PKEE: Cała Europa zmaga się z podwyżkami cen energii. Głównymi powodami unijna polityka klimatyczna i handel emisjami

Inflacja i rosnące ceny energii w coraz większym stopniu drenują kieszenie Polaków. W ramach walki z drożyzną i przyjętej na początku grudnia tarczy antyinflacyjnej rząd zniósł jednak akcyzę na energię elektryczną sprzedawaną gospodarstwom domowym i obniżył stawkę VAT na energię z 23 na 5 proc. PKEE wylicza, że dzięki temu przeciętne gospodarstwo domowe na początku przyszłego roku niemal nie odczuje podwyżek, a od stycznia do marca comiesięczne rachunki za energię elektryczną wzrosną tylko o ok. 6 zł. W dłuższej perspektywie trzeba jednak nastawić się na kolejne wzrosty cen, spowodowane m.in. unijną polityka klimatyczną i dążeniem do zeroemisyjności.

– Tarcza antyinflacyjna istotnie zmniejszy dotkliwość podwyżek cen energii dla odbiorców indywidualnych. Według wyliczeń PKEE typowa polska rodzina zużywająca miesięcznie ok. 1,8 MWh przy taryfie G11 dla gospodarstw domowych zapłaci w przyszłym roku za prąd średnio ok. 21 zł więcej miesięcznie. Natomiast dzięki rozwiązaniom tarczy antyinflacyjnej od stycznia do marca ta kwota będzie znacznie mniejsza i wyniesie tylko ok. 6 zł. To przede wszystkim efekt zmniejszenia przez rząd podatku VAT do 5 proc. i redukcji akcyzy do zera – mówi agencji Newseria Biznes Magda Smokowska, doradca w Polskim Komitecie Energii Elektrycznej (PKEE).

Tarcza antyinflacyjna to rozwiązanie wprowadzone przez rząd na początku grudnia, aby przeciwdziałać skutkom rosnących cen. Jej najważniejsze założenia to m.in. obniżenie pomiędzy styczniem a marcem 2022 roku stawki VAT na gaz ziemny i ciepło systemowe z 23 do 8 proc., zniesienie akcyzy na energię elektryczną sprzedawaną gospodarstwom domowym oraz obniżenie stawki VAT na energię z 23 na 5 proc. Rząd wyliczył, że dzięki temu podwyżki w polskich domach na początku roku zostaną zredukowane o około 60 proc. Z kolei w całym roku przeciętne gospodarstwo domowe (grupa taryfowa G11, 1,8 MWh zużycia miesięcznie) będzie płaciło rachunki wyższe średnio o ok. 21 zł.

– W perspektywie długoterminowej trzeba liczyć się z kolejnymi podwyżkami cen energii. Polityka klimatyczna UE wymaga ogromnych inwestycji związanych z dążeniem unijnej gospodarki do neutralności klimatycznej. To wieloletni i kosztowny proces, wymagający wielkich zmian nie tylko w gospodarce, ale i w przyzwyczajeniach odbiorców energii – mówi Magda Smokowska.

Jak podkreśla, rosnące ceny energii elektrycznej to problem, z którym boryka się w tej chwili nie tylko Polska, ale i cała Europa. Powodami tego są m.in. wzrosty cen uprawnień do emisji CO2, drożejące surowce energetyczne i tegoroczna, niższa produkcja energii ze źródeł odnawialnych, a także zwiększony popyt. Jest on efektem ożywienia gospodarczego, które wystąpiło po miesiącach lockdownu i ograniczeń związanych z pandemią COVID-19.

– Wpływ tych czynników rozkłada się różnie w poszczególnych gospodarkach, jednak prawie cała Europa zmaga się z podwyżkami cen energii – na niektórych rynkach znacznie bardziej drastycznymi niż w Polsce – mówi doradca w Polskim Komitecie Energii Elektrycznej.

Rząd wskazuje, że głównym czynnikiem odpowiedzialnym za wzrost cen energii są uprawnienia do emisji dwutlenku węgla w unijnym systemie ETS. W Polsce koszt uprawnień do emisji CO2 stanowi aż 59 proc. całkowitej ceny energii, marża sprzedawców to raptem ok. 1 proc. Tymczasem w grudniu br. cena uprawnień do emisji CO2 wynosiła aż 90 euro za tonę, czyli trzykrotnie więcej niż jeszcze na początku tego roku.

– Zakup uprawnień do emisji dwutlenku węgla jest konieczny do produkcji energii w elektrowniach węglowych czy gazowych. Na rynku EU ETS można było zaobserwować lawinowy wzrost cen uprawnień będący wynikiem m.in. spekulacji. Jeszcze cztery lata temu, na przełomie 2017 i 2018 roku, ceny uprawnień do emisji kształtowały się na poziomie ok. 8 euro za tonę. W ostatnim czasie ceny te były aż jedenastokrotnie wyższe – mówi Magda Smokowska.

Unijny system handlu emisjami ETS jest kluczowym elementem polityki UE na rzecz walki ze zmianami klimatu i podstawowym narzędziem służącym do zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Środki ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 trafiają do budżetu danego państwa i przynajmniej w połowie powinny być przeznaczane m.in. na inwestycje sprzyjające redukcji emisji gazów cieplarnianych i system wsparcia dla odbiorców energii. W tym roku z handlu prawami do emisji CO2 do budżetu Polski trafi ok. 25 mld zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pkee-cala-europa-zmaga,p874849374

Estonia liderem w poziomie digitalizacji państwa. To przyciąga kapitał i zachęca do zakładania firm

Republika Estonii to najbardziej „cyfrowy” kraj na Ziemi. Oferuje swoim obywatelom (jest ich 1,3 mln) usługi publiczne zdigitalizowane w 99 proc. Jednocześnie osiąga jeden z najwyższych wskaźników zaufania obywateli do rządów spośród państw członkowskich UE. Przekłada się to na wzmożony rozwój start-upów, szczególnie z branży IT. Jest ich tam najwięcej w Europie w przeliczeniu na mieszkańca. Niektórzy określają Estonię Nadbałtycką Doliną Krzemową. Stabilne prawo podatkowe czy najszerszy na świecie wachlarz e-usług sprawiają, że otoczenie do prowadzenia biznesu sprzyja jego rozwojowi.

– Spółka, która jest wyceniana na ponad miliard dolarów, to tzw. unicorn, czyli jednorożec. Estonia, czyli kraj, który zamieszkuje 1,3 mln mieszkańców, ma aż siedem tego typu spółek, więc ma najlepszy wynik w Europie pod względem liczby jednorożców na mieszkańca – zauważa Daniel Bajer, dyrektor ds. rozwoju w Enterprise Estonia, estońskiej fundacji narodowej, której celem jest rozwój krajowej gospodarki.

W pierwszym rządzie niepodległej Estonii w 1991 roku, po jej rozstaniu ze Związkiem Radzieckim, średnia wieku ministrów nie przekraczała 35 lat. Chcieli stworzyć państwo nowoczesne, opierające się na rozwoju technologii. Przewidzieli, że komunikacja przyszłości będzie się opierać na internecie i powstanie coś na kształt społeczeństwa cyfrowego. W 1997 roku wcześniej, kiedy niecałe 2 proc. populacji świata miało dostęp do internetu, a nieznany szerzej start-up o nazwie Google nieśmiało prezentował zarejestrowaną domenę, Estonia wystartowała z projektem o nazwie Tiigrihüpe (Tygrysi skok), inwestując w rozwój internetu i umiejętności cyfrowe obywateli. Niedługo potem prawie wszystkie estońskie szkoły miały dostęp do sieci. W 2000 roku Estonia uchwaliła przepisy uznające dostęp do internetu za podstawowe prawo człowieka.

Fundacja Enterprise Estonia założona została również w 2000 roku. Celuje w rozwój estońskich przedsiębiorstw i zwiększenie zdolności eksportowych, wzmocnienie turystyki oraz przyciągnięcie do Estonii kapitału zagranicznego o wysokiej wartości dodanej.

– Estończycy postawili na internet i edukację i jako wynik tego po 30 latach mają najwięcej spółek, które mają ogromną wartość ekonomiczną. I w związku z tym systemem i wykorzystaniem tych możliwości internetu, ale również nowoczesnych technologii, cały czas się rozwijają – zauważa Daniel Bajer w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Martin Roger, ambasador Estonii w Polsce, mieszkający od trzech lat w Warszawie, dodaje, że obranie takiego kierunku rozwoju – intensywnej transformacji cyfrowej – to korzyści dla gospodarki  i społeczeństwa.

– Rozpoczęliśmy ją przede wszystkim od zmian w sektorze publicznym, umożliwiając świadczenie usług publicznych drogą internetową za pośrednictwem e-usług. Miało to ogromny wpływ również na szeroko rozumiane otoczenie biznesowe, na sposób komunikacji obywateli i przedsiębiorstw z organami rządowymi – zaznacza reprezentant estońskiej służby dyplomatycznej w Polsce.

Obecnie internet ma 90 proc. estońskich gospodarstw domowych. Złożenie zeznania podatkowego zajmuje przeciętnemu Estończykowi pięć minut. Ponadto obywatele Estonii od 2005 roku mogą głosować online z dowolnego miejsca na świecie.

– Przykładem jest też podpis cyfrowy, który jest powszechnie stosowany już od niemal 20 lat. Każdy obywatel czy mieszkaniec Estonii oszczędza średnio pięć dni roboczych rocznie na dojazdach z miejsca na miejsce dzięki możliwości cyfrowego podpisywania dokumentów. Oprócz tego administracja publiczna korzysta z automatycznej sprawozdawczości, aby przedsiębiorcy mogli się skupić na rozwijaniu działalności, a ich obciążenie administracyjne było jak najmniejsze – mówi ambasador.

To przekłada się na lepsze warunki dla rozwoju nowoczesnych firm zajmujących się nowymi technologiami. Rozwija się sektor cyfrowych usług dla klientów firm oraz obywateli.

– Estończycy postawili na edukację i na innowację, ale również na rozwiązania związane z wdrożeniem edukacji i innowacji w systemie administracji publicznej. Obecnie wszystkie świadczenia administracji publicznej wykonywane są przez internet, wyjątki stanowią ślub i rozwód. Więc nie tylko rozwijają się start-upy i spółki oraz przedsiębiorczość innowacyjna, ale również całe państwo funkcjonuje jak start-up – wyjaśnia Daniel Bajer, reprezentant estońskiej fundacji.

Jak zauważa z kolei Dawid Wiktor, dyrektor generalny firmy Media Scope Group z siedzibą w Tallinie, w Estonii biurokracja, z którą spotyka się obywatel czy firma, jest ograniczona do absolutnego minimum.

– Czas, który normalnie musielibyśmy poświęcać na rzeczy stricte papierkowe, administracyjne, możemy poświęcić na rozwój firmy. Na przykład możemy w tym czasie pracować nad doskonaleniem produktów, obsługi klienta, możemy się zajmować chociażby pozyskiwaniem funduszy od inwestorów czy też z innych źródeł, dodatkowo możemy się po prostu przede wszystkim skupić na tym, co robimy, zamiast na rzeczach stricte administracyjnych, czyli kontaktach z urzędami – tłumaczy Dawid Wiktor.

Kierowana przez niego firma zajmuje się badaniami behawioralnymi i komunikacją opartą na danych, która może pomóc w lepszym dotarciu i zrozumieniu odbiorców. Dyrektor Media Scope Group przyznaje, że estońska administracja jest bardzo przyjazna i pozwala załatwić sprawy w bardzo szybkim czasie.

– Przykładowo, kiedy potrzebowaliśmy kilku dokumentów z estońskiego urzędu skarbowego, udało się je uzyskać w ciągu niecałych 24 godzin. Jeśli chodzi o Polskę, to procedury administracyjne nie są też takie przyjazne jak w Estonii i podejście urzędów jest zasadniczo inne. W Estonii przedsiębiorcy są traktowani jak partnerzy przez urzędników. Oznacza to, że kiedy idziemy do urzędu, tak naprawdę idziemy faktycznie rozwiązać dany problem. Niezależnie, czy chodzi o wydanie jakiejś decyzji administracyjnej, czy uzyskanie licencji, przebieg jest bardzo przyjazny dla przedsiębiorcy – opowiada Dawid Wiktor. W jego ocenie istotne znaczenie dla prowadzenia rozwojowego biznesu mają otoczenie administracyjno-prawne oraz udogodnienia, zwłaszcza dla branży nowych technologii. Nie bez znaczenia jest też poziom wyedukowania obywateli.

– Estonia jest liderem w rankingu PISA, co oznacza, że mamy dostęp do dobrze wyedukowanej siły roboczej, która może być zatrudniona przez firmy i w dość szybkim czasie dokonywać postępów. Jeśli chodzi o talenty IT czy też talenty związane z innymi pozycjami w świecie technologii, Estonia jest miejscem, w którym możemy znaleźć bardzo dużo uzdolnionych osób, o czym też świadczy przykładowo nasze doświadczenie: zatrudniamy ludzi w Estonii, którzy osiągają niezwykłe postępy w swojej pracy, dzięki czemu jesteśmy w stanie dotrzeć szybciej na rynek z naszymi rozwiązaniami, co daje nam również przewagę konkurencyjną. Ulokowanie firmy w Estonii i prowadzenie tam działalności w przypadku firm z branży technologicznej może faktycznie stworzyć  przewagę konkurencyjną na rynku – zaznacza dyrektor Media Scope Group.

Wylicza, że w Estonii powstają głównie firmy IT, z branż takich jak technologie reklamowe, analityczne czy biotechnologiczne. Dominują różnego rodzaju start-upy, które pracują nad nowatorskimi rozwiązaniami, również z zakresu healthtech.

– Firmy te decydują się na Estonię, ponieważ mają tam dostęp do dobrze wykwalifikowanych pracowników, którzy pomagają wprowadzić rozwiązania na rynek o wysokiej jakości w dość krótkim czasie. Ponadto Estonia jest krajem przyjaznym dla biznesu z bardzo uproszczonymi procedurami administracyjnymi oraz przyjaznym systemem podatkowym, co sprawia, że jest to kraj atrakcyjny dla biznesu – podkreśla rozmówca Newserii Biznes. – Nie musimy spędzać większości czasu na sprawach administracyjnych czy też na borykaniu się ze zrozumieniem, jak działa system podatkowy.

Za bardzo istotne dla komfortu prowadzenia biznesu dyrektor Media Scope Group uważa stabilne środowisko prawne w Estonii. 

– Ewentualne zmiany w prawie są przewidywalne oraz wprowadzane w sposób ostrożny, czyli taki, że nie jesteśmy nagle zaskakiwani nowymi regulacjami – zachwala Dawid Wiktor.

Według najnowszego raportu pt. „Stan europejskiej technologii 2020”, przygotowanego przez Atomico, jeden z wiodących europejskich funduszy venture capital, w Estonii na 1 mln mieszkańców przypada 800 start-upów. Polska z wynikiem 50 odstaje od europejskiej średniej wynoszącej 190. Dla Niemiec i Francji wskaźnik ten wynosi 350, podobnie dla niewielkiej Litwy.

Estonia i jej potencjał były jednym z tematów Thursday Gathering. To cykliczne imprezy, które co czwartek przyciągają do warszawskiego Varso społeczność innowatorów. Organizatorem bezpłatnych i otwartych dla wszystkich chętnych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/estonia-liderem-w-poziomie,p2082126312

Jedzenie i zakupy na dowóz z robotem w roli kuriera. Polska firma już zaczęła testy robotycznych doręczycieli

Roboty dowożące jedzenie i zakupy pod drzwi mają być już wkrótce nowością na polskim rynku dostaw. Pomysł na wykorzystanie tego typu urządzeń do dostarczania zakupów, poczty czy pizzy, poruszających się po chodnikach i ścieżkach rowerowych, powstał jeszcze przed wybuchem pandemii, ale to właśnie w jej wyniku innowacja nabrała rozpędu. Niektórzy zagraniczni gracze, na przykład w Stanach Zjednoczonych, mają już po tysiąc takich kurierów. – Roboty do dostarczania jedzenia to naprawdę bliska przyszłość – uważa Sergiusz Lebedyn, założyciel DeliveryCouple. Jego firma jako pierwsza rozwija technologię na rodzimym gruncie.

Pandemia COVID-19 pchnęła branżę gastronomiczną o lata naprzód. Restauracje i bary, które przez kilka miesięcy pozostawały zamknięte, musiały inwestować w usługi na wynos. Zaczęły więc szukać nowoczesnych rozwiązań, by zwiększyć wygodę i bezpieczeństwo swoich klientów, a tym samym wpłynąć na rentowność prowadzonego biznesu. To m.in. dedykowane ich usługom i ofercie aplikacje na smartfony oraz korzystanie z systemów dostaw do klienta, oferowanych przez firmy kurierskie.

Pomysł na roboty w tej branży to w Polsce nowość. Sergiusz Lebedyn uważa jednak, że w ciągu dwóch–trzech lat w każdym większym polskim mieście będzie kursowało średnio około 10 tego typu robotów, dostarczając jedzenie i zakupy. Będą to robić na krótszych niż kurierzy odcinkach. Ostatnia mila, czyli dostarczenie paczki do rąk klienta, to znany problem branży logistycznej, a w gastronomii na dodatek jest on silnie związany z czasem dostawy. Restaurator nie zawsze ma pod ręką wolnego kuriera. Takie maszyny to pożądane rozwiązanie również z kilku innych powodów. 

– Jeśli mówimy o zaletach robotów do dostarczania jedzenia, jest to przede wszystkim cena. Roboty zagospodarują rynek dostaw poniżej 3 kilometrów, więc z jednej strony będzie taniej, z drugiej będzie to bardziej przewidywalne i skalowalne – wyjaśnia założyciel DeliveryCouple.

To rozwiązanie sprawdzi się przykładowo w dniach czy godzinach, kiedy zamówień jest najwięcej. Przykładowo na ulubioną pizzę w piątek wieczór czekamy zazwyczaj dłużej niż w pozostałe dni robocze.

 Jednym z powodów, dlaczego tak się dzieje, jest brak kurierów i kierowców. Robotów można zaangażować tyle, ile trzeba w danym momencie – mówi Sergiusz Lebedyn. – Robot niestety nie wejdzie na klatki i nie zapuka do drzwi. Będzie w stanie podjechać pod blok i trzeba będzie zejść po odbiór jedzenia.

Szef start–upu podkreśla, że maszyny nie zastąpią kierowców i kurierów. Zagospodarują bowiem krótsze odcinki dostaw. Do tego dochodzi ugruntowany przez właścicieli styl prowadzenia sklepu, baru czy restauracji, w którym zastosowanie robotów będzie niepraktyczne. Poza tym niektóre sklepy i lokale działają w miejscach, gdzie robot nie jest w stanie podjechać pod same drzwi, zatem trudno będzie szybko i sprawnie załadować do niego jedzenie czy zakupy.

– Wtedy oczywiście kierowca jest bardziej osobą odpowiednią do tego typu zadania – zaznacza założyciel DeliveryCouple.

W Lublinie, gdzie powstała i funkcjonuje jego firma, rozwiązanie jest obecnie testowane. Dwa roboty wykonują zlecone dostawy na razie pod opieką operatora, w przyszłości mają pracować prawie zupełnie autonomicznie.

Jeśli chodzi o stosowanie tej technologii w praktyce, nie wszystko jest jednak do końca sprecyzowane. Jak zauważa Lebedyn, w polskim prawodawstwie brakuje szczegółowych regulacji. Spodziewa się jednak ich powstania w ciągu najbliższych kilku lat. Podobnie było, gdy w miastach masowo zaczęły się pojawiać elektryczne hulajnogi.

– Przede wszystkim rząd musi w ogóle się dowiedzieć, że istnieje taka technologia jak roboty do dostarczania jedzenia, które mogą poruszać się po chodnikach i drogach rowerowych – podpowiada ekspert. – Obecnie takie roboty podlegają pod prawo, które dotyczy autonomicznych pojazdów, testowanych na drogach publicznych. Już teraz rozmawiamy z władzami miast i badamy temat, jak można dostosować to na poziomie lokalnym.

Właściciel DeliveryCouple wskazuje, że roboty powinny poruszać się po chodnikach nie szybciej niż piesi, a więc ok. 8 km na godzinę. Po ścieżkach rowerowych mogłyby jechać znacznie szybciej, w granicy 18 km na godz. (obecna dozwolona prędkość dla rowerów i hulajnóg, w tym jednośladów elektrycznych, na takiej ścieżce wynosi 20 km na godz.). 

Możliwości robotycznych kurierów były prezentowane i omawiane podczas jednego z ostatnich tegorocznych Thursday Gathering. To cykliczne imprezy, które co czwartek przyciągają do warszawskiego Varso społeczność innowatorów. Organizatorem bezpłatnych i otwartych dla wszystkich chętnych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jedzenie-i-zakupy-na,p1937515737

Budżety organizacji pozarządowych i samorządów ucierpiały w wyniku pandemii. Część projektów uda się zrealizować dzięki grantom

Pandemia koronawirusa uderzyła w samorządy i organizacje pozarządowe. Zmuszone zostały więc do cięcia wydatków i rezygnacji z części projektów. Wsparciem dla tych podmiotów stają się programy grantowe i edukacyjne organizowane przez polskie firmy. Jedna z nich – Polskie Sieci Elektroenergetyczne – w 2021 roku przekazała prawie 4,3 mln zł na realizację aż 215 projektów poprawiających jakość życia mieszkańców.

W 2021 roku Polskie Sieci Elektroenergetyczne realizowały swoje działania w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu na niespotykaną dotąd skalę. Na wszystkie projekty przeznaczyliśmy łącznie prawie 4,3 mln zł, naszym wsparciem objęliśmy m.in. 70 urzędów gmin i powiatów, ponad 60 organizacji pozarządowych, prawie 40 szkół i przedszkoli, 20 ośrodków kultury, sportu i rekreacji oraz bibliotek i 10 placówek ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Kostiuk, koordynator projektów społecznych i edukacyjnych w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne w 2021 roku zrealizowały działania w zakresie społecznym, edukacyjnym i charytatywnym. Jedną z inicjatyw jest ogólnopolski program grantowy „WzMOCnij swoje otoczenie”, w ramach którego PSE wyłoniły najlepsze lokalne projekty społeczne związane z aktywnością fizyczną, bezpieczeństwem, edukacją czy rozwojem wspólnej przestrzeni publicznej. Łącznie nagrodzono ponad 180 pomysłów o wartości prawie 3,7 mln zł.

Wśród projektów nagrodzonych w tym roku możemy wymienić zakup interaktywnych narzędzi dydaktycznych, takich jak gogle VR, które trafiły do szkoły podstawowej w Otwocku, gdzie uruchomiliśmy wirtualne laboratorium chemiczne. Z narzędzi były to także pomoce dydaktyczne do nauki języków obcych. W innych placówkach oświatowych zostały uruchomione gabinety integracji sensorycznej, natomiast w obszarze środowiska naturalnego pomagaliśmy w budowie ścieżek rekreacyjnych rowerowych i pieszych czy tras do nordic walkingu – wymienia przedstawiciel PSE.

Ważnym obszarem działań firmy była edukacja. O roli, misji i znaczeniu PSE jako krajowego operatora elektroenergetycznego systemu przesyłowego dowiedzieli się uczniowie. W ramach pilotażowej edycji programu Akademia Mocy w 24 mazowieckich szkołach PSE zorganizowały 51 spotkań edukacyjnych dla 1800 uczniów. W trakcie zajęć mogli oni m.in. wytworzyć pioruny przy użyciu generatora Van de Graaffa, zbadać, czym jest plazma, uruchomić świetlówki bez podłączenia do gniazdka, sprawdzić pobór mocy poszczególnych urządzeń oraz natężenie pola elektromagnetycznego, a w wielkiej klatce Faradaya przekonać się, jak uchronić się przed burzą.

Ponadto PSE aktywnie zaangażowały się we wsparcie placówek medycznych i ich pracowników w celu zapobiegania, zwalczania i niwelowania skutków pandemii COVID-19. W ramach II edycji ogólnopolskiej akcji HASHWdzięczniMedykom Caritas Polska przekazano 77 koncentratorów tlenu dla hospicjum w Kartuzach oraz szpitali w Wejherowie, Słupsku, Gorzowie Wielkopolskim i Ostrołęce. Ważnym projektem było współfinansowanie zakupu tomografu komputerowego ze sztuczną inteligencją i platformą radiologiczną do analizy zdjęć dla Centralnego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie. Na ten cel przeznaczono aż milion złotych.

Wszystkie działania społeczne, edukacyjne i charytatywne realizujemy z myślą o mieszkańcach gmin i powiatów, w których budujemy bądź modernizujemy infrastrukturę najwyższych napięć, oraz w miejscach, w których dbamy o to, aby prąd w danym momencie trafił do gniazdek w naszych domach, miejscach pracy, szpitalach i szkołach. Zależy nam na inicjatywach, które mają taki wymiar długotrwały, a więc których korzyści będą odczuwalne przez mieszkańców nie tylko dzisiaj, ale także przez długie lata – tłumaczy Szymon Kostiuk.

Już w kolejnym roku na mieszkańców gmin czekają kolejne działania PSE. Firma przygotowuje się do organizacji czwartej, rekordowej edycji programu „WzMOCnij swoje otoczenie”. Swoim zasięgiem obejmie on ponad 170 samorządów. Kontynuowane będą także zajęcia w ramach „Akademii MOCy”. W 2022 roku odbędzie się aż 117 wydarzeń, w których udział wezmą uczniowie z 54 szkół podstawowych w 32 dolnośląskich i mazowieckich gminach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/budzety-organizacji,p401122336

Litwa płaci za konflikt z Pekinem. Ekspert: Trudno określić, jaki stosunek do Chin ma polski rząd

W ostatnich tygodniach Chiny obniżyły rangę stosunków dyplomatycznych z Litwą, wstrzymały wydawanie wiz dla jej obywateli i sięgnęły po sankcje gospodarcze, całkowicie blokując import z nadbałtyckiego kraju. To odwet za to, że – mimo protestów Pekinu – litewski rząd zgodził się na otwarcie Tajwańskiego Biura Przedstawicielskiego w Wilnie. – Litwa jest po prostu przedmiotem w rozgrywkach. Mamy najzwyczajniej w świecie do czynienia z prowokacją, która ma za zadanie zwrócić uwagę Stanów Zjednoczonych – ocenia Leszek Ślazyk, ekspert ds. Chin z Contemporary China Studies Institute. Jak podkreśla, Polska stoi w tym konflikcie po stronie Chin, ale jednocześnie w sferze gospodarczej podejmuje działania, które są sprzeczne z deklaracjami o chęci utrzymywania poprawnych stosunków z Pekinem.

Litwa jest po prostu przedmiotem w rozgrywkach. Myślę, że władze Litwy wyciągnęły zbyt daleko idące wnioski z jakichś rozmów kuluarowych, prowadzonych z dala od mikrofonów i kamer. To jest małe państwo, które nie ma właściwie żadnych relacji handlowych z Chinami. Od początku istnienia niepodległej Litwy Chiny zainwestowały tam tylko 3 mln euro, więc to jest państwo, które nie ma dla nich żadnego istotnego znaczenia. Natomiast jest świetnym przykładem tego, co może stać się z innymi państwami, które postanowią w ten sam sposób podchodzić do kwestii bardzo drażliwych dla Chin – mówi Leszek Ślazyk.

Konflikt chińsko-litewski zaostrza się od momentu, kiedy 18 listopada br. w Wilnie zostało otwarte Tajwańskie Biuro Przedstawicielskie. Pekin zdenerwowało nie tyle samo powstanie nieoficjalnej placówki dyplomatycznej, co użycie w jej nazwie słowa „Tajwan” zamiast chińskiego odpowiednika „Tajpej”. Władze Chińskiej Republiki Ludowej uważają, że podważa to ich suwerenność i stanowi ingerencję w sprawy wewnętrzne. Tajwan od lat jest bowiem uważany przez Chiny za zbuntowaną prowincję i część swojego terytorium, a Pekin dąży do przejęcia kontroli nad wyspą zgodnie z tzw. polityką jednych Chin. Jest to zasada obowiązująca w polityce wewnętrznej i międzynarodowej, zakładająca istnienie tylko jednego państwa, na które składają się Chiny kontynentalne, Hongkong, Makau oraz właśnie Tajwan.

– Litwa już pod koniec sierpnia zaczęła informować, że chce nawiązać bliższe stosunki dyplomatyczne z Tajwanem. To oczywiście wywołało natychmiastową reakcję Pekinu. Już od końca lat 70. wiadomo, że jeżeli chce się wyprowadzić z równowagi dyplomację chińską – to należy mówić o tym, że Tajwan jest niepodległym państwem. I dokładnie to zrobiła Litwa – mówi ekspert Contemporary China Studies Institute. – Zgodnie z polityką jednych Chin Tajwan jest traktowany jako zbuntowana prowincja. To jest jeden z priorytetów, jeden z takich punktów na chińskim organizmie, którego wystarczy dotknąć, żeby wywołać reakcję na pograniczu furii. To jest sprawdzone już od lat i zawsze tak działa.

Na przestrzeni ostatnich tygodni Chiny w odwecie obniżyły już rangę stosunków dyplomatycznych z Litwą do poziomu charge d’affaires oraz wstrzymały wydawanie wiz dla obywateli Litwy. W ubiegłym tygodniu Pekin sięgnął też po sankcje gospodarcze usunął Litwę z listy państw pochodzenia towarów w rejestrze celnym, co niemal całkowicie zablokowało import z nadbałtyckiego kraju.

– Chiny przystąpiły do tych metod działania, których nauczyły się od Stanów Zjednoczonych z czasów Trumpa, czyli objęły Litwę wszelkiego rodzaju embargami, zawieszono wydawanie wiz obywatelom litewskim, zawieszono współpracę z litewskimi firmami. Niedawno wprowadzono memorandum skierowane do firm zagranicznych czy tzw. kooperacji wielonarodowej mówiące o tym, że zakazuje się stosowania w szeroko rozumianej produkcji jakichkolwiek materiałów, surowców i komponentów pochodzących z Litwy. Natomiast Litwa w konsekwencji wycofała cały swój korpus dyplomatyczny z Chin – mówi Leszek Ślazyk.

Jak ocenia, cała sytuacja jest po prostu prowokacją, która ma na celu zwrócenie uwagi Stanów Zjednoczonych, ale potencjalnie może się okazać bardzo szkodliwa dla litewskiego bezpieczeństwa.


– Litwa zrobiła to na zewnętrzne polecenie, ponieważ oni nie mają w tym absolutnie żadnego interesu prócz tego, żeby ewentualnie zyskać życzliwość Stanów Zjednoczonych. Jednak to, jakiego rodzaju jest to życzliwość, możemy zauważyć na przykładzie sytuacji Ukrainy. Wiele lat temu, kiedy Ukraina zyskała niepodległość i na jej terenie pozostał radziecki arsenał atomowy – zwrócono go Rosji w zamian za amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, które – jak wiemy już od kilku lat – są funta kłaków warte. I to samo będzie mieć miejsce, gdyby Rosja zagroziła Litwie – tutaj też skończy się na deklaracjach i ewentualnych pohukiwaniach, ale nie będzie żadnej realnej działalności. Z kolei Chiny nie będą mieć żadnego interesu w tym, żeby powiedzieć dobre słowo w kierunku Litwy w tym kontekście rosyjsko-litewskim. Wręcz odwrotnie, po prostu będą miały to w nosie – mówi ekspert.

Poza Litwą stosunki dyplomatyczne z Tajwanem łączy w tej chwili raptem kilkanaście państw świata. Wiele krajów, w tym Polska, utrzymuje tam jednak swoje placówki, określano jako biura handlowe. Na tej zasadzie funkcjonuje także przedstawicielstwo Unii Europejskiej.

– Minister Rau podczas swojej wrześniowej wizyty w Wilnie powiedział wprost, że Polska stoi na stanowisku Pekinu, popiera tę opcję polityki jednych Chin i uznaje Tajwan za prowincję Chińskiej Republiki Ludowej – mówi Leszek Ślazyk.

Ekspert zauważa jednak, że w obszarze gospodarczym część podejmowanych przez Polskę działań jest sprzeczna z deklaracjami, które mają na celu utrzymanie poprawnych stosunków z Pekinem. Przykładem jest m.in. ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą rząd pracuje już od ponad roku. Zawarte w niej mechanizmy pozwalają wykluczyć z polskiego rynku niektórych dostawców sprzętu i usług ICT na podstawie kryteriów narodowościowych, które mają mocno uznaniowy charakter. Większość ekspertów wskazuje, że są one wymierzone wprost w dostawców technologii z Państwa Środka głównie w chiński koncern technologiczny Huawei.

– To są sprzeczne sygnały pochodzące od członków tego samego rządu, więc trudno określić, jakie tak naprawdę mamy zdanie na temat naszej współpracy z Chinami – mówi ekspert Contemporary China Studies Institute.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/litwa-placi-za-konflikt-z,p1036794838

Polscy naukowcy szukają odmian roślin bardziej odpornych na suszę i trudne warunki. To ważne z powodu zmian klimatycznych i szybko rosnącej liczby ludności

– Dzięki poznaniu mechanizmów molekularnych i możliwości projektowania środków biologicznie czynnych będzie możliwe stworzenie odmian roślin uprawnych o zwiększonej odporności na suszę albo takich, które pozwolą przywrócić użyteczność ziem zanieczyszczonych metalami ciężkimi – mówi dr hab. Miłosz Ruszkowski z poznańskiego Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN, laureat nagrody naukowej AgroBioTop, przyznawanej za wybitny wkład w rozwój rolnictwa i nauk rolniczych. Jak wskazuje, do połowy tego stulecia ten sektor będzie musiał wyżywić już blisko 10 mld ludzi, tymczasem – ze względu na globalne ocieplenie – wielkość produkcji rolnej spada. Dlatego naukowcy muszą modyfikować albo poszukiwać nowych odmian roślin, bardziej odpornych na trudne warunki. Tym właśnie zajmuje się biologia strukturalna.

– Biologia strukturalna roślin daje nam wgląd w to, jak zbudowane są białka i inne cząsteczki, od których zależy funkcjonowanie każdej żywej komórki, każdego organizmu. Tę wiedzę możemy wykorzystać do projektowania nowych cząsteczek, które mogą modyfikować funkcjonowanie tych białek. A zastosowania tego mogą być wielorakie. To na przykład projektowanie nowych herbicydów. W tej chwili zmagamy się z problemem rosnącej odporności roślin na środki chwastobójcze, a globalne ocieplenie jeszcze bardziej go nasili, więc będziemy potrzebowali nowych związków tego typu – mówi dr hab. Miłosz Ruszkowski, kierownik Zakładu Biologii Strukturalnej Eukariotów w Instytucie Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu.

Biologia strukturalna roślin jest dziedziną nauki o ogromnym, choć jeszcze nie w pełni wykorzystanym potencjale. Poziom poznania mechanizmów molekularnych w komórkach roślinnych wciąż jest znacznie niższy niż w przypadku ludzi czy chociażby bakterii. Odkrywanie tych mechanizmów stwarza jednak ogromne możliwości projektowania nowych środków biologicznie czynnych. Te zaś można wykorzystać np. w celu uzyskiwania odporności roślin na stresy takie jak susza, zanieczyszczenie środowiska czy wysokie zasolenie.

– Wiedza o tym, jak zbudowane są białka, związane np. z regulacją odpowiedzi na suszę, pozwoli nam wprowadzać modyfikacje, które mogą poskutkować zwiększoną odpornością roślin. Możemy też poszukiwać odmian, które mają tego typu modyfikacje, i wdrażać je do użytku – mówi laureat nagrody AgroBioTop.

Dzięki badaniom z zakresu biologii strukturalnej roślin możliwe będzie tworzenie nowych odmian roślin uprawnych o zwiększonej odporności na trudne warunki, co z kolei przełoży się na wyższą ilość i jakość produkowanej żywności. Kolejną korzyścią jest też możliwość zagospodarowania nieużytków rolnych, zanieczyszczonych metalami ciężkimi.

– Możemy tworzyć lub poszukiwać takich odmian, które posłużą do fitoremediacji, czyli przywracania użyteczności ziem skażonych metalami ciężkimi czy innego rodzaju substancjami. Takie rośliny mogą oczyszczać glebę niejako poprzez „wysysanie” tych metali ciężkich. Po kilku rundach takiego oczyszczania grunty można przywrócić do użytku, oczywiście po ich wcześniejszym przebadaniu – tłumaczy dr hab. Miłosz Ruszkowski.

Jak podkreśla laureat nagrody AgroBioTop, biologia strukturalna pozwala zobaczyć to, czego nie widać nawet pod mikroskopem – naukowcy stosują coraz bardziej zaawansowane metody, aby zajrzeć do wnętrza cząsteczek, z których są zbudowane żywe organizmy.

– Wykorzystujemy np. metody krystalograficzne – czyli zaczynamy od tworzenia kryształów białek, którymi w danym momencie się zajmujemy, a następnie – używając promieniowania rentgenowskiego – możemy dokładnie, atom po atomie, zobaczyć, jak te białka są zbudowane. Ostatnimi czasy popularna staje się też metoda mikroskopii krioelektronowej. To bardzo silne powiększenie z użyciem już nie mikroskopu świetlnego, tylko elektronowego – mówi badacz z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu.

Odkrycia w dziedzinie biologii strukturalnej roślin mają kolosalne znaczenie dla rolnictwa zrównoważonego i produkcji rolnej. Ta zaś musi być coraz bardziej efektywna, ponieważ – zgodnie z prognozami ONZ – do 2050 roku rolnictwo będzie musiało wyżywić już w sumie 9,6 mld ludzi. Tymczasem globalne ocieplenie powoduje, że wielkość produkcji rolnej spada. Modele klimatyczne pokazują, że – zarówno w Europie, jak i na całym świecie – w kolejnych dekadach całe regiony staną się rolniczo niezdatne do zagospodarowania. Dlatego naukowcy muszą modyfikować albo poszukiwać nowych odmian roślin, bardziej odpornych na trudne warunki.

– Już w tej chwili na świecie jest prawie 8 mld ludzi, w związku z czym zapotrzebowanie na żywność jest coraz większe. Głównym problemem dla rolnictwa jest produkowanie coraz większej ilości żywności, żeby zaspokoić ten rosnący popyt – mówi ekspert.

Dr hab. Miłosz Ruszkowski został właśnie laureatem prestiżowej nagrody naukowej AgroBioTop. Wyróżnienie, przyznawane przez Komitet Biotechnologii Polskiej Akademii Nauk, honoruje młodych uczonych i ich dokonania z zakresu biotechnologii, które wybitnie przyczyniają się do rozwoju rolnictwa. Kapituła uhonorowała dr. hab. Miłosza Ruszkowskiego za badania w zakresie biologii strukturalnej roślin. 

Nagroda AgroBioTop, oprócz ogromnego prestiżu, ma także wymiar finansowy w wysokości 5 tys. euro, a jej fundatorem jest firma Bayer, która jest zarazem organizatorem kampanii HASHThankYouScience. W ramach tej akcji można w social mediach (np. na profilu popularnonaukowym Baylab: https://www.facebook.com/BaylabPolska/) podziękować naukowcom  – w tym także dr. Ruszkowskiemu – za ich pracę i wkład w poprawę jakości życia codziennego.

– Akcje tego typu dodają nam skrzydeł. Pokazują, że pracujemy dla kogoś – i ten ktoś jest nam wdzięczny. Mowa tu oczywiście o całym społeczeństwie – nie tylko polskim, bo przecież badania naukowe są uniwersalne i międzynarodowe. Żyjemy w globalnej wiosce, gdzie rozwój w jednym miejscu za chwilę przenosi się na drugi koniec świata – mówi dr hab. Miłosz Ruszkowski. – Ważne jest pokazywanie, że to, co robimy, to nie odrealnione próby przelewania jednego roztworu w zlewce w inny czy realizowanie wyimaginowanych wizji. To są osiągnięcia, które powstają w odpowiedzi na problemy i pytania nurtujące nas wszystkich.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-szukaja,p1161484689

Transport na żądanie wkrótce zmieni komunikację w polskich miastach. Usługi te mogą świadczyć pojazdy autonomiczne

Usługa transportu na życzenie może być dobrym uzupełnieniem regularnie kursującej komunikacji w miastach. Zdaniem Mikołaja Kwiatkowskiego z Trapeze będzie to jedna z najważniejszych innowacji, które w najbliższym czasie zmienią transport miejski. Usługi takie mogą świadczyć zarówno korporacje prywatne, jak i pojazdy autonomiczne. Trapeze testowało niedawno taki pojazd na jednym z trójmiejskich cmentarzy. Kolejne innowacje, które zmieniają krajobraz komunikacyjny, to e-papierowe wyświetlacze informacji pasażerskiej oraz otwarte dane.

– Wyobraźmy sobie, że wychodząc z domu, zamawiamy transport spod klatki schodowej do celu naszej podróży. Podróż składa się z trzech etapów: pierwszy to jest pierwszy kilometr, czyli pojazd, niezależnie, czy to będzie pojazd autonomiczny, hulajnoga, bus, jakaś korporacja, która przewozi ludzi, dowozi nas do centrum przesiadkowego. Z centrum przesiadkowego jedziemy transportem regularnym, a ostatni etap podróży również może odbywać się dowolną formą, żebyśmy mogli dotrzeć bez problemu z punktu A do punktu B – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mikołaj Kwiatkowski, starszy specjalista ds. sprzedaży i marketingu w Trapeze Poland.

Spółka wspólnie z Auve Tech i Roboride w październiku testowała na zlecenie władz Gdańska autonomiczny minibus do przewozu pasażerów. Było to już drugie takie pilotażowe wdrożenie, tym razem na Cmentarzu Łostowickim. Jak podkreśla ekspert, warunki w takim miejscu mogą być znacznie trudniejsze niż na drodze publicznej, gdzie obowiązują zasady ruchu drogowego.

– W przypadku cmentarza mamy niezorganizowany ruch pieszy, ruch samochodowy i ruch rowerowy. Wyzwanie jest bardzo duże, ale pojazd płynnie porusza się po tej alejce, ludzie chętnie z niego korzystają – mówi Mikołaj Kwiatkowski.

Jak zauważa przedstawiciel Trapeze, które ma doświadczenie w zakresie transportu pasażerskiego pojazdami autonomicznymi, głównym problemem ich wdrażania w Polsce jest obecnie prawo.

– Takie pojazdy mogą być rejestrowane i użytkowane w Estonii czy Finlandii. Trapeze zrobiło takie wdrożenie w Szwajcarii, gdzie przez półtora roku pojazd autonomiczny kursował po drodze publicznej. Coraz więcej takich wdrożeń pojawia się na Zachodzie, w Polsce na razie nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Prawo je dopuszcza, ale warunki, jakie trzeba spełnić, są bardzo trudne, wręcz niemożliwe do zrealizowania – tłumaczy ekspert Trapeze Poland.

Inteligentny transport jest integralną częścią współczesnych projektów inteligentnych miast i dlatego zyskuje bardzo pożądany kierunek. To napędza ogólny wzrost w tym sektorze. Zgodnie z raportem firmy badawczej Meticulous Research rynek inteligentnego transportu ma osiągnąć wartość 33,6 mld dol. do 2028 roku.

– Wierzymy, że w najbliższym czasie najważniejszymi innowacjami, jakie zobaczymy w polskich miastach, są wdrożenia e–papierowych wyświetlaczy informacji pasażerskiej, które są wielofunkcyjnymi urządzeniami, i możemy wyświetlać na nich różne informacje, nie tylko informację pasażerską – wyjaśnia Mikołaj Kwiatkowski.

Ta technologia może usprawnić informowanie pasażerów o połączeniach i zmianach w kursowaniu komunikacji. Do zasilania takich e-papierowych wyświetlaczy wystarczają panele solarne.

– Kolejna rzecz to otwartość danych i otwartość na systemy niezależne od producentów sprzętu, producentów urządzeń, które mamy na przystankach czy w pojazdach – wymienia ekspert.

Trapeze Poland to część międzynarodowej Grupy Trapeze, światowego lidera w zakresie wsparcia transportu publicznego. Specjalizuje się w dostarczaniu inteligentnych systemów transportowych oraz rozwiązań informatycznych dla sektora transportu pasażerskiego, w tym transportów specjalnych oraz na żądanie. Polski oddział to blisko 80 osób zaangażowanych w projekty krajowe i międzynarodowe. Rozwiązania firmy można spotkać między innymi w Krakowie, Bielawie, Zielonej Górze, Jeleniej Górze, Lublinie i Kielcach, a z miast w innych krajach: w Singapurze, Rijadzie, Londynie, Zurychu, Frankfurcie, Johannesburgu, Glasgow, Atlancie, Chicago, San Francisco czy Waszyngtonie.

– Naszym celem jest przede wszystkim wprowadzanie innowacji i zmiany w transporcie publicznym, chcemy przekonywać miasta do nowoczesnych rozwiązań – podkreśla starszy specjalista ds. sprzedaży i marketingu w Trapeze Poland.

Inteligentny transport jest już dziś wdrażany w sporej liczbie miast. Seul wypromował inteligentny transport publiczny i podniósł liczbę pasażerów w transporcie zbiorowym z 30 do 70 proc. Wdrożenie programów takich jak zaawansowane inteligentne systemy transportowe, systemy zarządzania autobusami i GPS pomogło miastu złagodzić odwieczny problem korków. Niemcy zainwestowały 9 mld euro we wdrożenie i promocję flot e-carsharingu i pojazdów elektrycznych w celu przeciwdziałania problemom związanym z ruchem w Berlinie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/transport-na-zadanie,p1516732516

Chiny i Azja będą nowym gospodarczym liderem. Polskie firmy muszą być tam obecne, jeśli chcą się liczyć na globalnych rynkach

– W Chinach ważne jest to, z kim robi się biznes. Relacja jest czasami równie ważna jak cena i jakość. To oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi Radosław Pyffel, ekspert Instytutu Sobieskiego, autor książki „Biznes w Chinach – jak odnieść sukces w chińskim świecie”. Jak wskazuje, ze względu na te bariery kulturowe i geograficzne polskim firmom o wiele łatwiej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie UE. W Chinach operuje ich stosunkowo niewiele, ale tamtejszy rynek – m.in. ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce – jest dla nich coraz atrakcyjniejszy.

Region Azji i Pacyfiku jest dziś najszybciej bogacącym się regionem świata, gdzie najszybciej powiększa się klasa średnia, która jest też coraz bogatsza. I Azja jest przyszłością. Europa już osiągnęła pewien poziom rozwoju, natomiast Azja cały czas się rozwija. Bardzo wielu ludzi wciąż przeprowadza się ze wsi do miast, zwiększa swój dochód, poszukuje nowych produktów. Poza tym ten region staje się światowym trendsetterem już widzimy coraz więcej np. filmów, muzyki i coraz więcej rzeczy, które tam powstają i zaczynają nadawać ton na całym świecie. I jeżeli firma chce się liczyć nie tylko w Polsce, ale prowadzić działalność na globalną skalę, to po prostu musi w Azji w jakiejś formie się odnaleźć – mówi Radosław Pyffel.

W rejonie Azji największym partnerem handlowym dla Polski są Chiny. To drugie co do wielkości największe źródło polskiego importu, choć wśród rynków eksportowych dla polskich towarów zajmuje znacznie odleglejszą pozycję, co przekłada się na rokroczny, wysoki deficyt w wymianie handlowej. Ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce tamtejszy rynek – z dostępem do 1,4 mld bogacących się konsumentów i solidnym wzrostem PKB – jest jednak dla polskich firm bardzo perspektywiczny, chociaż w tej chwili operuje na nim relatywnie niewiele rodzimych przedsiębiorstw.

– To jest wciąż rynek odległy. On nie jest priorytetowy dla polskich firm, więc niewiele ich tam istnieje, choć niektórym się udaje. Zwłaszcza z branży kosmetycznej i spożywczej, coraz częściej na chińskim rynku pojawiają się też firmy z branży videogamingu – mówi ekspert Instytutu Sobieskiego.

Wśród największych firm z Polski, które operują na chińskim rynku, są m.in. Selena (producent chemii budowlanej), Davis International (produkcja materiałów obiciowych do mebli), Aero AT (produkcja samolotów i części lotniczych), Aiut (produkcja części samochodowych i doradztwo techniczne), Sanok Rubber Company (produkcja uszczelnień dla karoserii samochodowych, okien i szaf sterowniczych) oraz Maflow Poland (produkcja przewodów klimatyzacyjnych i przewodów gumowych).

Dużo jest też firm, które ściągają stamtąd komponenty, bo przecież cała produkcja została w ostatnich dwóch dekadach przeniesiona do Azji. I pandemia pokazała, jak bardzo zależymy w tej chwili od Azji i Chin. Poza tym dotąd nie było jakiejś chęci ekspansji zagranicznej polskich firm na tamtejszy rynek. To jest jednak olbrzymi kraj, wymaga dużych inwestycji. Tymczasem w Polsce mamy głównie MŚP, więc niewielu z nich się to udało. Może właśnie poza branżą kosmetyczną, spożywczą i jakimiś pojedynczymi przedsiębiorstwami z innych sektorów – mówi Radosław Pyffel.

Ekspert Instytutu Sobieskiego wskazuje, że ze względu m.in. na bariery geograficzne i kulturowe polskim firmom o wiele łatwej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie Unii Europejskiej.

– Chiny są jednak dużym wyzwaniem, są odległe i są jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków świata. Tak więc wiadomo, że dla polskich firm dużo łatwiejsze są rynki Unii Europejskiej. I to jest przyczyna, dla której niewiele przedsiębiorstw decyduje się na ekspansję w Chinach. Niewielu się to też udaje, bo to wymaga olbrzymiej determinacji, inwestowania w przyszłość, spoglądania w przód i wyprzedzania pewnych trendów – mówi Radosław Pyffel.

Jak podkreśla, utrudnieniem dla polskich firm jest chociażby inna kultura prowadzenia biznesu, która w Chinach ma dużo spokojniejszy charakter i bazuje na osobistych relacjach.

– Ważne jest to, z kim robi się ten biznes. Relacja jest czasami równie ważna, co cena i jakość. I to oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem, jest wiele spotkań, które z interesami mają niewiele wspólnego. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi ekspert. – Dużo piszemy o tym w najnowszej książce „Biznes w Chinach”, w której rozmawiam z polskimi przedsiębiorcami z sukcesem działającymi na tamtym rynku.

Według statystyk opracowanych przez geopolityczny think tank Warsaw Institute dynamika wzrostowa w obszarze polsko-chińskiej wymiany handlowej, obejmująca zarówno import, jak i eksport, jest zauważalna już od lat. W 2020 roku jej wartość po raz pierwszy przekroczyła 30 mld dol., przy 12-proc. dynamice wzrostu r/r. Chiny sprzedały towary o wartości 27 mld dol. oraz zakupiły 4,3 mld dol. polskich produktów. Polska natomiast odnotowała w ubiegłym roku rekordowy jak dotąd deficyt w handlu dwustronnym z Chinami, który wyniósł 22,4 mld dol.

Główną pozycję w strukturze polskiego eksportu do Chin zajmuje miedź i wyroby z miedzi, ale wśród innych eksportowanych przez Polskę towarów są też m.in. meble, maszyny i urządzenia mechaniczne oraz ich części. W drugą stronę ponad połowa produktów importowanych z Chin do Polski należy do grupy towarów wysoko przetworzonych. To m.in. telefony komórkowe, komputery i konsole do gier wideo, choć istotną pozycję zajmują także odzież i tekstylia oraz zabawki, gry i artykuły sportowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/chiny-i-azja-beda-nowym,p1111048970

Hotelarstwo czeka na pracowników. Konieczne zmiany w sposobie kształcenia

Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego szacuje, że ponad połowa hoteli w Polsce ma problem ze skompletowaniem kadry. Trudności dotyczą pozyskania kucharzy, kelnerów i recepcjonistów. Tylko w 2020 roku z branży odeszło ok. 100 tys. pracowników. Zdecydowana większość hotelarzy jako jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed branżą w postcovidowym czasie wskazuje właśnie na brak rąk do pracy. To duże wyzwanie także dla uczelni, które kształcą przyszłe kadry. Konieczny jest większy nacisk na zajęcia praktyczne i zajęcia obejmujące nowe technologie, coraz częściej wykorzystywane w hotelarstwie.

 W czasie pandemii niektórzy mogą mieć wątpliwość, czy hotelarstwo jest branżą, w której warto się rozwijać i pracować. Poprzez historie naszych pracowników i ich wspaniałe, różnorodne kariery chcieliśmy pokazać, że warto zainteresować się pracą w tej branży. To opcja dla osób w każdym wieku, z wykształceniem hotelowym lub bez, z doświadczeniem i bez doświadczenia, każdy może do nas dołączyć – mówi agencji Newseria Biznes Sylwia Pawełczyk-Maśluk, Senior Vice-President Talent & Culture w firmie Accor.

Accor rozpoczął ogólnoeuropejską kampanię „Heart of Hospitality”, której głównymi bohaterami są pracownicy grupy. Poprzez ich historie sieć chce pokazać pracę w branży od kuchni i w tak szczególnym czasie promować hotelarstwo jako wybór dla osób szukających zatrudnienia. Jak szacuje Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego, w 2020 roku pracę straciło 38 proc. osób zatrudnionych bezpośrednio w hotelarstwie. To efekt wielomiesięcznego zamknięcia branży, restrykcji i powolnego odmrażania. Ankiety IGHP wskazują, że ponad połowa hoteli ma problemy ze skompletowaniem zespołu pracowników – brakuje przede wszystkim kucharzy (70 proc.), kelnerów (62 proc.), recepcjonistów (56 proc.) oraz pracowników służby pięter (50 proc.). Według wrześniowego badania za najważniejsze wyzwania stojące przed branżą hotelarze uznali wzrost kosztów i brak pracowników – odpowiednio 94 proc. i 92 proc.

– Ostatnie miesiące były bardzo trudne dla branży hotelarskiej, przede wszystkim dlatego, że tęskniliśmy za naszymi gośćmi i musieliśmy bardzo szybko reagować na zmieniające się okoliczności. To było zarazem najważniejsze, jak i najtrudniejsze – zamykanie się i otwieranie „na gwizdek”, przystosowanie wszystkich rygorystycznych elementów sanitarnych w hotelach. Ta bardzo duża elastyczność, jeszcze większa niż wcześniej, zostanie z nami na długo. Ponadto dzisiaj widzimy przestrzeń do zagospodarowania na miejsca dla pracowników, którzy nie chcą być w biurze, ale nie chcą też do końca pracować z domu – dodaje Sylwia Pawełczyk-Maśluk.

Grupa Accor chce pokazać wyjątkowość pracy w branży hotelowej na przykładach historii swoich pracowników, którzy są bohaterami podcastu przygotowanego specjalnie na potrzeby kampanii „Heart of Hospitality”.

 Mój zawód jest najlepszym zawodem świata, dlatego że nie ma w nim limitów. Można uczyć się przez całe życie, rozwijać się, być w ciągłym ruchu. Nie ma nudy i monotonii – mówi Maciej Majewski, szef kuchni w Sofitel Warsaw Victoria i jeden z bohaterów podcastu. – Największą satysfakcję dają mi przede wszystkim zadowoleni goście, ich refleksje na temat tego, co dla nich przygotowaliśmy, wzajemne rozmowy i dyskusje. To jest w tej pracy fantastyczne.

– Praca w hotelarstwie jako część całego sektora turystyki jest przede wszystkim dla ludzi z pasją. To nie jest zajęcie dla urzędnika pracującego w konkretnych godzinach, ale dla osób, które identyfikują się z miejscem, jakie będą reprezentowali. Dodatkowo mają pasję, chcą się kształcić i rozwijać, ale posiadają także konkretne cechy interpersonalne, jak np. łatwość pracy w zespole – wskazuje dr Piotr Kociszewski, prodziekan Wydziału Turystyki i Rekreacji Szkoły Głównej Turystyki i Hotelarstwa Vistula.

Jeszcze niedawno gastronomia i hotelarstwo były jednymi z bardziej obleganych kierunków studiów. Sytuacja jednak stopniowo się zmienia. To ogromne wyzwanie dla uczelni, które muszą zaktualizować system i program edukacji, aby przyciągnąć młodych ludzi.

 Konieczne jest pokazanie pewnych wartości, stałości, przywiązania, ale także połączenie z jednej strony wieloletniego doświadczenia kształcenia w hotelarstwie, czyli tradycyjnej szkoły hotelarskiej, z udziałem nowych kanałów dystrybucji usług czy nowych rozwiązań technologicznych, które pojawiają się w codziennej pracy operacyjnej – tłumaczy prodziekan Wydziału Turystyki i Rekreacji Szkoły Głównej Turystyki i Hotelarstwa Vistula.

Ostatnie miesiące przyspieszyły wprowadzenie nowych technologii w branży hotelarskiej. Zdaniem eksperta edukacja musi uwzględniać te zmiany, a uczelnie powinny wprowadzać zajęcia związane z nowym sprzętem i aplikacjami, kładąc większy nacisk w kształceniu na stronę praktyczną. Dlatego IGHP zachęca nauczycieli i wykładowców przedmiotów związanych z szeroko pojętym hotelarstwem do udziału w specjalistycznych branżowych szkoleniach.

– Musimy wyjść z typowej sali szkolnej do realnych miejsc, gdzie funkcjonuje branża, czyli do hoteli, gastronomii, centrów konferencyjnych czy biznesowych. Studenci są tym jak najbardziej zainteresowani. Po drugie, ważne też, aby dzisiejsze kształcenie wprowadzało nowe technologie i rozwiązania, tak by studenci mieli możliwość kontaktu z nimi. Dzięki temu zdobędą wiedzę, którą zamiast budować od zera, będą mogli szlifować w trakcie pracy – podkreśla dr Piotr Kociszewski.

Celem najnowszej kampanii Accora „Heart of Hospitality” jest oddanie głosu wszystkim wyjątkowym osobom, które każdego dnia czynią świat hotelarstwa wyjątkowym. Głównym elementem kampanii jest unikalny podcast o tej samej nazwie, którego prowadzącym jest Duncan O’Rourke, CEO Accor Northern Europe. Bohaterowie podcastu opowiadają w nim o codziennym życiu w branży i przedstawiają najciekawsze historie ze swojego doświadczenia. Podcast „Heart of Hospitality” jest częścią ogólnoeuropejskiej platformy branżowej o tej samej nazwie, stworzonej w celu pokazania historii z życia sektora i jego pracowników, można go posłuchać na stronie https://heart-of-hospitality.com/podcast/ oraz na Spotify i na innych wiodących platformach streamingowych. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/hotelarstwo-czeka-na,p551040923

Polska wśród liderów w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. Dzięki dostępnej terapii i badaniom przesiewowym w ciągu kilku miesięcy udało się uratować życie 14 dzieci

Na rdzeniowy zanik mięśni, który prowadzi do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci, w Polsce choruje ponad 1 tys. osób. Są wśród nich dzieci i dorośli, jeszcze kilka lat temu nie było dla nich żadnej nadziei. Zmieniło się to jednak wraz z pojawieniem się pierwszego na świecie leku, który okazał się przełomem w leczeniu SMA. Od trzech lat lek ten jest refundowany w Polsce, a do tej pory terapią objęto już ponad 760 chorych. W kwietniu br. ruszył w Polsce pilotaż powszechnych badań przesiewowych w kierunku SMA wśród noworodków, wykrycie choroby na wczesnym etapie pozwala szybko wdrożyć terapię i uniknąć niepełnosprawności. Eksperci oceniają, że dzięki tym działaniom Polska znalazła się w gronie europejskich liderów w leczeniu SMA.

– Rdzeniowy zanik mięśni to choroba postępująca, która doprowadza do głębokiej niepełnosprawności. Teraz, kiedy mamy już leczenie – a od kwietnia tego roku także pilotaż badań przesiewowych noworodków pod kątem SMA – nasza perspektywa całkowicie się zmieniła. Leczymy chorych na rdzeniowy zanik mięśni, jeszcze zanim pojawią się u nich objawy. Z kolei u tych, którzy żyją z chorobą już od lat, widzimy efekt zatrzymania – u dzieci obserwujemy poprawę stanu, a i dorośli opowiadają, że mogą wrócić do pracy, że są w stanie dłużej siedzieć albo samodzielnie się napić i nie potrzebują już takiej opieki jak przed leczeniem – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA.

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to rzadka, ciężka, postępująca choroba o podłożu genetycznym. Powoduje osłabienie mięśni odpowiadających m.in. za poruszanie się, oddychanie i przełykanie, prowadząc do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci. Szacuje się, że w Polsce jest obecnie ponad 1 tys. chorych z SMA w różnym wieku. Ta choroba dotyka bowiem zarówno dzieci, jak i dorosłych, choć w większości przypadków objawy pojawiają się już w okresie niemowlęcym.

– Rdzeniowy zanik mięśni to choroba rzadka, która dotyka nie tylko układu nerwowego. Pacjent z SMA musi być objęty wielospecjalistyczną opieką m.in. ze strony ortopedy, genetyka, neurologa, kardiologa czy dietetyka – mówi Dorota Raczek.

Jeszcze kilka lat temu dla chorych na SMA nie było żadnej nadziei. Nie istniała skuteczna terapia przyczynowa, a lekarze mogli zalecać pacjentom wyłącznie leczenie objawowe i rehabilitację. Zmieniło się to jednak w 2016 roku, wraz z pojawieniem się nusinersenu – pierwszego na świecie leku, który okazał się przełomem w leczeniu SMA.

W 2019 roku nusinersen został objęty refundacją również w Polsce, w ramach programu lekowego. Zgodnie z decyzją Ministerstwa Zdrowia leczeniem zostali objęci wszyscy chorzy na SMA – bez względu na wiek czy stopień zaawansowania choroby.

– To jest program, który odniósł ogromny sukces. Na dzisiaj wszyscy pacjenci spełniają kryteria skuteczności terapii, nikt nie został z programu wyłączony w związku z nieskutecznością leczenia. A trzeba przypomnieć, że leczymy zarówno maleńkie dzieci, jak i osoby dorosłe ze wszystkimi typami SMA – w tym też ludzi, którzy rozpoczynali leczenie już w bardzo zaawansowanym stadium choroby – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii WUM. – Na podkreślenie zasługuje też fakt, że do leczenia coraz liczniej są włączane dzieci z SMA rozpoznanym przedobjawowo. Można więc powiedzieć, że leczymy tę chorobę tak jak europejscy liderzy.

W trakcie trwającego od trzech lat programu lekowego w prawie 30 ośrodkach w Polsce – leczących zarówno dzieci, jak i dorosłych pacjentów z SMA – udało się włączyć do terapii już ponad 750 chorych. Tempo wdrażania terapii jest tak szybkie, że Polska weszła do grona europejskich liderów w leczeniu tej choroby.

– Widzimy, że dzieci, które były genetycznie zdeterminowane tak, aby chorować na SMA 1 – i które bez leczenia nie zaczęłyby nawet samodzielnie siedzieć – teraz są dziećmi, które zaczynają siedzieć, stawać, a nawet chodzić. W przypadku grupy dzieci z trzema kopiami genu SMN2 one często robią to w tym samym przedziale wiekowym, kiedy oczekiwane jest to u ich zupełnie zdrowych rówieśników. Mamy więc coś, co śmiało możemy nazwać wielkim przełomem w medycynie – mówi prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

Postęp medycyny doprowadził do odkrycia kolejnych, skutecznych terapii w leczeniu SMA. Na ich refundację oczekują chorzy, ich rodziny oraz lekarze, którzy chcieliby mieć możliwość wyboru terapii.

– Mamy możliwość leczenia jedną terapią refundowaną, a dwie kolejne już wchodzą i myślę, że w niedługim czasie będą dostępne dla pacjentów – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA.

W Polsce każdego roku rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni. Ta choroba – jeśli pozostanie nierozpoznana i nieleczona – jest najczęstszą, genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia. Jeśli jednak zostanie wcześnie wykryta, a leczenie rozpocznie się jeszcze przed wystąpieniem objawów bądź na ich wczesnym etapie, dzieci z tym schorzeniem mają szansę rozwoju jak ich zdrowi rówieśnicy. Dlatego w kwietniu br. w Polsce ruszył pilotaż powszechnych badań przesiewowych w kierunku SMA wśród noworodków. Program jest sukcesywnie wprowadzany w kolejnych województwach.

– Wdrożenie tego programu w Polsce przebiega w miarę sprawnie. W listopadzie włączyliśmy do badań przesiewowych województwa dolnośląskie i opolskie, co było planowane dopiero na styczeń. Włączanie kolejnych województw też będzie szybsze, niż zakładał pierwotny plan. Myślę, że w pierwszej połowie 2022 roku obejmiemy przesiewem także województwa śląskie, małopolskie, podkarpackie i świętokrzyskie – mówi dr Monika Gos z Zakładu Genetyki Medycznej w Instytucie Matki i Dziecka. – Proces diagnostyczny zajmuje nam około 14–15 dni, a noworodki, u których zdiagnozowano SMA, mają włączane leczenie średnio pomiędzy 18. a 22. dniem życia. Natomiast w publikacjach zagranicznych jest informacja, że średni czas włączenia sięga 28 dni, więc wypadamy bardzo dobrze na tle innych państw.

W ramach pilotażu badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA do tej pory udało się przebadać ok. 95 tys. dzieci. Wśród nich zidentyfikowano 14 noworodków z rdzeniowym zanikiem mięśni, które niemal od razu zostały objęte leczeniem celowanym, dzięki czemu będą miały szansę na normalne życie.

– Czas to motoneuron, czas to mięsień, a więc im wcześniej rozpoczęta terapia, tym bardziej będzie ona skuteczna – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk. – Wszystkie badania kliniczne są zgodne co do tego, że efektywność terapii jest najwyższa, kiedy jest ona rozpoczynana jak najwcześniej, w okresie kiedy choroba jeszcze wiele nie zabrała. Optymalnie jest rozpocząć to leczenie u dzieci przedobjawowych. Stąd wielka radość całego środowiska medycznego w związku z rozpoczęciem przesiewu noworodkowego w Polsce w kierunku SMA.

Lekarze i środowiska pacjenckie oceniają, że leczenie SMA w Polsce jest już w tej chwili na wysokim, europejskim poziomie. Wciąż jednak istnieje potrzeba wprowadzenia multidyscyplinarnej opieki koordynowanej, która pozwoliłaby klinicystom lepiej zarządzać tą chorobą, a u chorych znacznie poprawiłaby efekty leczenia.

– Myślimy o ośrodkach referencyjnych dla chorych na rdzeniowy zanik mięśni. Ważne jest to, aby jakość ich życia była na dobrym poziomie, żeby chorzy na SMA mogli funkcjonować w społeczeństwie, pracować, uczyć się, żyć prawie jak zdrowe osoby – podkreśla Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA. – Tę jakość życia pacjentów można poprawiać właśnie dzięki wielospecjalistycznej opiece wielu lekarzy oraz fizjoterapii.

– Fizjoterapia jest bardzo ważnym elementem całego procesu leczenia, jest uzupełnieniem leczenia farmakologicznego – dodaje dr Agnieszka Stępień, fizjoterapeutka z Warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. – W przypadku małych dzieci, które są leczone farmakologicznie, fizjoterapia wspomaga ich rozwój. Ma na celu wychwycenie pewnych ubytków, niedoskonałości w rozwoju ruchowym dziecka i dzięki odpowiednim interwencjom jesteśmy w stanie takim dzieciom pomóc, żeby mogły lepiej się rozwijać. Natomiast w przypadku starszych dzieci, młodzieży czy osób dorosłych problemy są trochę inne, my pomagamy im w codziennym funkcjonowaniu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-wsrod-liderow-w,p836363605