nawet o 30–40 proc.

0

Na globalnych rynkach rosną ceny surowców energetycznych, a to pociąga za sobą podwyżki detalicznych cen prądu czy gazu. Od października więcej płacą klienci PGNiG, a koncern zapowiada kolejne wnioski o zatwierdzenie wyższych taryf, które będą obowiązywać od nowego roku. Więcej muszą płacić m.in. mieszkańcy Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii. Szacuje się, że przeciętne gospodarstwo domowe w UE wyda w tym roku na gaz od 800 do 1150 euro więcej niż przed rokiem. Drożeją też paliwa – na Węgrzech za benzynę trzeba płacić blisko 30 proc. więcej niż rok temu, w Polsce w październiku wzrost cen za paliwo wyniósł już 34 proc. r/r.

– Podwyżki cen paliw, prądu i gazu są obecnie najwyższe od kilkunastu lat, to jest nie tylko bolączka gospodarstw domowych, ale również przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. – Gospodarka wraca do normalności po koronawirusie, w związku z czym jest większe zapotrzebowanie na paliwa. Natomiast OPEC nie wydobywa ropy w takich ilościach, jak to było kiedyś, w związku z tym możliwe, że ceny paliw jeszcze pójdą w górę. Jeżeli chodzi o ceny prądu i gazu, to nie wytwarzamy tyle energii, ile potrzebujemy. Poza tym koszty emisji CO2 są horrendalne, płacą za to elektrownie i podwykonawcy przesyłu energii, ale ostatecznie skupia się to na konsumentach. 

Surowce energetyczne drożeją – gaz ziemny, ropa naftowa, nawet węgiel. Teksańska ropa WTI od początku roku zdrożała o ponad 70 proc. i kosztuje już ponad 83 dol. za baryłkę. Europejska Brent to już koszt niemal 86 dol. za baryłkę – od początku roku podrożała o dwie trzecie. Za gaz ziemny, mimo październikowej przeceny, trzeba płacić już dwa razy tyle, co na początku roku. Jak wyjaśnia URE, koszt zakupu gazu na Towarowej Giełdzie Energii na styczeń kolejnego roku dziś wynosi ponad 420 zł/MWh, a w październiku 2020 roku było to niecałe 74 zł/MWh. Wzrost na przestrzeni roku wyniósł więc 470 proc. Z kolei notowany na giełdzie w Rotterdamie węgiel podrożał od tej pory o 135 proc., a na początku października jego ceny były jeszcze o trzy czwarte wyższe.

Tymczasem mimo apeli polityków, m.in. prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena, kartel OPEC pod wodzą Arabii Saudyjskiej i grupa kilku niezrzeszonych w nim państw z Rosją na czele nie zdecydowały się na podwyższenie wydobycia ropy naftowej ponad wcześniej zaplanowany poziom. Od listopada wzrośnie ono o 400 tys. baryłek dziennie, natomiast liczono na to, że w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem i nadchodzącą zimą producenci wprowadzą na rynek jeszcze więcej surowca.

– Wzrost cen energii spowodowany jest m.in. tym, że zaczyna brakować surowców. Przykładowo w Kanadzie zaprzestano wydobycia ropy naftowej, dlatego że kiedyś koszt wydobycia 100 baryłek był ekwiwalentem 6–7 baryłek ropy, a teraz to 70 baryłek, w związku z czym nie było to już opłacalne – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowe w Opolu. – Natomiast tam, gdzie wydobycie jest jeszcze opłacalne, mimo wszystko jest mniejsze, a w związku z tym ceny rosną. Musimy też ponosić większe opłaty za przejście na zieloną energię i za koszty emisji, które wzrosły nawet 10-krotnie.

Globalnie zapotrzebowanie na energię dynamicznie rośnie. Sytuacja ta jest skutkiem zbiegu kilku okoliczności. Po tym, jak wielkie gospodarki ruszyły po lockdownach, wzrosło zapotrzebowanie, głównie fabryk, na energię. Tymczasem od kilku lat w Europie trwa rewolucja polegająca na przechodzeniu na odnawialne źródła energii, które są jednak niestabilne, ponieważ zależą od siły wiatru, wody czy nasłonecznienia. Susza, bezwietrzne okresy czy pochmurna aura odcinają Stary Kontynent od energii. Norwegowie, którzy większość swojej energii pozyskują z hydroelektrowni, alarmują, że zbiorniki wodne są napełnione jedynie w 67,5 proc. Tak niski stan wód ostatnio notowano w 2006 roku. To może wywindować ceny energii w sezonie zimowym.

Jednocześnie Rosja przykręciła kurek z gazem ziemnym, choć produkuje go więcej niż w ostatnich latach, a europejskie magazyny świecą pustkami po poprzedniej, znacznie chłodniejszej od wcześniejszych zimie. Eksperci podkreślają, że Rosjanom chodzi o pozwolenie Niemiec na rozruch gazociągu Nord Stream 2.

 Powinniśmy się skupić nie tylko na zielonej energii, ale również przede wszystkim na atomowej. Mamy wokół Polski więcej elektrowni atomowych niż sąsiadów – mówi dr Rafał Parvi. – Jak przeciwdziałać tym podwyżkom? W Polsce przewidziane są dopłaty dla gospodarstw domowych, ale tylko dla rodzin ubogich, czyli z dochodem do około 1,5 tys. zł dla jednoosobowych gospodarstw, natomiast dla rodzin wielodzietnych około 1,1 tys. zł. Dlatego reszta musi się przygotować na podwyżki około 30–40 proc. od 2022 roku. Jest to trend ogólnoświatowy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podwyzki-cen-paliw,p185348509

Wykluczenie Huaweia z polskiego rynku może wywołać ostrą reakcję Chin. Łańcuchy dostaw dla fabryk będą zagrożone [DEPESZA]

0

– To będzie jeden z najważniejszych papierków lakmusowych polskich intencji w stosunku do Chin – mówi prof. Bogdan Góralczyk z Centrum Europejskiego UW, oceniając prace nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Projekt, który w ocenie rynku telekomunikacyjnego stał się narzędziem politycznych rozgrywek, zawiera zapisy pozwalające wykluczyć z polskiego rynku firmy technologiczne na podstawie kryteriów narodowościowych. W ocenie ekspertów są one wprost wymierzone w chiński koncern technologiczny Huawei, a ich uchwalenie może zaszkodzić polskim relacjom gospodarczym z Państwem Środka.

Chińczycy mogą nam poprzecinać kanały dostaw. Jak to wygląda, można zaobserwować już na rynku amerykańskim, gdzie te łańcuchy dostaw zostały pozrywane i Amerykanie nie mają chociażby możliwości montowania samochodów czy innego sprzętu, bo chińscy poddostawcy przestali dostarczać komponenty. To samo może stać się w Polsce, więc konsekwencje byłyby poważne – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bogdan Góralczyk, profesor UW, wykładowca Centrum Europejskiego UW, politolog, ekspert ds. relacji z Chinami. – Chiny potrafią bardzo ostro i agresywnie wręcz reagować w obronie swoich interesów i tego bym się spodziewał w przypadku Huaweia.

Chiny są dla Polski drugim (po Niemczech) największym partnerem handlowym. Według danych GUS w 2020 roku miały 14,4-proc. udział w polskim imporcie, wart przeszło 146,5 mld zł. Z kolei udział Chin w polskim eksporcie był wart 13,2 mld zł. Wymiana handlowa z Państwem Środka w ubiegłym roku wzrosła, nawet pomimo pandemii. Uchwalenie przepisów, które uderzą w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania, może nią jednak zachwiać.

Chodzi o procedowaną nowelizację przepisów o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która zdaniem ekspertów może być wymierzona w chińskie koncerny działające w Polsce. Wątpliwości ekspertów rynku budzą kryteria nadawania dostawcom technologii statusu wysokiego ryzyka. Wśród nich znalazły się bowiem kryteria nietechniczne, narodowościowe. To m.in. ocena prawdopodobieństwa, że dany dostawca znajduje się pod kontrolą państwa spoza UE i NATO, na ile państwo ingeruje w daną firmę. Również sam koncern obawia się takiego scenariusza.

– Trzeba też zaznaczyć, że Huawei wcale nie jest jedyną chińską firmą na naszym rynku, więc nie ma tu jakiegoś monopolu. Bardzo dobrze sprawuje się też np. obecny w Polsce koncern Xiaomi, więc powstaje pytanie, czy to będzie dotyczyć tylko jednej firmy, czy całego chińskiego sprzętu hi-tech – mówi wykładowca Centrum Europejskiego UW. – Problem w tym, że Huawei i jego 5G jest w tej chwili według specjalistów najlepsze, a konkurencja ze strony Ericssona czy Nokii nie jest tej samej rangi. Czyli Chińczycy dostarczają nam nie tylko tani sprzęt, ale na dodatek najlepiej spełniający kryteria i wymogi techniczne.

Jak wskazuje rząd w uzasadnieniu nowego projektu, o takim statusie firmy technologicznej decydować ma kolegium ds. cyberbezpieczeństwa, a postępowanie w tej sprawie będzie prowadzić minister właściwy do spraw informatyzacji. Zapewnia także, że pod uwagę mają być brane zarówno aspekty techniczne, jak i pozatechniczne, mające wpływ na bezpieczeństwo narodowe. Ocena profili ryzyka dostawców jest jednym z narzędzi uzgodnionych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, Komisję Europejską i ENISA w 5G Toolbox.

– W mojej opinii kluczowe dla Polski będzie nie tylko nasze ustawodawstwo, ale też to, jak do zagadnień związanych z Huaweiem podejdzie nowa administracja w Niemczech i nowy kanclerz, ktokolwiek nim będzie. Jeżeli Niemcy próbowaliby usuwać Huaweia ze swojego rynku, czego nie przewiduję, to wtedy Polska w zasadzie nie ma wyjścia, bez względu na swoje ustawodawstwo, bo oba rynki są silnie powiązane. Jeżeli natomiast Niemcy podejmą odwrotną decyzję, to w Polsce powinniśmy się nad tym prawnie i politycznie zastanowić – mówi ekspert ds. relacji z Chinami.

W ocenie części ekspertów nowela ustawy o KSC stała się narzędziem politycznych rozgrywek, a w tle są m.in. napięte relacje między Chinami i USA. Stany Zjednoczone już od dawna oskarżają Huaweia o niejawne związki z rządem w Pekinie i potencjalne wykorzystywanie sprzedawanego sprzętu w celach wywiadowczych. W obawie przed globalną dominacją Chin w obszarze technologii teleinformatycznych administracja Donalda Trumpa zainicjowała z zeszłym roku program Clean Network, który miał wyeliminować chińskich producentów z rynku ICT i budowy 5G.

Polski Instytut Spraw Międzynarodowych zauważa, że w przyszłości USA mogą uzależniać swoją współpracę z sojusznikami od stopnia nasycenia ich gospodarek i infrastruktury chińskimi technologiami. Z kolei Polska we wrześniu ub.r. podpisała ze Stanami deklarację o współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy wdrażaniu technologii 5G.

– Kwestie 5G i w ogóle wysokich technologii stały się kością niezgody między Chinami i Stanami Zjednoczonymi, a poniekąd całym Zachodem – mówi dr hab. Bogdan Góralczyk.

Jego zdaniem wpisanie się w amerykańską kampanię wymierzoną w firmy technologiczne z Chin może mocno zaszkodzić polskim relacjom gospodarczym z Państwem Środka.

To będzie jeden z najważniejszych papierków lakmusowych polskich intencji w stosunku do Chin – mówi profesor Centrum Europejskiego UW. – Były czynione przygotowania do wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach, które teraz są w zasadzie zamknięte ze względu na pandemię. Jednak nie wiem, czy jeżeli w przyszłym roku prezydent by tam pojechał, to czy nie będzie już za późno.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wykluczenie-huaweia-z,p395047136