Sztuczna inteligencja będzie coraz bardziej autonomiczna. To może być jedyny sposób na zapewnienie opieki medycznej na trudno dostępnych obszarach

Choć technologicznie sztuczna inteligencja mogłaby działać już w sposób wysoce zautonomizowany, to barierą rozwojową wciąż jest nieufność do takich rozwiązań. Tymczasem motoryzacja coraz śmielej wchodzi na trzeci etap w pięciostopniowej skali zautomatyzowania jazdy. Z kolei stawianie medycznych diagnoz przez SI może się okazać jedyną możliwością, by zapewnić leczenie ludziom żyjącym w miejscach, w których nie istnieje opieka zdrowotna lub jest ona skrajnie niewydolna. Rynek sztucznej inteligencji do 2028 roku zwiększy swoją wartość dziesięciokrotnie.

Systemy sztucznej inteligencji czy oparte na uczeniu maszynowym będą w coraz większym stopniu autonomiczne. Tak naprawdę ma to już miejsce. Kiedy staramy się przetłumaczyć jakiś tekst za pomocą znanego wszystkim portalu, to przecież to tłumaczenie zaproponowane przez system nie jest przez kogoś potwierdzane ręcznie. Po prostu ufamy, że jest ono wystarczająco dobre, żebyśmy mogli z niego skorzystać. Myślę, że sztuczna inteligencja dotknie każdego obszaru naszego życia, bo już teraz de facto w wielu obszarach występuje w tej czy innej formie – przewiduje w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jędrzej Świeżewski, Machine Learning Lead w Appsilonie.

Autonomiczne działanie sztucznej inteligencji staje się jednak coraz bardziej widoczne w przypadku samojezdnych środków transportu. Autonomiczność samochodów określana jest w pięciostopniowej skali, w której zero oznacza pełną kontrolę kierowcy, a pięć – pełną samodzielność. Obecnie sprzedawane i dopuszczone do ruchu pojazdy, które określa się mianem autonomicznych, tak naprawdę są na drugim poziomie w tej skali. Jazda jest w nich częściowo zautomatyzowana, ale wymaga stałej kontroli ze strony kierowcy, który powinien przejąć sterowanie w krytycznej sytuacji. Tak jest na przykład w przypadku samochodów Tesli.

Tymczasem koncern BMW zapowiedział na początku listopada, że samochody luksusowej serii 7 wejdą w przyszłym roku na trzeci poziom autonomiczności. Auto ma się pojawić na amerykańskim rynku w drugiej połowie 2022 roku. W tego typu samochodach jazda jest już wysoce zautomatyzowana, a punkt, w którym kierowca musi przejąć kontrolę nad autem, określa sam system.

Pierwsze auto gotowe do samodzielnej jazdy na tym poziomie, Audi A8, pojawiło się już w 2017 roku, ale koncern wycofał się z tej koncepcji. W Japonii przepisy dopuszczające takie pojazdy do ruchu zaczęły obowiązywać w 2019 roku, ale dopiero w marcu 2021 roku Honda zaprezentowała pierwszy na świecie seryjnie produkowany model na trzecim poziomie autonomiczności – była to seria 100 egzemplarzy Hondy Legend.

Barierą rozwojową dla sztucznej inteligencji w pełni autonomicznym wydaniu w różnych zastosowaniach są nie ograniczenia natury technologicznej, ale brak zaufania społecznego. Do tego dochodzą też obawy o to, że maszyny zastąpią ludzi w pracy.

– Nie będzie tak, że sztuczna inteligencja zupełnie zabierze nam pracę, że nie będziemy już nic robić, tylko jakieś systemy, algorytmy będą wykonywać pracę za nas. Ta praca będzie się zmieniać. Sztuczna inteligencja po prostu przekształci to, co będzie robił człowiek, w nieco inne zadania – uspokaja Jędrzej Świeżewski.

Jak szacują analitycy Światowego Forum Ekonomicznego („The Future of Job 2020”), do 2025 roku na 85 mln stanowisk praca człowieka zostanie zastąpiona przez maszyny. Jednocześnie w ich miejsce powstanie 97 mln nowych miejsc pracy.

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe są wśród technologii, które w tych zmianach na rynku pracy będą mieć największy udział. AI może wyręczać człowieka w kluczowych obszarach, takich jak medycyna. Stawianie diagnozy przez robota jest jednak odbierane z nieufnością, choć w praktyce rola lekarza bardzo często ogranicza się już tylko do potwierdzenia tego, co na podstawie wyników badań i zebranych danych obrazowych zasugerują algorytmy. Dopuszczenie sztucznej inteligencji do samodzielnego diagnozowania może się okazać jedynym sposobem na zapewnienie dostępu do leczenia ludziom mieszkającym na obszarach wykluczonych medycznie.

Znajdą się takie miejsca na świecie – i jest ich całkiem sporo, gdzie ludzie nie mają dostępu do diagnozy lekarza. W związku z tym będą mieli nie wybór pomiędzy diagnozą lekarza bądź automatyczną, tylko między automatyczną a żadną. Wtedy znajdzie się wystarczająco dużo osób, które w swoim interesie wybiorą tę diagnozę automatyczną. Ona będzie się stawać coraz lepsza. Nadejdzie w końcu taki moment, kiedy po prostu uznamy, że diagnozy automatyczne są po prostu lepsze niż lekarzy i w związku z tym będziemy chcieli się na nie przestawić – przewiduje ekspert Appsilonu.

Pierwszym medycznym autonomicznym systemem sztucznej inteligencji, zatwierdzonym przez amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków, jest rozwiązanie do diagnostyki retinopatii cukrzycowej IDx-DR, stworzone przez lekarza-naukowca, dr. n. med. Michaela Abramoffa. Co ciekawe, nie korzysta on z niego we własnej klinice. Jak mówi, jest to rozwiązanie przeznaczone do diagnozowania na etapie wizyty u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Dzięki niemu pacjent z cukrzycą szybciej może otrzymać diagnozę i mieć większą szansę na uratowanie wzroku.

Według Fortune Business Insights do 2028 roku światowy rynek sztucznej inteligencji wypracuje przychody sięgające kwoty ponad 360 mld dol. W 2020 roku wartość ta wynosiła niespełna 36 mld dol.

O możliwościach związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, szczególnie w dziedzinie ochrony dzikich zwierząt i monitorowania zagrożonych gatunków na trudno dostępnych obszarach, ekspert Appsilonu opowiadał zgromadzonym gościom podczas jednego z Thursday Gathering. To cykliczna impreza organizowana w każdy czwartek przestrzeni eventowej Varso. Co tydzień wszyscy zainteresowani tematem innowacji, nowinek technologicznych, finansowania badań i rozwoju oraz innych powiązanych obszarów spotykają się, by w luźnej atmosferze porozmawiać o najważniejszych trendach na rynku. Organizatorem wydarzeń jest Fundacja Venture Café Warsaw i jej partnerzy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p714944831

Firmy przemysłowe mają dziś wyższą zdolność do konkurowania niż przed pandemią. Duża w tym zasługa inwestycji w maszyny i urządzenia

Zdolność do konkurowania polskich firm przemysłowych jest znacznie wyższa niż rok temu. Wskazuje na to Index MiU przygotowywany regularnie przez Siemens Financial Services w Polsce. W II połowie br. wynosi on 50,60 pkt i jest o 6,69 pkt wyższy niż przed rokiem. O większej zdolności firm do konkurowania zarówno teraz, jak i w kolejnym roku decydują takie czynniki jak inwestycje w park maszynowy, automatyzacja procesu produkcji czy dywersyfikacja rynków zbytu. Coraz większa w tym rola finansowania zewnętrznego, na jakie decydują się badane przedsiębiorstwa. Jako największe wyzwanie na kolejne miesiące firmy wskazują wzrost cen surowców, problemy z pozyskiwaniem pracowników i zmiany spowodowane ochroną środowiska.

Index MiU opisuje zdolność do konkurowania firm z branż poligraficznej, spożywczej, obróbki metalu i przetwórstwa tworzyw sztucznych. Wskazuje też, jak zmienia się w czasie ich zdolność do zwiększania aktywności eksportowej i wzrostu możliwości sprzedaży krajowej, między innymi dzięki inwestycjom w maszyny i urządzenia.

– Tegoroczny wynik jest najwyższy ze wszystkich dotychczasowych pomiarów, lepszy również od tego, jaki zaobserwowaliśmy w I kwartale 2020 roku, czyli przed rozpoczęciem pandemii w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Jarzębski, Country Head of Sales w Siemens Financial Services w Polsce. – Wskaźnik ten zmienił się przede wszystkim dzięki wzrostowi inwestycji w odnowienia środków trwałych, wzrostowi sprzedaży krajowej, eksportu oraz większej dywersyfikacji rynków zbytu przez ankietowanych przedsiębiorców.

Tegoroczny wynik wskazuje więc na znacznie lepszą kondycję firm do konkurowania, zarówno obecnie, jak i w najbliższych 12 miesiącach.

– Ostatnie półtora roku to czas pełen zawirowań i zmian w gospodarce, firmy borykały się z wieloma problemami związanymi z dostawami, ze spadkiem popytu i zamrożeniem części gospodarki. Szczególnie istotny i trudny dla przedsiębiorców był okres pierwszej fali pandemii, kiedy firmy działały w kompletnie nowych warunkach, w niepewnej rzeczywistości – mówi ekspert Siemens Financial Services w Polsce. – Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Znaczna część przedsiębiorców zmodyfikowała swoje modele biznesowe w taki sposób, że są one w stanie generować wzrost w nowych warunkach, są bardziej elastyczne i umożliwiają szybsze wyjście z kolejnych fali pandemii.

Najwyższą zdolność do konkurowania ma branża przetwórstwa tworzyw sztucznych – subindeks MiU dla tej branży wynosi obecnie 54,72 pkt. W porównaniu do ubiegłorocznego pomiaru kondycja do konkurowania poprawiła się również dla branży poligraficznej (53,70 pkt) oraz obróbki metali (52,93 pkt).

– Po słabszych wynikach w ostatnim badaniu w obydwu tych branżach notujemy dwucyfrowy wzrost wskaźnika. W związku z tym możemy się spodziewać większej aktywności przedsiębiorstw z tych sektorów w rozwijaniu nowych rynków zbytu. Wynik wskazuje także na zdecydowanie mniejsze ryzyka dla partnerów biznesowych współpracujących z tymi branżami – ocenia Grzegorz Jarzębski.

Z kolei subindeks dla branży spożywczej wynosi obecnie 41,07 pkt i w relacji do ubiegłego roku jest to spadek o 7,69 pkt.  Aktualny odczyt oznacza, że w nadchodzących 12 miesiącach można się spodziewać mniejszej zdolności przetwórców spożywczych do konkurowania. W przypadku branży spożywczej spadki można zaobserwować w sześciu na osiem badanych obszarów, jednak na uzyskany wynik najbardziej wpływa przyhamowanie inwestycji na odnowienia parku maszyn i urządzeń. Warto jednak podkreślić, że obecny pomiar obejmuje również okres drugiej i trzeciej fali pandemii, w której część gospodarki była w pewnym zakresie zamrożona, np. sektor HoReCa.

– Przed firmami z wszystkich badanych branż stoją dziś nowe wyzwania, zarówno związane z dostępnością surowców, ze zmianami na rynku pracy, jak również z inflacją. Przedsiębiorcy pytani o trendy w branżach najczęściej wskazują na wzrost cen surowców. Ponad 56 proc. uznaje to za istotne wyzwanie. Dodatkowo ankietowani twierdzą, że to zostanie z nami na dłuższy czas – dodaje ekspert Siemens Financial Services w Polsce.

Kolejnym trendem dostrzeganym przez przedsiębiorców są zmiany związane z rynkiem pracy i pozyskiwaniem pracowników. Na ten problem wskazuje ponad 43 proc. ankietowanych z wszystkich branż. Ponad 30 proc. przedsiębiorców dostrzega także problemy związane z dostępnością komponentów i surowców.

Rosnące ceny surowców są największym wyzwaniem dla przedstawicieli branży przetwórstwa tworzyw sztucznych – 61 proc. ankietowanych wskazuje na ten trend. Z kolei dostępność surowców jest bardzo często wskazywana przez przedstawicieli branży poligraficznej. Rosnące problemy na rynku pracy związane z pozyskiwaniem nowych pracowników, bez względu na poziom kwalifikacji, to trendy wskazywane przede wszystkim przez przedstawicieli branży spożywczej oraz obróbki metalu. Ponad połowa (56 proc.) przedstawicieli tych branż wskazuje na ten problem – uściśla Grzegorz Jarzębski.

Blisko 19 proc. badanych wskazuje również na wyzwania związane z ochroną środowiska. Co 10. ankietowany wymienia natomiast rosnącą konkurencję.

Z badania Siemens Financial Services w Polsce wynika, że obecnie ponad 2/3 firm wykorzystuje środki zewnętrzne do finansowania inwestycji w rozwój parków maszyn i urządzeń. Ponad 21 proc. wykorzystuje wyłącznie środki zewnętrzne, a 41 proc. wspiera je również kapitałem własnym. W porównaniu do wyników z zeszłego roku wzrósł odsetek firm (o 9 pkt proc.), które korzystają wyłącznie z finansowania zewnętrznego, a mniej jest firm, które opierają się wyłącznie na kapitale własnym.

– Zarówno w ostatnim badaniu, jak i w dwóch poprzednich widzimy kluczową rolę finansowania zewnętrznego we wzmacnianiu zdolności firm do konkurowania. Przedsiębiorstwa, które z niego korzystają, częściej dokonują odnowienia parku maszyn czy automatyzacji procesów produkcyjnych. Są też lepiej przygotowane do radzenia sobie z wyzwaniami spowodowanymi przez pandemię COVID-19 – podsumowuje ekspert Siemens Financial Services w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-przemyslowe-maja,p734985885

Biedronka została głównym sponsorem WOŚP. Od połowy grudnia ruszy zbiórka pieniędzy na 30. finał orkiestry w sklepach sieci

Biedronka, czyli największa w Polsce sieć handlowa, została głównym sponsorem 30. finału WOŚP, który odbędzie się 30 stycznia 2022 roku. Od 29 listopada klienci Biedronki znajdą w sklepach specjalne produkty, m.in. kubki, koszulki, skarpetki, torby i smycze sygnowane logo WOŚP. Od połowy grudnia będą też mogli wesprzeć akcję, wrzucając datki do puszek w sklepach.

– Biedronka ma swoją fundację, której działania do tej pory skupiały się na pomaganiu seniorom. Osoby w starszym wieku nadal pozostają priorytetem, ale brakowało nam inicjatyw dla dzieci, czegoś, co pomoże szpitalom i pozwoli na wyremontowanie placówek, żeby lepiej służyły dzieciom i osobom starszym. Dlatego to partnerstwo ma dla nas sens – mówi agencji Newseria Biznes Pedro Soares dos Santos, prezes zarządu Grupy Jeronimo Martins.

Biedronka, która w całej Polsce dysponuje siecią 3,2 tys. sklepów, po raz pierwszy zaangażuje się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Jubileuszowy, 30. finał WOŚP odbędzie się 30 stycznia 2022 roku.

– Postaramy się wesprzeć WOŚP w dążeniu do osiągnięcia jej celów. Sądzę, że ta współpraca może być dla orkiestry dodatkowym wzmocnieniem – mówi Pedro Soares dos Santos.

Oficjalne podpisanie umowy o współpracy między Biedronką i WOŚP odbyło się w ubiegły czwartek w warszawskim The Warsaw Hub, gdzie mieści się jeden z najnowocześniejszych sklepów sieci, z udziałem lidera orkiestry, Jerzego Owsiaka, oraz prezesa grupy Jeronimo Martins.

– Mogliśmy uścisnąć dłoń pracownikom sklepu i całej załodze, bo to oni będą kwestować z naszymi puszkami, przekonywać i uśmiechać się do tych wszystkich, którzy wesprą orkiestrę – mówi Jerzy Owsiak.

– Jurek Owsiak to dobry przywódca, doskonale wie, co robi – mówi prezes Grupy Jeronimo Martins, który zapowiedział już, że postara się osobiście wziąć udział w styczniowym finale WOŚP.

Od 29 listopada klienci Biedronki znajdą w sklepach specjalne produkty z logo WOŚP, m.in. kubki ceramiczne, koszulki WOŚP, kominy, skarpetki, bawełniane torby i smycze. Dodatkowo w ofercie sieci znajdą się też kubki termiczne oraz zimowe czapki w kilku kolorowych wzorach i w dwóch rozmiarach, dla dorosłych i dzieci. Cały dochód z ich sprzedaży wesprze 30. finał WOŚP.

Od połowy grudnia klienci Biedronki będą mogli także wspierać akcję, dołączając się do zbiórki pieniędzy. Puszki WOŚP będą stałym elementem w sklepach sieci aż do styczniowego finału. Klienci znajdą je w strefach kasowych, będą więc mogli wesprzeć zbiórkę podczas płacenia za codzienne zakupy. Średnio sklepy sieci odwiedza dziennie 4 mln Polaków.

– Ogromna sieć handlowa, którą znają wszyscy Polacy, będzie po raz pierwszy grała razem z nami podczas 30. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Polacy codziennie przychodzą i robią tu zakupy. To ci sami ludzie, którzy odbierają orkiestrę na co dzień, ponieważ widzą nasz sprzęt, widzą, w jaki sposób leczymy dzieci i seniorów. To bardzo ważne, żebyśmy byli widoczni, a kiedy przychodzi finał, żebyśmy jak najskuteczniej mogli zbierać pieniądze – mówi Jerzy Owsiak.

Pieniądze zebrane w ramach jubileuszowej, 30. zbiórki WOŚP zostaną przeznaczone na okulistykę dziecięcą – zapewnienie najwyższych standardów diagnostyki i leczenia wzroku u dzieci. Zostanie z nich sfinansowany m.in. zakup angiografu dwupłaszczyznowego, pomocnego w leczeniu siatkówczaka, najczęstszego nowotworu złośliwego gałki ocznej u dzieci.

Po 30 latach będziemy po raz kolejny prosić Polaków, żeby byli z nami – mówi założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – „Przejrzyj na oczy” to jest nasze tegoroczne hasło. Podczas finału 30 stycznia będzie głośno, będziemy grali ze wszystkimi na całym świecie, a później podsumujemy nasz finał. Jakikolwiek by był, już zaczął się bardzo dobrze. W Lizbonie także mamy nasz sztab, a więc i tam będzie biło serce Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Gramy z Biedronką i bardzo się z tego cieszymy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/biedronka-zostala,p1223556855

Operacje raka prostaty przy użyciu robota chirurgicznego standardem w krajach zachodnich. W Polsce wciąż nie są refundowane

– W leczeniu raka prostaty technologia da Vinci tak naprawdę zastąpiła już inne metody – mówi urolog, dr Stefan W. Czarniecki z należącego do Grupy LUX MED Szpitala św. Elżbiety. Placówka już od kilku lat wykorzystuje roboty da Vinci w operacyjnym leczeniu raka prostaty, co wynika z dużych korzyści z tej metody po stronie lekarzy i pacjentów. Polska jest jednak w gronie niewielu państw, w których te zabiegi nie są refundowane. Na dodatek robotów wciąż jest stosunkowo niewiele, pozytywny jest jednak fakt, że z każdym rokiem rośnie zarówno liczba robotów, jak i operacji przeprowadzanych w ich asyście. W I kwartale br. polskie placówki zrealizowały ich łącznie 415, o 57 proc. więcej niż rok wcześniej.

– W krajach zachodnich robot da Vinci jest już standardem w leczeniu raka prostaty. W naszym ośrodku HIFU CLINIC w Szpitalu św. Elżbiety – podobnie jak w Stanach Zjednoczonych – już 95 proc. operacji jest wykonywanych tą metodą. To wynika z faktu, że ona niesie konkretne korzyści, czyli bardziej przewidywalny przebieg, lepsze efekty funkcjonalne po operacji i mniejszą liczbę powikłań pooperacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes dr Stefan W. Czarniecki, specjalista urolog, ordynator Oddziału Urologii HIFU CLINIC i dyrektor ds. innowacji w Szpitalu św. Elżbiety należącym do Grupy LUX MED.

Robot chirurgiczny da Vinci, opracowany ponad dwie dekady temu przez amerykańską firmę Intuitive Surgical, jest w tej chwili najbardziej rozpowszechnionym urządzeniem tego typu na świecie. W Stanach Zjednoczonych operacje w jego asyście są już standardem – tą metodą wykonuje się ponad 90 proc. zabiegów prostatektomii stosowanej w leczeniu raka prostaty. Roboty da Vinci najczęściej wykorzystuje się właśnie w urologii i ginekologii (np. w leczeniu operacyjnym endometriozy), choć lista zastosowań jest dużo dłuższa. W jego asyście można przeprowadzić ponad 170 różnych zabiegów, m.in. z zakresu onkologii, kardiochirurgii (zakładanie bypassów po zawale), transplantologii (pobieranie narządów do przeszczepu) czy chirurgii naczyniowej.

– W Polsce tego typu operacje są wykonywane już od kilku lat i jest ich coraz więcej. W naszym ośrodku stanowią one znakomitą większość. Brakuje natomiast powszechnej refundacji w ramach NFZ-u, dlatego tego typu zabiegi są jak na razie wykonywane prywatnie lub w ramach ograniczonych grantów naukowych – mówi dr Stefan W. Czarniecki.

W warszawskim ośrodku HIFU CLINIC w Szpitalu św. Elżbiety robot da Vinci już od kilku lat jest wykorzystywany w leczeniu operacyjnym raka prostaty. Ze statystyk placówki wynika, że pacjenci coraz rzadziej decydują się na inne metody zabiegowe.

– Rak prostaty jest w tej chwili najczęstszym nowotworem wykrywanym wśród mężczyzn w Polsce i Europie, więc jego leczenie jest bardzo częstą potrzebą w opiece zdrowotnej – podkreśla urolog. – Robot da Vinci jest dla pacjenta zawsze wygodniejszym i lepszym rozwiązaniem niż klasyczna chirurgia. Ona w tej chwili opiera się głównie na chirurgii laparoskopowej, która nowoczesna wydawała się 20 lat temu, natomiast chirurgię otwartą stosuje się coraz rzadziej. W naszym ośrodku ostatnia tego typu operacja w leczeniu raka prostaty odbyła się ponad pięć lat temu.

Robot da Vinci pozwala przeprowadzać bardzo precyzyjne, a przy tym mało inwazyjne zabiegi. Jego ramiona są wyposażone w narzędzia chirurgiczne, kamerę endoskopową i mają funkcję sztucznego nadgarstka, imitującą ruchy ludzkiej ręki. Chirurg kieruje urządzeniem za pomocą konsoli i ma bieżący podgląd operowanych tkanek nawet w 15-krotnym powiększeniu, w rozdzielczości HD, a nawet w trójwymiarze. Maszyna przesyła mu też informacje o sile nacisku czy oporu operowanych tkanek.

– Likwiduje też drżenia rąk, które mogłyby wystąpić podczas klasycznej operacji, i pozwala na dokładniejsze wycięcie chorej tkanki w całości – podkreśla dr Stefan W. Czarniecki.

Chirurg w trakcie operacji nie stoi bezpośrednio nad stołem, ale siedzi za konsolą operacyjną. Dzięki temu jest mniej zmęczony, bardziej skoncentrowany i nawet kilkugodzinne operacje nie są dla niego fizycznym obciążeniem. Równie ważne są jednak korzyści po stronie pacjentów. Nacięcia wykonywane przez da Vinci są mniejsze i bardziej precyzyjne, co za tym idzie – mniejszy jest też uraz tkanek i ubytek krwi.

Jest to metoda, która daje też lepsze efekty pooperacyjne. Pacjenci krócej leżą w szpitalu, odczuwają mniej bólu, tracą podczas zabiegu minimalne ilości krwi, mają mniej powikłań i szybciej wracają do pełnej sprawności – wyjaśnia ekspert Grupy LUX MED.

Ryzyko wystąpienia powikłań po zabiegu – takich jak zaburzenia w pełnej kontroli nad trzymaniem moczu – jest ograniczone do minimum, podobnie jak czas rekonwalescencji. Z perspektywy pacjenta po dwu-, trzygodzinnym zabiegu z wykorzystaniem robota da Vinci pozostaje jedynie kilka jedno- lub dwucentymetrowych nacięć na skórze brzucha, które z czasem stają się praktycznie niezauważalne. Czas hospitalizacji po takim zabiegu rzadko natomiast przekracza trzy dni. Co istotne znakomita większość operowanych tą metodą chorych nie ma problemów z nietrzymaniem moczu, co dotąd było jednym z najczęstszych skutków ubocznych po zabiegu prostatektomii wykonywanej klasyczną metodą. Wynika to z wyrafinowanych technik oszczędzania długości cewki moczowej oraz pęczków naczyniowo-nerwowych. Dodatkowo istotna część aktywnych seksualnie mężczyzn może liczyć na zaplanowanie operacji, bazując na obrazowaniu rezonansu magnetycznego, z wykorzystaniem technik mających na celu radykalne oszczędzenie pęczków naczyniowo-nerwowych. To daje najlepsze dotąd szanse na zachowanie adekwatnej funkcji seksualnej. W HIFU CLINIC w Szpitalu św. Elżbiety takie postępowanie jest standardowe, a operację wykonują certyfikowane zespoły robotyczne prowadzone przez dra hab. n. med. Tomasza Borkowskiego oraz dra hab. n. med. Artura A. Antoniewicza.

Przewagi wykazane w randomizowanych badaniach klinicznych pokazują, że odsetek powikłań, przetoczeń czy problemów z trzymaniem moczu po operacji jest znacznie mniejszy po tego typu zabiegu. Dlatego też preferują go sami pacjenci, którzy słyszą od mężczyzn w rodzinie czy znajomych w otoczeniu, że jest to lepsza metoda, która daje szansę na sprawne funkcjonowanie po wyleczeniu tego nowotworu – mówi dr Stefan W. Czarniecki

Jak pokazuje raport „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2021”, opracowany przez PMR i Upper Finance, polskie szpitale i autoryzowane ośrodki medyczne w czerwcu br. miały 15 tego typu urządzeń, a na jednego robota przypadało ok. 2,5 mln pacjentów. W I kwartale br. placówki zrealizowały w asyście da Vinci łącznie 415 zabiegów, czyli o 57 proc. więcej niż rok wcześniej. Pozytywny jest fakt, że z kwartału na kwartał rośnie nie tylko liczba operacji, ale i robotów. Raport wskazuje, że w kraju o wielkości Polski do dyspozycji pacjentów i lekarzy powinno być 40–50 takich urządzeń. Eksperci spodziewają się, że osiągniemy ten poziom do końca 2026 roku.

Na całym świecie dotąd zainstalowano już ponad 6,1 tys. robotów chirurgicznych da Vinci w 67 krajach, a z użyciem tego systemu wykonano ponad 8,5 mln operacji, z czego 1,25 mln tylko w ubiegłym roku. Co 25 sekund gdzieś na świecie odbywa się zabieg z wykorzystaniem robota da Vinci. Najwięcej przypada ich na Stany Zjednoczone, gdzie działa już prawie 3,8 tys. tego typu urządzeń, jedno na ok. 89 tys. pacjentów. Z kolei w skali całej Europy jest nieco ponad 1,1 tys. robotów chirurgicznych. Ochrona patentowa wielu technologii producenta robota da Vinci jednak już minęła i od prawie dwóch lat co kilka miesięcy pojawiają się kolejne, całkowicie nowe roboty medyczne. Większa konkurencja przynosi same korzyści dla pacjentów, ale też ma korzystny wpływ na ceny tej technologii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/operacje-raka-prostaty,p533214078

Coraz dłuższa lista zagrożeń w rolnictwie. Rośnie potrzeba dodatkowego ubezpieczenia

W rolnictwie coraz większe ryzyko stwarzają zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak susze, gradobicia, wichury, powodzie i deszcze nawalne. Jednym z podstawowych zagrożeń dla rolniczego mienia są też pożary, których liczba sukcesywnie rośnie. Budynki, które wchodzą w skład gospodarstwa, rolnik musi ubezpieczać obowiązkowo, ale pozostałe mienie, np. maszyny i sprzęt, zwierzęta gospodarskie, ziemiopłody czy zgromadzone zapasy, może objąć dobrowolną polisą. – Rolnik może wszystko to ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym – wskazuje Andrzej Paduszyński z TU Compensa.

Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku nakłada obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia na wszystkich rolników, którzy posiadają gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha. Zgodnie z nią rolnicy co roku są zobowiązani do ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych, jak np. powódź czy silny wiatr, który grozi zerwaniem dachu, a także do wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym. OC rolnika ma bardzo wysokie sumy gwarancyjne określone w ustawie. 

 Do tematu ubezpieczeń rolnych można podejść kompleksowo i na jednej polisie zawrzeć wszystkie ryzyka związane z gospodarstwem. Począwszy od ubezpieczenia budynków, poprzez mienie, które znajduje się w tych budynkach, zwierzęta, ziemiopłody, aż po maszyny i sprzęt rolniczy. Do takiej polisy można też włączyć ubezpieczenia osobowe związane z pracownikami i poszerzyć ją o ubezpieczenie związane z życiem i zdrowiem – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie, mają do wyboru szereg dodatkowych opcji w ramach ubezpieczeń dobrowolnych. Mogą dodatkowo ubezpieczyć m.in. sprzęt rolniczy, narzędzia, maszyny niepodlegające rejestracji czy sprzęt elektroniczny. Ponadto ochroną można objąć też zwierzęta gospodarskie, zmagazynowane na terenie gospodarstwa ziemiopłody czy materiały i zapasy, takie jak np. opał albo środki do uprawy roślin. 

Przy wyborze ubezpieczenia musimy pamiętać o kilku kwestiach, przede wszystkim o zdarzeniach i ryzykach, przed którymi polisa ma nas chronić. To przede wszystkim ryzyka związane ze zdarzeniami naturalnymi, czyli klimatem, który się zmienia – mówi ekspert Compensy.

W rolnictwie coraz większe ryzyko stwarzają zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe. Według Rządowego Centrum Bezpieczeństwa zjawiska takie jak powodzie, susze, pożary lasów czy wichury będą coraz częstsze, a co za tym idzie – także skala szkód będzie większa. O tym, jak poważne jest to zagrożenie, świadczą chociażby statystyki z sierpnia 2017 roku. Dwudniowe nawałnice zabiły sześć osób, a raniły 62. Wiatr wiał z prędkością 120 km/h, a w niektórych miejscach przekraczał nawet 150 km/h, co spowodowało straty szacowane na 250 mln zł. Zniszczonych zostało 72 tys. ha upraw.

– Kolejne kwestie związane są z pożarami. Wszyscy mamy świadomość tego, że pożary się zdarzają i potrzebujemy ochrony ubezpieczeniowej na wypadek takiego zdarzenia. Następnie powinniśmy pomyśleć o ochronie np. w przypadku przepięcia czy awarii, w zależności od tego, co znajduje się w domu i gospodarstwie – wymienia Andrzej Paduszyński.

Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza. Budynki wchodzące w skład gospodarstwa rolnik musi ubezpieczyć od pożaru w ramach obowiązkowej polisy, ale pozostałe mienie może objąć ubezpieczeniem dobrowolnym.

 Rolnik może wszystko to ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym, ale także osobowym – mówi ekspert Compensy.

Jak podkreśla, najważniejszą rzeczą przy wyborze polisy jest dobrze skalkulowana suma ubezpieczenia, która determinuje wysokość późniejszego odszkodowania. Druga istotna kwestia to wartość ubezpieczenia, czyli wartość rynkowa ubezpieczanej rzeczy, np. nieruchomości.

– Tutaj są dwa systemy, według których ubezpiecza się mienie. Pierwszy to ubezpieczenie wartości odtworzeniowej nowej, gdzie za rzeczy stare płacimy jak za nowe. To jest ważne w przypadku budynków, zwłaszcza mieszkalnych. Jeżeli zniszczeniu ulegnie stary budynek, to nie będziemy przecież go odbudowywać, tylko powstanie całkiem nowy. Drugi system to ubezpieczenie wartości rzeczywistej. Wtedy ubezpieczamy budynek na taką wartość, jaka obowiązuje w danym momencie, z określonym zużyciem technicznym. Jednak w tym przypadku przyznane odszkodowanie będzie niższe od wartości odtworzeniowej nowej – podkreśla dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w Compensie.

Oprócz obowiązkowej polisy OC rolnicy mogą również wykupić ubezpieczenie OC w życiu prywatnym. Obejmuje ono wypadki, które nie powstały w wyniku pracy na gospodarstwie, jak np. stłuczenie przez dziecko szyby w domu sąsiada, wypadek spowodowany na wakacjach czy szkody spowodowane przez psa.

– Trzeba pamiętać, że obowiązkowa polisa OC rolnika chroni tylko część związaną z prowadzeniem gospodarstwa. Natomiast wszystkie szkody związane z życiem prywatnym – czyli np. z tym, co robią nasze dzieci, wracając ze szkoły, co robią nasi domownicy – nie będą pokrywane z części obowiązkowej – podkreśla Andrzej Paduszyński.

Na rynku są też polisy z pakietem assistance, które zapewniają rolnikom wsparcie po nieszczęśliwym wypadku lub w razie nagłego zachorowania. Taki pakiet gwarantuje m.in. domowe wizyty lekarza, transport medyczny czy rehabilitację.

Według danych KRUS w I półroczu br. zgłoszono ponad 6 tys. wypadków przy pracy, o ponad 700 więcej niż rok wcześniej. Najczęstsze zdarzenia powodujące uszczerbki na zdrowiu rolników i ich pracowników to upadek (47,3 proc. wypadków), pochwycenie i uderzenie przez części ruchome maszyn i urządzeń (13,3 proc.) oraz uderzenie, przygniecenie, pogryzienie przez zwierzęta (12,1 proc.).

W Compensie dodatkowo można uzupełnić polisę osobową o Onkopensę – ubezpieczenie na wypadek zachorowania na nowotwór złośliwy. W ramach jednej składki rolnik może objąć ochroną również małżonka/partnera oraz dzieci.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-dluzsza-lista,p1385582135

Niższe pensje i gorsza infrastruktura. Bez członkostwa w UE polska gospodarka rozwijałaby się znacznie wolniej

Gdyby w 2004 roku Polska nie weszła do Unii Europejskiej, dochody Polaków byłyby realnie niższe o 25–30 proc. i porównywalne z dochodami mieszkańców Bułgarii, najuboższego państwa w całej Unii. Gorszy byłby bilans handlu zagranicznego, mniej rozwinięta infrastruktura drogowa i słabsze wyniki inwestycji zagranicznych. To wnioski z raportu „Gdzie naprawdę są konfitury? Najważniejsze gospodarcze korzyści członkostwa Polski w Unii Europejskiej” przygotowanego dla Fundacji Schumana oraz Fundacji Konrada Adenauera. – Główną gospodarczą korzyścią z członkostwa w Unii jest udział Polski w jednolitym rynku, a fundusze europejskie pełnią jedynie funkcję pomocniczą – mówi ekonomista, prof. Witold Orłowski, jeden z autorów raportu.

Z naszych szacunków wynika, że bez członkostwa w UE Polska rozwijałaby się znacznie wolniej. Dochody z pracy przeciętnego Polaka byłyby o ok. 1/3 niższe, nie byłoby autostrad, a co najmniej milion ludzi więcej nie miałoby pracy dodatkowej. Polski konsument byłby o 1/3 uboższy, a to oznacza po prostu mniejszą konsumpcję. Generalnie bylibyśmy krajem sfrustrowanym i patrzącym z zazdrością na naszych sąsiadów, którzy do Unii wstąpili – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, ekonomista, twórca raportu oraz wykładowca Akademii Vistula i Politechniki Warszawskiej.

Raport wskazuje, ze członkostwo w UE odpowiada za ponad połowę wzrostu PKB, jaki Polska odnotowała po 2003 roku. Bez tego trudno byłoby zmniejszać dystans dzielący nas od rozwiniętych krajów Europy Zachodniej. PKB na mieszkańca naszego kraju wzrósł w ciągu ostatnich 17 lat z 49 proc. do 76 proc. średniej unijnej.

Jak pokazało badanie, większość Polaków jest przekonana, że główne korzyści z Unii Europejskiej to fundusze europejskie, które są przeznaczane m.in. na budowę infrastruktury. Jednak w rzeczywistości większe korzyści Polska odnosi z udziału w jednolitym rynku europejskim (JRE). Dzięki temu powstają nowe fabryki, centra usługowe i logistyczne oraz nowe miejsca pracy.

– Dzięki budowie nowych fabryk Polska jest obecnie największym w Europie producentem sprzętu AGD. Gdyby nie była członkiem Unii Europejskiej, te fabryki powstałyby, ale w Czechach, na Węgrzech lub Słowacji – podkreśla ekonomista.

Twórcy raportu podkreślają także, że efekty gospodarcze wynikające głównie z udziału Polski w jednolitym rynku europejskim mają charakter trwały i mogą kumulować się w przyszłości, podczas gdy efekty napływu do kraju funduszy unijnych będą się zmniejszać.

JRE oznacza również korzyści w handlu zagranicznym i łatwy dostęp do innych rynków. Eksport towarów z Polski do krajów UE wzrósł w ciągu 17 lat z 39 mld do 189 mld euro. Jednocześnie import z tego kierunku rósł znacznie wolniej – z 42 mld do 129 mld euro. Pozwoliło to na wyraźną poprawę salda wymiany handlowej, a Polska osiągnęła znaczną nadwyżkę w handlu zagranicznym. Dynamicznie rósł także eksport usług, który pomiędzy rokiem 2003 a 2020 zwiększył się sześciokrotnie: z 7 mld do 41 mld euro. W tym czasie import wzrósł czterokrotnie: z 7 mld do 28 mld euro.

Podobnie przedstawiają się statystyki dotyczące rolnictwa. Polski eksport rolno-spożywczy do krajów UE zwiększał się w latach 2003–2019 niemal dziesięciokrotnie, z 2,8 mld euro do 25,9 mld euro, przy czym nadwyżka wzrosła w tym czasie z 0,5 mld euro do 10,5 mld euro.

– Mamy jednak problem ze świadomością Polaków dotyczącą korzyści z członkostwa w Unii Europejskiej i to przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy powód jest bardzo prozaiczny i typowy. Mianowicie, kiedy się do czegoś przyzwyczajamy, to uważamy, że tak było zawsze. Znam młodych ludzi, którzy mają szeroko otwarte oczy, a kiedy im mówię, że kiedyś do Hiszpanii była potrzebna wiza, im się to po prostu nie mieści w głowie. Dla nich stało się to tak naturalne, że nie wyobrażają sobie innej rzeczywistości – wyjaśnia Witold Orłowski.

Podobnie jest z poziomem wynagrodzeń – trudno zauważyć korzyści, jeśli nie mamy porównania, jak dużo zarabialibyśmy, będąc poza strukturami unijnymi. Jako przykład korzyści odczuwalnych w codziennym życiu ekspert podaje spadek cen rozmów przez telefony komórkowe. Ceny połączeń byłyby wielokrotnie wyższe, gdyby nie wejście do Unii i działania regulacyjne urzędników w Brukseli.

Podobnie jest zresztą z wieloma towarami, które są tańsze dzięki temu, że jesteśmy w Unii – dodaje ekonomista.

Jego zdaniem Polakom bywa trudno dostrzec korzyści z członkostwa w UE, ponieważ nie są o tym wystarczająco jasno i wyraźnie informowani.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nizsze-pensje-i-gorsza,p1347601947

Zaledwie co trzeci mężczyzna w Polsce wykonuje badania w kierunku raka prostaty. Choroba wykryta na wczesnym etapie jest w 90 proc. uleczalna

Listopad jest miesiącem profilaktyki tzw. nowotworów męskich: raka prostaty i jąder. Pierwszy z nich jest już najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn, wyprzedzając raka płuca. Z nowotworu wykrytego w zaawansowanym stadium udaje się wyleczyć niewielu chorych, ale wykryty na wczesnym etapie może być skutecznie leczony, w dodatku mało inwazyjnie. Optymalną metodą usunięcia nowotworu jest operacja z użyciem robota medycznego da Vinci.

Jednym z większych problemów, jakie mamy z rakiem prostaty, jest to, że na wczesnych etapach najczęściej nie powoduje żadnych dolegliwości. Mężczyzna czuje się zdrowy. Bardzo często spotykam się w gabinecie z niedowierzaniem pacjentów, że rzeczywiście są chorzy. W przypadku tej choroby nie możemy czekać na objawy, bo one często po prostu nie występują – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Paweł Salwa, kierownik Oddziału Urologii w Szpitalu Medicover, ekspert urologii robotycznej, najbardziej doświadczony operator da Vinci w Polsce.

Rak prostaty jest drugim najczęściej występującym wśród mężczyzn nowotworem na świecie. Rocznie notuje się około 1,3 mln nowych zachorowań. Rak ten odpowiada za 20 proc. przypadków wszystkich nowotworów złośliwych. W Polsce co roku 16 tys. panów słyszy taką diagnozę, a ok. 5 tys. z nich umiera. Co istotne, śmiertelność z tego powodu w UE spadła w ciągu ostatnich pięciu lat, a w Polsce – znacząco wzrosła.

W prostacie możemy mieć dwa rodzaje choroby: nowotworową złośliwą, która jest podstępna, śmiertelna i najczęściej nie daje objawów. Druga to łagodny rozrost, który jest uciążliwy, ale na niego się nie umiera. Dlatego tak ważne jest wczesne wykrywanie, które decyduje o tym, jakie mamy szanse na wyleczenie pacjenta – mówi dr Paweł Salwa.

W przypadku wykrycia raka prostaty na wczesnym etapie przeżywalność jest bardzo wysoka, ale drastycznie spada wraz z upływem czasu.

Dopóki rak jest jeszcze w prostacie, mamy ogromną, mniej więcej 90-proc. szansę na całkowite wyleczenie pacjenta. Natomiast jeżeli ten moment przegapimy i dojdzie choćby do jednego przerzutu, to prawdopodobieństwo udanej terapii gwałtownie spada – do 40 proc. mniej więcej przy jednym przerzucie, a jeżeli mamy powyżej trzech–czterech przerzutów, to niestety uznaje się, że danego pacjenta wyleczyć już się nie da – mówi urolog.

Tymczasem pierwsze badanie diagnostyczne jest możliwe już na etapie laboratorium. Służy do tego określenie stężenia białka PSA we krwi. Zaleca się, aby mężczyźni po 50. roku życia wykonywali takie badanie co rok, a w przypadku obciążenia rodzinnego powinni zacząć już młodsi panowie, po 40. roku życia. Jeśli poziom PSA jest podwyższony, konieczna jest dalsza diagnostyka. Nie musi on od razu świadczyć o zmianach nowotworowych, a tylko o łagodnym przeroście prostaty. Z badań obrazowych ocenie prostaty służy m.in. USG transrektalne (TRUS), ale dostępne są coraz nowsze i bardziej nowoczesne metody diagnozowania.

– Złotym standardem i metodą, która aktualnie wydaje się najlepszą, jest najpierw rezonans magnetyczny prostaty, a potem biopsja fuzyjna, czyli pod kontrolą rezonansu z odpowiednim oprzyrządowaniem. To wszystko może się odbyć w sposób bardzo przyjazny dla pacjenta, niebolesny, bezpieczny, a zarazem skuteczny – wskazuje dr Paweł Salwa.

Z Narodowego Testu Zdrowia Polaków przeprowadzonego przez serwis Medonet w partnerstwie z Nationale-Nederlanden wynika jednak, że pacjenci niechętnie decydują się nawet na zupełnie nieinwazyjne badanie przesiewowe. Badaniu PSA poddało się zaledwie 37 proc. ankietowanych w wieku od 55 do 64 lat.

Podejście mężczyzn w Polsce do badań profilaktycznych jest dosyć problematycznym tematem, dlatego że my jako mężczyźni generalnie mało dbamy o swoje zdrowie, a sfera urologiczna jest dodatkowo związana z tematem tabu – mówi kierownik Oddziału Urologii w Szpitalu Medicover.

Jednym ze sposobów leczenia nowotworu prostaty jest jego operacyjne usunięcie. W Polsce wciąż nie ma refundacji niektórych nowoczesnych metod leczenia, takich jak np. operacje w asyście robota da Vinci. 

Robot pozwala nam na niemal mikrochirurgiczne usunięcie chorych tkanek, a ta precyzja pozwala na zachowanie struktur, które potrzebne nam są w dalszym, normalnym życiu. Struktury anatomiczne, które odpowiadają za trzymanie moczu czy erekcję, to są często błonki grubości 1 milimetra – wskazuje ekspert.

Operacje w asyście robota da Vinci polegają na wykonaniu na skórze brzucha kilku małych, wielkości ok. 1,5 cm, otworów, przez które wprowadzane są do ciała jego cztery ramiona. Na jednym umieszczona jest stereoskopowa kamera, dzięki której operator widzi w 3D operowaną przestrzeń z dużym, nawet 20-krotnym powiększeniem. Co ważne, całą operację wykonuje operator, a nie maszyna. Dla chorego operacja robotem da Vinci oznacza mniejszy ból, mniejsze krwawienie śródoperacyjne, mniejsze ryzyko powikłań, skrócony czas gojenia się rany i szybszy powrót do zdrowia.

W Szpitalu Medicover tego typu operacje są już standardem – w ostatnich trzech latach zespół doświadczonych urologów przeprowadził ponad 1,2 tys. takich zabiegów. Wykorzystywana jest do tego autorska metoda doktora Salwy – SMART (ang. Salwa Modified Advanced Robotic Technique), która chroniona jest przez Urząd Patentowy RP.

– To więcej niż wszystkie inne polskie centra robotyczne razem wzięte, a to właśnie doświadczenie ośrodka jest kluczowe, aby rezultat operacji był jak najlepszy. Naszym celem jest wyleczyć pacjenta z choroby nowotworowej, ale także żeby wykonać to z poszanowaniem dla jakości życia, czyli żeby mężczyzna wrócił do normalnego życia jak najszybciej, jak najpełniej – mówi dr n. med. Paweł Salwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zaledwie-co-trzeci,p241941776

Polska aplikacja umożliwia niewidomym łatwe przemieszczanie się wewnątrz budynków. Rozwiązanie zostanie niebawem poszerzone o funkcje sztucznej inteligencji

Wirtualny asystent w aplikacji mobilnej zaprowadzi osobę z dysfunkcją wzroku pod same drzwi sklepu w galerii lub biura czy peron na dworcu. Rozwiązanie, które tworzy polska firma, ma być pierwszym tak dokładnym i uniwersalnym w skali świata. Co więcej, jego funkcjonalność ma się sprowadzać nie tylko do wsparcia osób niewidzących, ale i seniorów czy osób z innymi niepełnosprawnościami. Twórcy aplikacji planują rozwijać ją w kierunku wdrożenia sztucznej inteligencji oraz wykorzystania przewodnictwa kostnego przy odtwarzaniu dźwięku.

– The Compass jest wirtualnym asystentem, który ma wspierać użytkownika głównie z dysfunkcją wzroku, ale także inne osoby potrzebujące wsparcia wewnątrz obiektów użyteczności publicznej, na przykład centrów handlowych, budynków biurowych, dworców, hoteli. Jeśli chodzi o typ obiektu, nie ma to żadnego znaczenia, bo tak naprawdę możemy go zaimplementować wszędzie – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Magdalena Wawrzyniak, prezes zarządu Associated Apps.

Aplikację można ściągnąć ze sklepu App Store lub Google Play. Gdy użytkownik pojawi się w budynku, w którym działa system, będzie on nawigowany do wybranego miejsca. Rozwiązanie działa na podobnej zasadzie jak nawigacja samochodowa. Jej funkcjonalność obejmuje między innymi nawigowanie do właściwej trasy w przypadku zejścia z wyznaczonej ścieżki, a także możliwość skontaktowania się z pomocą lub doprowadzenie użytkownika do drugiego użytkownika na terenie danego obiektu.

– Osoby korzystające z niej mogą się czuć komfortowo, bezpiecznie i niezależnie. To dla nich bardzo istotne, zwłaszcza że mamy pandemię. Proszenie o pomoc osoby, którą mielibyśmy np. wziąć pod rękę, żeby nas gdzieś zaprowadziła, jest obecnie niebezpieczne. Każdy z nas chce być zresztą samodzielny w tym, co robi na co dzień. Są różne rozwiązania dla osób z dysfunkcją wzroku, ale nie są one na tyle efektywne, żeby zapewnić tę samodzielność i niezależność użytkownikowi – mówi Magdalena Wawrzyniak.

Rozwiązania dla osób niewidomych, poruszających się po budynkach, dotychczas były realizowane na przykład poprzez tzw. systemy udźwiękowienia przestrzeni. Polegają one na odtwarzaniu komunikatów głosowych zawierających wskazówki przydatne w nawigacji. Taki system działa m.in. w Bibliotece Uniwersyteckiej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach czy w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej we Wrocławiu.  Z kolei aplikacje mobilne nawigujące po budynkach były niejednokrotnie przedmiotem pracy uczestników hackatonów. W ramach jednego z nich powstała aplikacja Indoor Available, nawigująca studentów po kampusie Politechniki Warszawskiej.

– Nasz system jest innowacyjny na skalę światową. To, co go wyróżnia od dostępnych aplikacji czy różnych form wsparcia na rynku, to jest dokładność w nawigowaniu. Jesteśmy w stanie doprowadzić użytkownika przed samo wejście do sklepu czy do toalety lub peronu. Aplikacja jest zaprojektowana w sposób inkluzywny, czyli odpowiada wszelkim potrzebom osób z dysfunkcją wzroku, ale nie tylko, bo również osobom, które poruszają się na wózku. Jest też dostosowana do osób starszych. Zależało nam na tym, żeby nie wykluczać też innych grup użytkowników – dodaje prezes zarządu Associated Apps.

Od strony technicznej za działanie systemu odpowiada komunikacja z wykorzystaniem Wi-Fi i instalowanych w mapowanym obiekcie beaconów. W określeniu położenia dodatkowo pomocne są sensory takie jak barometr czy czujnik pola magnetycznego. Po wyposażeniu obiektu w niezbędne urządzenia odbywa się właściwe mapowanie. Pracownicy chodzą po obiekcie ze smartfonami wyposażonymi w aplikacje przeznaczone do mapowania. Co ciekawe, w przypadku dużych obiektów muszą przemierzyć nawet kilkadziesiąt kilometrów.

Firma zapowiada rozwijanie aplikacji poprzez dodawanie do niej kolejnych funkcji czy ułatwień.

– Pracujemy między innymi nad rozwojem sztucznej inteligencji, żeby aplikacja była jeszcze bardziej intuicyjna i rozumiała w pewien sposób potrzeby użytkownika. Będziemy też wdrażać dodatkowe wearables, które ułatwią funkcjonowanie użytkownika w obiekcie, czyli np. bone conduction glasses. To są okulary, które przekazują dźwięk do uszu po kościach, więc osoba obok nie słyszy tego, co słyszy użytkownik mający na sobie te okulary. Planujemy sparować nasz system z systemami bezpieczeństwa pod kątem ewakuacji, bo ona też jest często problematyczna dla osób z różnymi dysfunkcjami – zapowiada Magdalena Wawrzyniak.

Z danych Międzynarodowej Agencji ds. Zapobiegania Ślepocie (IAPB) wynika, że w 2020 roku na całym świecie żyło 39 mln osób niewidomych. Do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć do 115 mln.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/polska-aplikacja,p1902423238

7 proc. Polaków deklaruje, że ma długi. Co trzeci z nich zetknął się z tym problemem po raz pierwszy podczas pandemii

Pandemia nie uderzyła w budżety polskich gospodarstw domowych aż tak mocno, jak zakładały prognozy. Większość z nich deklaruje, że ich sytuacja finansowa w tym czasie się nie zmieniła. Pogorszenie odczuło z kolei 28 proc. i było ono spowodowane głównie galopującymi cenami w sklepach. 7 proc. gospodarstw ma jednak problem z terminowym opłacaniem swoich rachunków i rat kredytów – wynika z najnowszego badania, które przeprowadził Kantar dla KRUK SA.

– Z naszego najnowszego badania wynika, że 28 proc. Polaków w czasie pandemii odnotowało pogorszenie sytuacji finansowej w swoim gospodarstwie domowym. Natomiast 6 proc. wskazało, że ich sytuacja w tym okresie wręcz się poprawiła. Zdecydowana większość Polaków wskazywała jednak, że ich sytuacja finansowa jest stabilna i w zasadzie nie zmieniła się w porównaniu z okresem przedpandemicznym – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach, rzeczniczka prasowa KRUK SA.

Z badania przeprowadzonego w październiku br. przez Kantar dla KRUK SA wynika, że 62 proc. polskich gospodarstw domowych nie odczuło wpływu COVID-19 na swoje budżety. Wśród 6 proc., które odczuły poprawę, najczęściej dostrzegały ją osoby posiadające troje lub więcej dzieci (17 proc.) lub te, które powadzą własną działalność gospodarczą (15 proc.). Z kolei na pogorszenie sytuacji najczęściej wskazywały osoby z mniejszych miast, liczących do 100 tys. mieszkańców (34 proc. wskazań), oraz zatrudnione w konkretnych branżach: usługowej (38 proc.), przemysłowej (29 proc.) i budowlanej (29 proc.).

– Są oczywiście także branże, które poradziły sobie dużo lepiej. Jest to głównie branża medyczna oraz sektor związany z administracją publiczną – mówi Agnieszka Salach.

Z badania przeprowadzonego dla KRUK SA wynika, że najczęstszym powodem pogorszenia sytuacji finansowej polskich gospodarstw domowych w czasie pandemii był wzrost wydatków, na który przełożenie ma wysoka inflacja. Na ten czynnik wskazało aż 57 proc. badanych. Z kolei dla 25 proc. gorsza sytuacja była spowodowana obniżką wynagrodzenia, a 16 proc. wskazywało na zamknięcie swojego miejsca pracy w związku z obostrzeniami.

Mimo to 82 proc. gospodarstw domowych zadeklarowało, że dobrze radzi sobie ze spłatą swoich zobowiązań i w terminie opłaca rachunki, raty kredytów etc. W przeciwnej sytuacji jest 7 proc. badanych, u których wystąpiły z tym problemy.

Co istotne, 39 proc. spośród tych 7 proc. to osoby, które w pandemii z problemem zadłużenia zetknęły się po raz pierwszy – podkreśla rzeczniczka KRUK SA.

Jak wskazuje, spóźnienia w terminowym regulowaniu rachunków i opłat niekoniecznie dotyczą tych gospodarstw domowych, których sytuacja finansowa pogorszyła się w pandemii. 30 proc. z nich zadeklarowało spadek poziomu oszczędności, co może sugerować, że część osób korzysta z wcześniej zgromadzonych środków, aby płacić rachunki w terminie.

Co ciekawe, 4 proc. Polaków zadeklarowało, że przed pandemią zmagało się z problemem zadłużenia, zaległymi opłatami za różnego rodzaju zobowiązania. Natomiast w tym momencie tego problemu nie mają – mówi Agnieszka Salach.

Statystyki pokazują, że opóźnienia w płatnościach zwykle dotyczą najbardziej podstawowych rachunków: za czynsz (34 proc.), prąd (28 proc.) czy gaz (22 proc.). Blisko co trzecia osoba wskazała też na trudności z terminową opłatą rachunku za telefon, a co piąta – ze spłatą raty pożyczki. Z kolei 11 proc. gospodarstw domowych, które obecnie mają długi, wskazało, że ma problemy z terminowym płaceniem rat kredytu hipotecznego.

Ponad 40 proc. badanych uważa, że w długi może popaść każdy i jest to prawda. Warto jednak pamiętać, że odpowiedzialność za decyzję, co zrobić z takim zadłużeniem, stoi po stronie osoby, która je posiada. Najważniejsze jest to, żeby nie chować głowy w piasek, otwierać korespondencję, czytać, weryfikować, kontaktować się z wierzycielem i negocjować warunki spłaty zadłużenia w ratach – mówi rzeczniczka KRUK SA.

W październikowym badaniu Kantar zapytał Polaków również o to, jakiej pomocy potrzebują, żeby poradzić sobie z zaległościami finansowymi. Większość oczekuje po prostu porady (43 proc.) albo zmotywowania (29 proc.) do spłaty zadłużenia, choć średnio co czwarty badany wskazał też na konieczność zaciągnięcia kolejnej pożyczki na uregulowanie poprzednich.

– Doskonale wiemy, że jest to droga, która może prowadzić do tzw. spirali zadłużenia – przestrzega Agnieszka Salach.

Co roku 17 listopada obchodzony jest Dzień bez Długów. To inicjatywa, której pomysłodawcą jest KRUK SA. Ma ona na celu promocję racjonalnego zarządzania domowym budżetem i edukację osób zadłużonych, które nie wiedzą, jak poradzić sobie ze spłatą długów. Dzień ten obchodzony jest od 2009 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/7-proc-polakow,p328731383

Lotnicze przewozy cargo popularniejsze niż przed pandemią. Przyczyniają się do tego transporty medyczne i rozwój e-handlu

Spadek liczby pasażerskich rejsów lotniczych, które służyły też do transportu towarów, spowodował konieczność zmian w działalności lotnisk i operatorów lotniczych. Jednak liczba operacji towarowych w ubiegłym roku zmniejszyła się o wiele skromniej niż tych z udziałem pasażerów. W I połowie br. ten segment już notował wzrosty – nie tylko wobec sytuacji sprzed roku, lecz także wobec wyników z 2019 roku. Paradoksalnie rynek cargo przeżywa obecnie boom, do czego przyczyniają się m.in. dynamicznie rosnący e-handel oraz przewozy artykułów medycznych.

– 35 proc. wartości wszystkich przewożonych na świecie dóbr jest przewożonych cargo lotniczym. Oczywiście te wartości, jeżeli mówimy o wadze towarów, są znacznie niższe, natomiast rzeczywiście cargo lotnicze ma ogromne znaczenie dla gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Paweł Zagrajek z Katedry Biznesu w Transporcie w Szkole Głównej Handlowej. – Pomaga w jej rozwoju, w wymianie handlowej, ale też – jak pokazał ostatnio okres pandemii – potrafi w kryzysie dostarczyć towary w sytuacji, kiedy one są potrzebne tu i teraz, a inne środki transportu nie mają takiej możliwości, żeby przewieźć coś w ciągu doby czy dwóch.

Pandemia podkopała kondycję portów lotniczych i przewoźników. W 2020 roku polskie lotniska obsłużyły niewiele ponad jedną trzecią liczby pasażerów, która przewinęła się przez nie w 2019 roku. Ze statystyk Urzędu Lotnictwa Cywilnego wynika, że liczba operacji (startów i lądowań) z udziałem pasażerów spadła o prawie połowę. Również I kwartał 2021 roku nie przyniósł poprawy. Pasażerów odprawiono i przyjęto w liczbie zaledwie jednej piątej wobec I kwartału 2020 roku, a liczba operacji z ich udziałem zmniejszyła się o ponad dwie trzecie. Znacznie lepiej było w II kwartale, kiedy odprawiono 2,8 mln pasażerów, 20-krotnie więcej niż rok wcześniej, ale i tak o blisko 80 proc. mniej niż w II kwartale 2019 roku. Statystyki dla przewozów cargo są o wiele bardziej optymistyczne.

– W tej chwili paradoksalnie przeżywamy boom na rynku cargo. Mimo że cały rynek lotniczy jest w kryzysie, to jednak sytuacja w przewozie towarów jest inna. Mamy do czynienia, po pierwsze, z potrzebą zaopatrzenia produkcji na świecie, po drugie, mamy cały czas potrzebę przewożenia produktów medycznych. Trzeci element, który się rozwinął podczas pandemii, czyli e-commerce, również napędza transport lotniczy cargo – wymienia Paweł Zagrajek.

W przypadku transportu towarów drogą lotniczą (cargo on board) spadek wagi przewiezionych w całym 2020 roku towarów wyniósł 18,1 proc., a w I półroczu br. odnotowano wzrost o 21,1 proc. (w samym II kwartale wzrost wyniósł 56,6 proc. r/r.). Największe wzrosty w statystykach półrocznych widać było na lotniskach we Wrocławiu (o 435 proc.) oraz Gdańsku (45,5 proc.). Co istotne, waga przewiezionych towarów (58,4 tys. ton cargo) była też większa niż w analogicznym okresie 2019 roku, czyli przed pandemią (o 2 proc.). Najpopularniejszymi były Niemcy, Stany Zjednoczone i Indie.

Jak mówi ekspert Szkoły Głównej Handlowej, połowa towarów przewożona była przed pandemią lotami pasażerskimi. Ich nagłe zmniejszenie spowodowało trudności operacyjne.

– W tej chwili, kiedy rejsów pasażerskich jest znacznie mniej, przewoźnicy uruchamiają dodatkowe rejsy cargo samolotami pasażerskimi, tylko przewożą towary na pokładzie pasażerskim czy wręcz na fotelach pasażerskich – tłumaczy dr Paweł Zagrajek. – To też jest dla portów pewne wyzwanie, ponieważ wcześniej cargo jednak w przeważającej części podróżował w sposób spaletyzowany, czyli sformowany. W tej chwili mamy do czynienia, jeżeli można tak kolokwialnie powiedzieć, z dużą liczbą lekkich paczek, czyli z drobnicą. Oczywiście nie tylko, ale to jest dodatkowe obciążenie dla portów i przewoźników.

Podczas pandemii udział sprzedaży przez internet w całej sprzedaży detalicznej zmieniał się w rytm kolejnych lockdownów. Najwyższa, bo dwucyfrowa była w kwietniu (11,9 proc.) i listopadzie (11,4 proc.) 2020 roku oraz w kwietniu 2021 roku (10,8 proc.). Jednak w okresach otwarcia sklepów w galeriach, zwłaszcza latem, spadała do nieco ponad 6 proc. w wakacje ub.r. i 7,4–7,9 proc. latem tego roku. Z kolei z analizy przeprowadzonej przez PwC wynika, że w 2020 roku kanał online miał 14-proc. udział w wartości sprzedaży detalicznej w Polsce. W 2026 roku wartość brutto polskiego rynku handlu e-commerce będzie według tego opracowania na poziomie 162 mld zł. Oznacza to średnioroczny wzrost na poziomie 12 proc. Najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda.

 Nie widzę potrzeby radykalnych zmian w obsłudze e-commerce’u i cargo lotniczego. Natomiast rzeczywiście porty muszą się rozbudowywać, bo widać już na przykładzie ostatniego okresu, że ten rynek będzie się rozwijał. Czyli muszą zwiększać swoje moce przerobowe, przepustowość, na pewno będą też musiały zatrudniać kadry – przewiduje specjalista z Katedry Biznesu w Transporcie SGH. – Nie wiemy jeszcze, jak będzie wyglądał rynek pasażerski, bo jest ciągle dużo niewiadomych, natomiast sam potencjał będzie się rozwijał.

Do rozwoju rynku cargo przyczyniają się także problemy w transporcie morskim związane m.in. z brakiem kontenerów. To pociągnęło za sobą wzrost kosztów tego transportu oraz opóźnienia w dostawach.

Dane ULC wskazują, że w I półroczu najwięcej cargo przewiózł PLL LOT (18,9 tys. ton). Na kolejnych miejscach pod względem tonażu znajdowali się DHL i UPS. Z kolei największym ilościowym wzrostem w stosunku do pierwszej połowy 2020 roku mógł pochwalić się PLL LOT, a następnie DHL oraz SprintAir.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/lotnicze-przewozy-cargo,p1077438897