Nowoczesne urządzenia podwodne pozwolą zbadać najgłębszy region oceanu. Nowe technologie pomagają także w badaniu dna Bałtyku

Aż 95 proc. oceanów i 99 proc. dna oceanu nie zostało jeszcze do końca zbadane. Dzięki nowym technologiom już wkrótce może się to zmienić. Naukowcy zamierzają zbudować zanurzoną sieć połączonych ze sobą czujników, które będą wysyłać dane na powierzchnię i stworzą podwodny internet rzeczy. Głębiny i dno morskie bada też coraz więcej autonomicznych dronów. Trwają prace nad Orfeuszem – autonomicznym pojazdem podwodnym, który ma zbadać rowy oceaniczne na głębokości poniżej 6 tys. m. Najnowsze technologie są też wykorzystywane do badania dna Bałtyku.

– Dysponujemy urządzeniami do noszenia, lecz także urządzeniami, które noszą inne urządzenia pomiarowe zdalnie sterowane na kablu albo w pełni automatyczne. Są tzw. autonomiczne pojazdy podwodne, które samodzielnie wykonują zdalne misje. Są też pojazdy nawodne, czyli już całkowicie zautomatyzowane jednostki pływające, które mogą wykonywać pomiary bez udziału człowieka – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku.

National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) szacuje, że nawet 95 proc. oceanów i 99 proc. dna oceanu musi jeszcze zostać zbadane. Biorąc pod uwagę fakt, że ponad 70 proc. planety jest pokryte wodą, powstające ​​bezzałogowe systemy, które są w stanie zanurzyć się coraz głębiej w głębiny oceanów i mórz, mogą pomóc poznać i zrozumieć tajemnice naszej planety.

Pojazdy zajmowane przez ludzi (HOV) zabierają małe zespoły naukowców i inżynierów bezpośrednio na dno morskie na ograniczony czas. Pojazdy zdalnie sterowane (ROV) umożliwiają badaczom obserwacje, zbieranie próbek i przeprowadzanie eksperymentów przy jednoczesnym kontrolowaniu pojazdu z powierzchni. Autonomiczne pojazdy podwodne (AUV) to programowalne, zrobotyzowane pojazdy, które w zależności od konstrukcji mogą dryfować lub sunąć przez ocean.

Hybrydowy pojazd zdalnie sterowany (HROV) łączy z kolei zalety konstrukcyjne dwóch rodzajów pojazdów w jednej platformie. HROV może działać jako autonomiczny podwodny pojazd swobodnie pływający (AUV), latający przez ocean jak samolot, aby badać i mapować duże obszary za pomocą sonaru, czujników i kamer.

– To wszystko jest otwarte, ogranicza nas tylko wyobraźnia. Jeśli będziemy mieli dość wyobraźni, to nie dość, że będziemy mogli stosować nowe urządzenia, nowy rodzaj nosiciela do urządzeń, lecz także uda nam się zbudować nowe technologie do pomiarów fizycznych – przekonuje Benedykt Hac.

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology zamierzają zbudować zanurzoną sieć połączonych ze sobą czujników, które wysyłają dane na powierzchnię. Działający na bezbateryjny system komunikacji podwodnej system może być wykorzystywany do monitorowania temperatur mórz w celu badania zmian klimatu i śledzenia życia morskiego.

Podwodne urządzenia  coraz częściej naśladują mechanizmy typowe dla ryb. Zamiast napędu okrętowego i śmigłowego, które są mało wydajne, stosowane są rozwiązania przypominające płetwy. Nad takim urządzeniem trwają prace również w Polsce.

– Pracujemy razem z jedną z polskich spółek nad projektem podwodnego pojazdu o napędzie bionicznym. To urządzenie zamiast zwykłej śruby wyposażone jest w płetwy, które wykonując ruch po obu burtach pojazdu, powodują jego przemieszczanie się w wodzie. Natura przez miliony lat wszystkie złe pomysły już wyeliminowała, w związku z czym my korzystamy ze sprawdzonej technologii. Wiemy, że efektywność takiego systemu jest zdecydowanie większa niż klasycznych napędowych systemów – zwykłych śrub napędowych czy waterjetów – przekonuje ekspert.

Przy pomocy nowoczesnych urządzeń łatwiej można też wydobywać z morskiego dna obiekty magnetyczne. To nie tylko wykrywacze metalu, dostosowane do pracy na głębokościach, lecz także magnetometry, które lokalizują z niemal 100 proc. dokładnością dany przedmiot. Powstają też urządzenia, które przewidują, gdzie mogą znajdować się obiekty magnetyczne, często bazując na odbitym polu magnetycznym.

– Mamy zupełnie nową technologię do poszukiwań obiektów magnetycznych. Same urządzenia niewiele się różnią od obecnych, ale już oprogramowanie to prawdziwa magia – matematyka na bardzo wysokim poziomie, która pozwala nie tyle odkryć, ile przewidywać pewne rzeczy, np. takie obiekty, które mają swoją sygnaturę magnetyczną, czyli wprowadzają pewne zaburzenia w lokalne pole magnetyczne i są to głównie obiekty wykonane ręką człowieka – tłumaczy ekspert.

Maszyny nie zawsze będą potrafiły zastąpić człowieka, jego intuicję i doświadczenie. Dlatego np. obiekty HOV, które zabierają na pokład naukowców, pozwalają naukowcom na szczegółowe obserwacje, zbieranie próbek czy przeprowadzanie eksperymentów na dnie morskim. Nowe technologie sprawdzają się jednak tam, gdzie człowiek i dotychczas wykorzystywane urządzenia nie zawsze mogły dotrzeć.

W ramach programu eksploracji oceanów głębokich HADEX (skrót od Hadal Exploration) powstaje Orfeusz – głębinowy autonomiczny pojazd podwodny. Dzięki niemu możliwe będzie zbadanie strefy hadalu – najgłębszego regionu oceanu (od 6 tys. metrów głębokości).

– Istnieje realna możliwość całkowitego zastąpienia pracy ludzi w wodzie w czasie pomiarów przez urządzenia w pełni zautomatyzowane. Autonomiczne pojazdy podwodne są dziś już zdolne do tego, żeby wykonywać misje kilkudziesięciogodzinne. Pojazd autonomiczny z napędem bionicznym będzie mógł nieprzerwanie pełnić swoją misję przez nawet pół roku. A zatem będzie mógł wykonać nie tylko nadzór nad tym zadaniem, które otrzymał i jednorazowo wykonał, lecz także będzie mógł prowadzić np. monitoring – podkreśla Benedykt Hac.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowoczesne-urzadzenia,p1265062617

Cyberprzestępcy podszywają się pod Netfliksa czy PayPal, by wyłudzić pieniądze. Polacy potrzebują edukacji związanej z cyberbezpieczeństwem

0

Rośnie liczba cyberataków. Tylko w 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. To przede wszystkim phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i spam. W ciągu roku trzykrotnie wzrosła liczba fałszywych sklepów internetowych. Cyberprzestępcy stale poszukują nowych historii, które uwiarygodnią ich przed odbiorcami wiadomości. Zagrożenia w sieci przybliży kampania edukacyjna „CyberLiga”, która w stylistyce znanych produkcji takich jak „Gra o Tron” czy „Avengers”, pokazuje, że w cyberprzestrzeni cały czas toczy się niebezpieczna gra.

– Użytkownicy internetu natrafiają najczęściej na zagrożenia, które wyłudzają od nich dane. To są zagrożenia zwane phishingiem. Poprzez eksploatację takich metod ataków można stracić pieniądze na swoim koncie bankowości elektronicznej lub paść ofiarą innych wyłudzeń. Druga grupa to ransomware, czyli zagrożenia polegające na tym, że dane na dysku zostają zaszyfrowane przez atakującego. Żeby odzyskać dostęp do danych, należy zapłacić okup – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji.

Według raportu CERT Polska w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa (wzrost o 17,5 proc. rdr.). Najwięcej było ataków phishingu (ok. 44 proc.), dystrybucji złośliwego oprogramowania (23 proc.) i spamu (11 proc.). Najczęściej zgłaszanymi incydentami phishingowymi były fałszywe strony zagranicznych serwisów, takich jak Netflix lub PayPal, zamieszczone na polskich serwerach. Motywem była przede wszystkim chęć pozyskania danych uwierzytelniających do serwisów, także banków.

– Cyberprzestępcy wykorzystują pocztę elektroniczną, żeby się podszywać pod różne instytucje, jak banki czy firmy kurierskie. Należy być bardzo czujnym i ostrożnym. Najlepiej nie klikać w nieznane linki, bo to prowadzi do stron zarażonych, zainfekowanych – tłumaczy Krzysztof Silicki. – Jeśli nie spodziewamy się jakiegoś e-maila i nie znamy nadawcy, to nie otwierajmy bezkrytycznie takiej wiadomości. Warto sprawdzić, czy ta instytucja, która się do nas zwraca, ma telefon, na który można zadzwonić i zweryfikować jej tożsamość.

Często obserwowanym atakiem były również e-maile z fakturą lub dokumentem rozsyłane w imieniu znanej firmy. Takie wiadomości zawierają złośliwe załączniki czy linki odsyłające do pobrania złośliwego oprogramowania. Przestępcy wykorzystywali oprogramowania typu ransomware oraz tzw. bankery, ukierunkowane na klientów bankowości elektronicznej i mobilnej. Do ataków coraz częściej wykorzystywane są też wiadomości SMS.

– Metody wykorzystywane przez przestępców są coraz trudniejsze w detekcji. Pojawiają się ataki, które polegają na tym, że nasza karta SIM jest duplikowana i nagle tracimy informacje. To może być sygnał, że ktoś może czyhać na naszą komunikację, którą prowadzimy np. z bankiem – tłumaczy Krzysztof Silicki.

Hakerzy próbują nowych ataków, wykorzystują przy tym popularność wydarzeń sportowych, seriali czy filmów. Chętnie sięgają też po chwytliwe tytuły i nagłówki, które mogą zainteresować szerokie grono internautów.

– Cyberprzestępcy stale poszukują nowych historii, nowych scenariuszy, które uwiarygodnią ich przed odbiorcami ich wiadomości. Albo muszą sami wymyślać historie, jak np. porwanie dziecka w centrum handlowym, albo bardzo chętnie podpinają się pod jakieś wydarzenia, które już są napędzane przez media: wypadek, katastrofa – wskazuje Przemysław Jaroszewski, kierownik CERT Polska w NASK.

Cyberprzestępcy coraz chętniej wykorzystują także elementy i ikony popkultury. Dlatego NASK, posługując się językiem popkultury, chce przybliżyć zagrożenia w sieci. Kampania „CyberLiga” posługuje się podobną estetyką, co serial „Gra o tron” czy seria „Avengers”. Cyberbohaterowie, czyli Kapitan Antyvir i Lady Antyspam, będą się zmagać z czarnymi charakterami – PhishingManem i RansomWoman, aby pokazać, że w cyberprzestrzeni toczy się niebezpieczna gra, której celem są nasze dane i pieniądze.

– W „CyberLidze” chodzi przede wszystkim o to, aby pewne abstrakcyjne i trudne do zrozumienia dla przeciętnego użytkownika pojęcia jak ransomware czy phishing spersonifikować, pokazać je właśnie w formie antybohatera, któremu przeciwstawieni są pozytywni bohaterowie ligi. Chcemy pokazać, jakie są atrybuty, jak to zagrożenie funkcjonuje, w jaki sposób można z nim walczyć – tłumaczy Przemysław Jaroszewski.

Twórcy kampanii chcą w ten sposób dotrzeć nie tylko do najmłodszych, lecz także do dorosłych, którzy często nie rozumieją, czym są ataki phishingowe czy ransomware. Nie wiedzą, jak się przed nimi chronić, nie korzystają z aktualnych programów antywirusowych. W kampanii z RansomWoman i PhishingManem skutecznie walczą Kapitan Antyvir i Lady Antyspam.

– Edukacja i budowanie świadomości o zagrożeniach to podstawa. To nie jest coś, co wyeliminuje te zagrożenia w stu procentach, ale bez tego, tak jak bez uczenia dzieci o bezpiecznym korzystaniu z drogi, nie ma mowy o skutecznej walce z zagrożeniami. Próbujemy w nowatorski sposób przeprowadzić tę edukację – mówi Przemysław Jaroszewski.

Kampania „CyberLiga” powstała w ramach Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa. Więcej informacji dostępnych jest na stronie bezpiecznymiesiac.pl.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyberprzestepcy,p9923204

Rynek fintechów ewoluuje w stronę inteligentnego przetwarzania danych. Celem jest skuteczniejsze dotarcie do klienta

0

Współczesne branże content marketingu oraz fintechów w ogromnej mierze polegają na informacjach pozyskanych i przetwarzanych w ramach zbiorów big data. Inteligentne zarządzanie rozproszonymi danymi pozwala w spersonalizowany sposób podejść do klienta, a przy wykorzystaniu w ramach ich analizy technologii blockchain – zwiększyć bezpieczeństwo poufnych informacji. Celem jest przede wszystkim skuteczniejsze dotarcie do konkretnego klienta, a przy tym minimalizowanie efektów RODO, w tym m.in. nadużywania prawa do bycia zapomnianym.

– Smart data wspierają zarówno biznes, bo pomagają podejmować lepsze decyzje, jak i klienta, który czuje się lepiej zaopiekowany. Klient nie chce trafić do firmy, która np. będzie później wykonywała na nim działania marketingowe albo retencyjne, wciskając mu produkt, którego nie potrzebuje, bo oferuje wszystkim to samo i nigdy nie badała, czego klient tak naprawdę potrzebuje. Danych jest bardzo dużo. Sprytne podejście do nich to selekcja tych najważniejszych – mówi agencji Newseria Innowacje Krzysztof Kowalski, ekspert ds. rynku fintech.

Spersonalizowane kampanie reklamowe funkcjonujące w oparciu o analizę dużych zbiorów rozproszonych informacji o użytkownikach pozwalają stworzyć precyzyjne profile osobowe klientów. Dzięki narzędziom z sektora big data przedstawiciele biznesu wiedzą, w jaki sposób skonstruować komunikat, aby dotrzeć do konkretnego grona odbiorców, potencjalnie zainteresowanych daną usługą, serwisem bądź produktem.

Jednym z ciekawszych przykładów wykorzystania zasobów big data na rynku fintechowym jest platforma Leadorium od LeadsMansion stworzona z myślą o inteligentnym zarządzaniu leadami finansowymi. Platforma ma ułatwić wydawcom treści dotarcie do klientów biznesowych zainteresowanych rozpowszechnianiem informacji o produktach bankowych i pozyskiwaniem nowych leadów. Choć od początku wykorzystywała zasoby big data do optymalizowania zasięgu materiałów promocyjnych, wkrótce zostanie wzbogacona o nowe, innowacyjne narzędzia. Firma wdroży m.in. technologię blockchain oraz system inteligentnych kontaktów, które z jednej strony pozwolą zwiększyć bezpieczeństwo danych przesyłanych między klientami, z drugiej zaś zautomatyzują proces egzekwowania transakcji.

Na personalizację przekazu stawia także platforma BigDataCMP, która pozwala tworzyć profile behawioralne użytkowników internetu. W tym celu firma analizuje pliki cookies zebrane podczas kampanii reklamowej, które są zestawiane z 89 mln profili behawioralnych wypracowanych na podstawie rynku polskiego oraz 27 mld profili z całego świata. Tak szerokie pole analizy pozwala precyzyjnie określić potrzeby klientów, a co za tym idzie – zauważalnie zwiększyć konwersję sprzedaży.

– Wyzwaniem na przyszłość jest to, w jaki sposób będziemy zbierali i przetwarzali dane. Czasami nie zdając sobie z tego sprawy, zostawiamy je w przeróżnych źródłach. Technologie śledzą, po jakich stronach poruszają się użytkownicy i jakie mają preferencje. Na tej podstawie budowane są ich profile społeczne. To jest coś, co powoduje, że dostęp do danych jest większy. Jeśli firma wykorzysta to w mądry sposób, to jest w stanie dać klientowi lepszą ofertę, bardziej dopasowaną do jego potrzeb – wyjaśnia ekspert.

Ogromny wpływ na branżę big data wywarło wprowadzenie przepisów RODO. Według raportu EY Polska, co trzecia ankietowana firma musiała zakupić nowe oprogramowanie, które pozwoli bezpiecznie zarządzać danymi klientów. 56 proc. badanych przyznało także, że RODO będzie miało zauważalny wpływ na procesy marketingowe i sprzedażowe. Sporym wyzwaniem dla przedsiębiorców będzie przeciwdziałanie nadużywaniu przez klientów prawa do zapomnienia.

Profilowanie klientów w oparciu o zasoby big data ma być odpowiedzią na wyzwania, jakie przed firmami stawiają przepisy RODO. Narzędzia profilujące mają zminimalizować ryzyko dotarcia do klienta, który nie jest zainteresowany danym produktem.

– Z perspektywy klienta wiele z tych przepisów ułatwia życie. Natomiast dla rynku i dla konsumenta najtrudniejszy jest moment, kiedy dostęp do tych danych i możliwość zarządzania nimi przekraczają granicę, gdzie klient traci wartość, którą ma z tego przetwarzania. Przetwarzamy dane po to, żeby klientowi lepiej dopasować ofertę. Skoro on nie chce, żeby do niego dzwonić z informacją o produkcie długoterminowym, to dobrze gdybyśmy potrafili mu taki profil zbudować – mówi Krzysztof Kowalski.

Według analityków z firmy International Data Corporation wartość globalnego rynku big data w 2018 roku przekroczyła 189 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do przeszło 274 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie powyżej 13 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/rynek-fintechow-ewoluuje,p265185129

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość rewolucjonizują fabryki motoryzacyjne. Technologią zainteresowani są także dealerzy aut

0
Procesy projektowania, montażu i sprzedaży samochodów przenoszą się do wirtualnej rzeczywistości. Dzięki wykorzystaniu gogli wirtualnej, rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości koncerny mogą zwirtualizować większość prac wykonywanych zarówno w fabrykach, jak i salonach firmowych. Gogle ułatwiają projektantom modelowanie prototypów nowych pojazdów, przyspieszają proces wdrażania nowych pracowników na linie montażowe i zwiększają immersyjność prezentacji sprzedażowej.   – Nakładając okulary wirtualnej rzeczywistości, użytkownik widzi tylko obraz, który jest wirtualnie wykreowany w jego przestrzeni. Za pomocą różnych manipulatorów może on np. w procesie projektowania obracać, widzieć szczegóły, rzeczy, które normalnie na rysunkach technicznych mogą nie być widoczne w płaskim odniesieniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Krzysztof Lalik z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tylko teraz przemysłowe odkurzacze atex w atrakcyjnych cenach! Zapraszamy do zapoznania się ofertą produktów marki Vervo. Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość są coraz chętniej wykorzystywane w motoryzacji. Duże nadzieje w tej technologii pokłada m.in. grupa Volkswagen, która planuje wykorzystać je na szeroką skalę w fabryce SAIC w Szanghaju wyspecjalizowanej w produkcji elektrycznych samochodów. Zakład zaprojektowano w taki sposób, aby spełniał założenia Przemysłu 4.0. Z tego powodu duży nacisk położono na wykorzystanie technologii usprawniających i automatyzujących produkcję – obok maszyn inteligentnych przewidziano w niej miejsce dla pracowników wyposażonych w gogle VR oraz AR. Przedstawiciele niemieckiego koncernu wdrożą innowacyjne procesy szkoleniowe dla pracowników linii produkcyjnych oraz działu logistyki odbywające się w wirtualnej rzeczywistości. Firma przygotowała kilkadziesiąt symulatorów, z których skorzysta 10 tys. pracowników. Koncern liczy na to, że dzięki goglom VR uda się poprawić efektywność szkoleń wewnętrznych, gdyż pracownicy będą mogli się bezpośrednio zmierzyć z konkretnymi problemami. – Okulary VR i AR mają kluczowe znaczenie dla operatora linii technologicznych, która zawsze towarzyszy branży automotive w wytwarzaniu samochodów na kilku różnych szczeblach. Pierwszym szczeblem jest wspomaganie, tzw. guideline dla niego, co musi zrobić w kolejnych krokach. To skraca szkolenia, więc nowy pracownik może szybciej, lepiej i bardziej elastycznie produkować element czy system, za który jest odpowiedzialny – mówi Krzystof Lalik. Potencjał VR w branży motoryzacyjnej dostrzegł również zespół Unity Technologies odpowiedzialny za stworzenie silnika graficznego 3D dla branży gier komputerowych. Korporacja powołała do życia oddzielny dział, który zajmuje się wyłącznie opracowywaniem rozwiązań na potrzeby projektantów i producentów samochodów. Jednym z najważniejszych narzędzi wykorzystywanych w ich pracy są gogle VR oraz AR. Koncern Toyota korzysta z Unity w dziale projektowym, aby umożliwić designerom przyjrzenie się prototypowym modelom w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, w skali naturalnej. Oprogramowanie pozwala bowiem błyskawicznie przenieść gotowy model do świata VR i sprawdzić, jak prezentuje się w docelowym rozmiarze. Technologia VR pozwala także przetestować prototypy na wirtualnym torze, zanim w ogóle zleci wykonanie ich fizycznej wersji. Z kolei pracownicy linii produkcyjnych i serwisowych wykorzystują gogle do pozyskiwania wiedzy na temat tego, jak złożyć bądź naprawić dane elementy samochodu. – W okularach rozszerzonej lub mieszanej rzeczywistości na rzeczywisty obraz nakłada się za pomocą specjalnej optyki wirtualne przedmioty. Już na etapie prototypowania te okulary pozwalają na wpasowanie jeszcze nieistniejącego produktu w ciąg technologiczny. Dzięki temu już na wczesnym etapie możemy przewidzieć jakieś problemy, nieścisłości uniemożliwiające dalszą produkcję. To znacząco obniża koszty wprowadzenia nowego produktu do produkcji twierdzi ekspert. Potencjał wirtualnej rzeczywistości docenili również dealerzy odpowiedzialni za sprzedaż bezpośrednią. Firmy Intel, HP oraz Rewind stworzyły oprogramowanie Salesdrive do tworzenia trójwymiarowych, wirtualnych prezentacji sprzedażowych. Za jego pośrednictwem dealer może prezentować, jak będzie zmieniało się auto po wykupieniu konkretnych opcji dodatkowych czy ile miejsca na przechowywanie bagaży zyskamy po złożeniu tylnych foteli. Po wirtualną rzeczywistość sięgnęła także firma Qarson oferująca auta na wynajem, która stworzyła w warszawskiej Galerii Młociny Cyfrowy Salon Samochodowy. Dzięki niemu klienci mogą sprawdzić, jak prezentują się auta takich marek, jak Nissan, Renault, Suzuki, Tesla, Toyota czy Volkswagen, nie ruszając się z fotela – wszystkie pojazdy dostępne w ofercie firmy prezentowane są bowiem za pośrednictwem gogli VR. – Większość tych okularów ma możliwość mapowania przestrzeni. Prostym gestem można w jednym momencie całą np. salę czy cały ciąg technologiczny zmapować jako chmurę punktów i stworzyć wirtualny obiekt bez wielogodzinnych prac inżynieryjnych nad tym, żeby zdefiniować każdy pojedynczy element takiej układanki – tłumaczy Krzysztof Lalik. Według Allied Market Research rynek wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w segmencie automotive ma rosnąć w najbliższych latach w tempie prawie 176 proc. średniorocznie.
Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/wirtualna-i-rozszerzona,p1183620399

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje obrazowanie medyczne. Dzięki polskim naukowcom ocena urazu ścięgna Achillesa będzie bardzo dokładna i szybko dostępna

0

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować przemysł obrazowania medycznego. Zdiagnozuje choroby oczu z niemal 100 proc. dokładnością, rozpozna raka w początkowym stadium, poprawi diagnostykę serca. Zaawansowana technika obliczeniowa przyspiesza i poprawia jakość obrazowania biomedycznego. Polscy naukowcy opracowali zaś metodę oceny badań obrazowych rezonansu magnetycznego w oparciu o głębokie sieci neuronowe. Umożliwia w pełni automatyczną ocenę obrazów, a dokładność oceny stopnia uszkodzenia lub wygojenia ścięgna Achillesa jest porównywalna z ekspertami radiologii ortopedycznej.

– Nasz projekt polega na tym, żeby zautomatyzować pracę radiologa, a przynajmniej bardzo ją usprawnić i przyśpieszyć. Chodzi o diagnostykę uszkodzeń ścięgna Achillesa, które są jednymi z najczęstszych urazów ortopedycznych, szczególnie w sporcie i medycynie sportowej. Polega na stworzeniu rozwiązania opartego na sztucznej inteligencji, na sieciach neuronowych, które pozwala na podstawie obrazów rezonansu magnetycznego w sposób automatyczny postawić diagnozę odnośnie stopnia uszkodzenia lub też stopnia wygojenia ścięgna Achillesa – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Borucki, kierownik Zespołu Sztucznej Inteligencji i Analizy Obrazowej w Diagnostyce Medycznej na UW.

Urazy ścięgna Achillesa należą do najczęstszych urazów ortopedycznych. Ocena schorzeń, zwłaszcza w medycynie sportowej, jest niezwykle istotna. Dzięki start-upowi Smarter Diagnostics, założonemu przez naukowców Uniwersytetu Warszawskiego, ocena badań obrazowych rezonansu magnetycznego w oparciu o głębokie sieci neuronowe pozwala dokładnie ocenić obraz i ustalić stan ścięgna Achillesa. Metoda automatycznej oceny ścięgna Achillesa to jeden z efektów projektu „START: Nowatorskie metody inżynierii tkankowej wspomagające gojenie i regenerację ścięgien i więzadeł”. Algorytm otrzymuje obrazy z MRI i generuje raport z ocenianymi parametrami.

– Na tym rozwiązaniu najbardziej mogą skorzystać pacjenci. Dostaną lepszą diagnostykę, lepsze możliwości wczesnego wykrycia problemów, ale też później monitorowania procesu leczenia, co pozwoli na sprawniejszą rehabilitację, dostosowanie procesu leczenia do konkretnego pacjenta. A dzięki temu, szczególnie w medycynie sportowej, umożliwi to szybszy powrót do zdrowia. Skorzystają też na tym sami radiolodzy – ocenia Bartosz Borucki.

Ocena bazująca na obrazowaniu medycznym zajmuje dużo czasu, jest kosztowna, a przy tym w dużej mierze zależy od lekarza i jego doświadczenia. Dodatkowo sprawia, że radiolodzy są obciążeni pracą. Ocena w oparciu o sztuczną inteligencję pozwala oszczędzić czas lekarzy, a przy tym zwiększa skuteczność oceny.

– Wyniki rezonansu już dzisiaj można oceniać automatycznie, w przyszłości na pewno będzie tego jeszcze więcej. Szczególnie sztuczna inteligencja i konwolucyjne sieci neuronowe powodują tę rewolucję. Wszystko zależy od danych, ich dostępności, od tego, jak szybko jesteśmy w stanie dojść od rozwiązania, które powstaje w środowisku naukowym, do rozwiązania, które jest już certyfikowanym produktem – tłumaczy ekspert.

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje przemysł obrazowania medycznego, udostępnia informacje o chorobach i urazach, które mogą być trudne do wykrycia bez dodatkowej technologii. Przykładem może być technologia SI od DeepMind należącego do Google, która odczytuje skany optycznej koherentnej tomografii (OCT) siatkówki w 3D i diagnozuje 50 różnych stanów okulistycznych z niemal 100 proc. skutecznością.

iCAD opracował z kolei oparte na sztucznej inteligencji rozwiązanie do cyfrowej tomosyntezy piersi, które ogląda każdą warstwę tkanki, a tym samym pozwala wykryć raka w bardzo wczesnym stadium. Z kolei technologia natychmiastowej segmentacji Siemensa i Intela umożliwia specjalistom bezpieczne oglądanie większej liczby wyników rezonansu magnetycznego serca.

– Rozwiązania automatyzujące, szczególnie takie, które bardzo przyśpieszają procesy, są dużo tańsze. Pozwalają zmniejszyć czas wykorzystania urządzeń obrazujących, w naszym przypadku rezonansu magnetycznego, pozwalają zmniejszyć wymogi co do czasu zaangażowania, którego radiolog ma bardzo mało – mówi ekspert. – Już dzisiaj wiemy, że wiele z tych rozwiązań ma lepszą skuteczność niż lekarz, a tak naprawdę najwyższą skuteczność ma tandem lekarz plus sztuczna inteligencja – przekonuje Bartosz Borucki.

Według analityków Research and Markets rynek sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej osiągnie do 2025 r. wartość 27,6 mld dol. W najbliższych latach będzie się rozwijać w tempie 43,5 proc. średniorocznie.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja,p108092546

Coraz więcej robotów w fabrykach samochodów. Przyszłością są inteligentne maszyny współpracujące i dostosowujące się do otoczenia

0

Rynek robotów współpracujących z człowiekiem dynamicznie rośnie. Jedną z głównych branż, w których są one wykorzystywane, jest przemysł motoryzacyjny. W fabrykach samochodów funkcjonują m.in. roboty dźwigające ciężkie elementy czy transportujące gotowe samochody. Przyszłością branży są podłączone do chmury roboty inteligentne, które będą się uczyć wykonywanych prac, co pozwoli optymalizować procesy produkcyjne.

– Najciekawsze wdrożenia w przemyśle motoryzacyjnym dotyczą zastosowania nowych technologii, takich jak roboty kooperujące czy roboty mobilne, które coraz bardziej wpisują się w przestrzenie produkcyjne. Mamy też do czynienia z trendem upraszczania programowania i obsługi robotów. Coraz częściej są to tzw. roboty easy-to-use, łatwe w obsłudze, łatwe w programowaniu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Nowak, dyrektor polskiego oddziału firmy KUKA.

Roboty kooperujące pracują na liniach montażowych razem z pracownikami fizycznymi. Wykorzystywane są m.in. przez Audi w fabryce w Ingolstadt. Mają za zadanie dostarczać człowiekowi ciężkie elementy do zamontowania. Władze niemieckiej fabryki chcą także wykorzystać robota Ray, by transportował zjeżdżające z taśmy produkcyjnej auta do miejsca magazynowania. Roboty lepiej niż ludzie radzą sobie z parkowaniem, co wpływa na optymalizację wykorzystania miejsc parkingowych.

Robot LBR iiwa opracowany przez KUKA jest natomiast pierwszym seryjnym robotem cechującym się wysokim stopniem czułości, dzięki czemu możliwa jest jego ścisła współpraca z człowiekiem i wykonywanie prac wymagających bardzo dużej precyzji.

– Najnowszy trend to podłączenie robotów do chmury, połączenie ich z internetem rzeczy, wymiana informacji zebranych z takich robotów. Następstwem tego będzie popularyzacja tzw. robotów inteligentnych. Na podstawie zebranych informacji roboty będą potrafiły za pomocą algorytmów uczyć się, adoptować, zmieniać może swoją trajektorię, ścieżkę czy sposób działania w zależności od otoczenia – przewiduje ekspert.

Choć roboty przyszłości będą potrafiły wykonywać bardzo zaawansowane prace, a ich proces uczenia się będzie jeszcze bardziej doprecyzowany, maszyny najprawdopodobniej nieprędko zastąpią ludzi. Dowodem na to może być fabryka Tesli. Zakłady montażowe we Freemont są w znacznym stopniu zautonomizowane, ale pracują tam również ludzie. Elon Musk musiał się bowiem zmierzyć z problemem spowolnienia produkcji właśnie przez źle zaprojektowane zautomatyzowane przenośniki taśmowe. Wpłynęło to na opóźnienia w wytwarzaniu Modelu 3. Tygodniowa produkcja sięgnęła wówczas zaledwie 40 proc. zakładanej wielkości.

Mimo to robotów w fabrykach samochodów będzie coraz więcej.

– Rynek pracy też w jakiś sposób wymusił te trendy. Wszyscy znamy aktualne uwarunkowania. Mała liczba pracowników na rynku i zwiększające się koszty pracownicze pomagają nam zwiększać udział robotyzacji, również w branży automotive – mówi Tomasz Nowak.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek robotów kooperujących zostanie w 2025 roku wyceniony na 12,3 mld dol. Dla porównania w 2018 roku był on wyceniany na 710 mln dol. Oznacza to, że w badanym okresie rynek wzrośnie aż osiemnastokrotnie. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie powyżej 50 proc.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/coraz-wiecej-robotow-w,p1812800024

Po smartfon sięgamy coraz częściej, nawet w intymnych sytuacjach. Na silny lęk przed odstawieniem cyfrowych urządzeń cierpi 14 proc. Polaków

0

Przeciętny internauta korzysta w ciągu dnia z social mediów  średnio 2 godziny i 16 minut, a na jednego użytkownika internetu przypada 8,9 kont w mediach społecznościowych. Z internetu korzystamy coraz częściej, w każdym miejscu, niemal w każdej, nawet intymnej sytuacji. W efekcie już 14 proc. Polaków cierpi na najwyższe FOMO, czyli strach przed odłączeniem. Uzależnienie od smartfonów może negatywnie wpływać na relacje międzyludzkie, a nawet prowadzić do depresji. Z FOMO nie tylko można, ale i trzeba walczyć. Pomocny może okazać się cyfrowy detoks.

– FOMO to akronim od wyrażenia fear of missing out, który rozumiemy jako strach przed odłączeniem od informacji, mediów społecznościowych, technologii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Anna Jupowicz-Ginalska z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii, Uniwersytetu Warszawskiego.

Z raportu „FOMO 2019 – Polacy, a lęk przed odłączeniem” wynika, że 14 proc. internautów w Polsce cierpi na najwyższy stopień FOMO. To nieco mniej, niż rok wcześniej (16 proc.), ale w najmłodszej grupie (15-19 lat) najwyższy wskaźnik FOMO dotyczy niemal co czwartego internauty. Osoby cierpiące na FOMO to nie tylko aktywni użytkownicy social mediów, ale też i ich bierni obserwatorzy, którzy podpatrują to, co robią inni.

– Objawy FOMO to np. nieustanne sprawdzanie mediów społecznościowych, włączanie telefonu w momentach, kiedy tego nie powinniśmy robić. To budzenie się i zasypianie ze smartfonem w ręku, sięganie po smartfon w sytuacjach niesłychanie intymnych albo bardzo prywatnych. W naszych badaniach pojawiły się pytania nawet o  sytuacje intymne z partnerem. Jedno z nich brzmiało: „Jak często wybierasz ekscytowanie się Internetem zamiast bliskości ze swoim partnerem/swoją partnerką?”. Często, bardzo często i zawsze robi tak łącznie niemal 57 proc. fomersów, w porównaniu do 20 proc. respondentów z grupy ogólnej – mówi Anna Jupowicz-Ginalska.

Odcięcie od telefonu większości internautów utrudniłoby kontakt z bliskimi, a takie utrudnienie w utrzymywaniu stałych relacji z najbliższymi wzbudziłoby niepokój respondentów, podobnie jak przeświadczenie, że brak smartfona wpłynąłby na zerwanie kontaktów z otoczeniem. Niemożność odbierania telefonów, sprawdzania maili, mediów społecznościowych sprawia, że sama myśl o odłączeniu od urządzenia denerwuje.

– To sytuacje, kiedy odczuwamy halucynacje dźwiękowe, gdy np. nie mamy ze sobą smartfona, ale czujemy, że dzwoni nam kieszeń. Kiedy brak telefonu powoduje w nas strach, obawę przed tym, że nie będę wiedział, kto do mnie dzwoni, nie będę wiedział, co się teraz dzieje na świecie czy u moich bliskich, nie będę wiedział, co ze sobą zrobić – mówi ekspertka.

Z mediów społecznościowych korzystamy nie tylko podczas jazdy komunikacją miejską (27 proc.z grupy ogólnej, a z wysokiego FOMO na poziomie 67 proc.), ale także w teatrze (7 proc. z grupy ogólnej, a wśród fomersów – 36 proc.), podczas spotkań z bliskimi (10 proc. z grupy wszystkich badanych, 44 proc. w grupie wysokiego FOMO), w trakcie mszy świętej (6 proc. grupy ogólnej i 30 proc. fomersów), a także przechodząc przez ulicę (8 proc. vs 37 proc.) czy podczas prowadzenia samochodu (po 8 proc. z grupy ogólnej i 38 proc. z grupy wysokiego FOMO).

– Wszystko to, o co kiedyś oskarżało się media tradycyjne, ale również i internet, czyli atomizacja społeczeństwa, rozbicie go na mniejsze komórki, w przypadku fear of missing out faktycznie może nabierać realnych kształtów. Przenosimy nasze życie, relacje międzyludzkie, potrzebę komunikacji do sieci, zapominając o tym, co dzieje się dookoła – wskazuje współautorka raportu „FOMO 2019. Polacy a lęk przed odłączeniem”.

Walka z FOMO jest możliwa, np. poprzez cyfrowy detoks. To istotne, bo jak pokazuje badanie „Digital 2019”, z serwisów social media na świecie korzysta 3,48 mld użytkowników, w Europie jest to 462,5 mln osób. Na korzystaniu  z mediów społecznościowych w ciągu dnia spędzamy 2 godziny i 16 minut. Jak ocenia ekspertka, jeśli decydujemy się na detoks, należy stawiać przed sobą realne cele.

– Sukcesy nas motywują. Możemy faktycznie dążyć do tego, żeby zachować równowagę między byciem offline, a między byciem online, czyli byciem inline. Bycie inline to znaczy, że cały czas jesteśmy podpięci do mediów społecznościowych, świata cyfrowego i niejako z nimi na stałe zrośnięci. Od tego nie da się uciec, chodzi tylko o to, żeby znaleźć złoty środek i równowagę, aby przebywanie w świecie cyfrowym nie wyrządzało krzywdy zarówno nam, naszym najbliższym, jak i otoczeniu – podkreśla dr hab. Anna Jupowicz-Ginalska.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/po-smartfon-siegamy-coraz,p1275501454

Nowa, polska platforma ze sztuczną inteligencją może wykrywać nowotwory już na wczesnym etapie. W przyszłości może znacznie skrócić kolejki do lekarzy specjalistów

0

Diagnozowanie na bardzo wczesnym etapie nowotworów kości czy choroby Gauchera stanie się łatwiejsze dzięki platformie wykorzystującej pracę algorytmów sztucznej inteligencji do przetwarzania danych bioinformatycznych. Sztuczna inteligencja już dziś ułatwia pracę lekarzy dzięki rozwiązaniom analizującym również zdigitalizowane wyniki badań obrazowych. Dzięki temu zwiększają się szanse pacjentów na całkowite wyleczenie, a systemy opieki zdrowotnej mogą skutecznie walczyć z problemem kolejek do specjalistów.

– Skupiamy się na rozwiązaniach bioinformatycznych z zakresu nowych technologii wspomagania decyzji lekarskich w oparciu o dane, które są wprowadzane do systemów informatycznych szpitali. Chodzi o to, by automatycznie wysyłać powiadomienia, przypomnienia, sugestie prowadzącemu lekarzowi, tak żeby umożliwić jak największą czułość wychwytywania określonych przypadków, w tym wczesnego wykrywania nowotworów i przez to poprawę jakości leczenia chorych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. n. med. Grzegorz Basak ze startupu Saventic Health.

Sztuczna inteligencja może być, zdaniem onkologów, szansą na ogromną poprawę procesu diagnozowania chorób nowotworowych. Amerykańska firma Proscia opracowała oprogramowanie Concentriq, wykorzystujące głębokie uczenie oparte na pracy sieci splotów neuronowych do analizowania zdigitalizowanych wyników badań, również obrazowych. Moduł DermAI sprawdza i klasyfikuje biopsje raka skóry przed lub po przeglądzie patologa w oparciu o 300 modeli diagnozowania. Pozwala to znacznie zmniejszyć ryzyko postawienia błędnej diagnozy.

– Nowotwór rozwija się często wiele lat, czasami krócej. Natomiast bardzo często ludzie są chorzy i chodzą po lekarzach, od specjalisty do specjalisty, zanim nowotwór zostanie ostatecznie odkryty. Systemy oparte na sztucznej inteligencji będą w stanie wychwycić ten nowotwór na wczesnych stadiach, wtedy, kiedy widoczne są tylko niewielkie odchylenia w morfologii krwi, wychwytywalne właśnie przez sztuczną inteligencję, niekoniecznie oczami lekarza, często będącymi jeszcze oficjalnie w granicach normy, ale już ulegające zmianie w czasie – tłumaczy prof. Grzegorz Basak.

Stworzona przez Saventic Health platforma SARAH jest rozwiązaniem, które bazuje na ogromnym zasobie danych historycznych, które gromadziły polskie szpitale. Po opracowaniu ich przez sztuczną inteligencję udało się stworzyć algorytmy zdolne do wykrywania już na wczesnym etapie nowotworów i chorób, które są bardzo trudne do zdiagnozowania, takie jak choroba Gauchera czy rak kości. Taki postęp w automatyzacji procesu diagnozowania nowotworów nie oznacza jednak ograniczenia kompetencji lekarzy.

– Sztuczna inteligencja będzie systemem tylko wspierającym pracę lekarza, ale nie zastępującym lekarza. To lekarz podejmuje decyzję w oparciu o swoją wiedzę i doświadczenie. Może uzyskiwać jedynie sugestie, podpowiedzi, które pozwolą mu zwiększyć swoją skuteczność. Lekarz ma prawo być zmęczony, może mieć za dużo pacjentów, zbyt mało czasu na pacjenta, a jeżeli system podpowie mu pewne rozwiązania w danej sytuacji, może zwiększyć swoją skuteczność i bezpieczeństwo swojego działania – wskazuje ekspert.

Wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji w diagnostyce medycznej może być też szansą na uzdrowienie służby zdrowia. Dzięki platformom wspieranym przez sztuczną inteligencję pacjenci nie będą zmuszeni do odbywania wizyt u wielu różnych specjalistów, tylko zostaną skierowani do tego, który potwierdzi lub wykluczy wstępną diagnozę. To może wpłynąć na znaczną redukcję liczby wizyt odbywanych przez jednego pacjenta, a w rezultacie – skrócić kolejki do specjalistów. To również szansa na szybsze wdrożenie odpowiedniego modelu leczenia.

– Nasze rozwiązania mogą także dostarczyć możliwości celowanej terapii, szytej niejako na miarę pacjenta na podstawie indywidualnych cech chorego, jego choroby i proponowanego leczenia – dodaje prof. Grzegorz Basak.

Obecnie rozwiązanie proponowane przez polski spin off Uniwersytetu Warszawskiego jest testowane w sieci prywatnych przychodni podstawowej opieki zdrowotnej. Celem firmy jest wdrożenie go do szpitalnych systemów informatycznych, by mogły one dostarczać dane niezbędne do udoskonalenia systemu.

Według analityków z MarketsandMarkets rynek rozwiązań bioinformatycznych będzie w 2023 roku wyceniany na 13,5 mld dol. Dla porównania, w 2018 roku wycena opiewała na kwotę około 7 mld dol.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/nowa-polska-platforma-ze,p1935149784

Internet rzeczy i cyfryzacja obniżą koszty życia. Najnowsze technologie wciąż jednak są droższe niż analogowe odpowiedniki

0

W przyszłości lodówki same będą zamawiać jedzenie, a żelazka automatycznie dostosują temperaturę do rodzaju prasowanej tkaniny. To będzie możliwe dzięki rozwojowi internetu rzeczy, czyli podłączeniu urządzeń codziennego użytku do sieci. Cyfryzacja przyspieszy w Polsce dzięki wprowadzeniu chmury krajowej oraz budowie infrastruktury sieci 5G. – To może obniżyć koszty życia – uważa Józef Orzeł, przewodniczący Rady Cyfryzacji przy ministrze cyfryzacji. Jednocześnie najnowsze rozwiązania technologiczne wciąż są droższe od ich analogowych odpowiedników. 

Internet rzeczy pozwoli podłączyć do sieci wszelkiego rodzaju urządzenia. Według analityków z firmy MarketsandMarkets globalny rynek IoT będzie się rozwijał w najbliższych latach w tempie na poziomie 26 proc. średniorocznie.

– Przyszłością jest internet rzeczy, do którego podłączone są nie tylko komputery, lecz także wszystkie rzeczy codziennego użytku. Od dużych maszyn, samolotów, pociągów, samochodów po lodówkę czy żelazko. Sens tego połączenia polega na tym, że te przedmioty wysyłają sygnały cyfrowe, które są gdzieś odbierane i przetwarzane. Chodzi o to, żeby żelazko dostosowało temperaturę do konkretnego materiału, żeby lodówka informowała, że mleko się kończy i dobrze byłoby je kupić, a jak już będzie lodówką następnej generacji, to sama je zamówi – mówi agencji Newseria Innowacje Józef Orzeł, przewodniczący Rady Cyfryzacji przy ministrze cyfryzacji.

Dynamiczny rozwój wymusza na władzach podjęcie stosownych kroków, dlatego Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy. Jej pierwszym zadaniem było ustalenie kluczowych inwestycji, jakie należy poczynić, aby wspomóc rozwój tej innowacyjnej branży w Polsce. Z ustaleń ekspertów wynika, że do przeprowadzenia skutecznego procesu cyfryzacji społeczeństwa potrzeba szeregu zmian. W pierwszej kolejności należy znieść bariery edukacyjne, infrastrukturalne oraz prawne, które hamują wdrażanie inwestycji z tego sektora gospodarki.

Podczas konferencji „Perspektywy dla rozwoju Internetu Rzeczy w Polsce” Ministerstwo Cyfryzacji zarysowało także ramowy plan inwestycji w branżę IoT. Aby wesprzeć ten sektor gospodarki od strony inwestycyjnej, Ministerstwo planuje stworzyć platformę ułatwiającą wyszukiwanie źródeł finansowania dla projektów wykorzystujących zagadnienia związane z internetem rzeczy. Prowadzone są także prace nad interaktywną mapą innowacji, która skataloguje rozwiązania z branży IoT i sztucznej inteligencji. Docelowo mapa ma ułatwić samorządom nawiązywanie współpracy ze start-upami wyspecjalizowanymi w tworzeniu sieci urządzeń połączonych funkcjonujących w sektorze publicznym.

– Cyfryzacja powoduje, że po pierwsze koszty życia będą trochę niższe, ale wchodzenie na ten wyższy poziom technologiczny kosztuje więcej. Cyfrowa lodówka zamawiająca jedzenie jest droższa niż lodówka analogowa, choć są dziedziny, w których pewne produkty stają się dzięki cyfryzacji dużo, dużo tańsze. Są też dziedziny, w których ludzie nie są zadowoleni z tej cyfryzacji, np. windy europejskie jeżdżą wolniej niż windy mechaniczne. Z drugiej strony są dużo bardziej bezpieczne i niezawodne – wskazuje Józef Orzeł.

Polski Fundusz Rozwoju uruchomił w tym roku Operatora Chmury Krajowej. Firma ma zapewnić polskim przedsiębiorcom oraz administracji publicznej wsparcie związane ze świadczeniem usług chmurowych. W celu zapewnienia wysokiego potencjału obliczeniowego oraz właściwego zabezpieczenia danych przedstawiciele OChK podpisali porozumienie z Google, na mocy którego amerykańska korporacja otworzy w naszym kraju centrum technologiczne Google Cloud wyspecjalizowane we wdrażaniu bezpiecznych, wysoce zaawansowanych centrów przetwarzana big data. To stworzy pole do rozwoju internetu rzeczy.

– Cyfryzacja jest nieodwołalna i jednokierunkowa, nie da się z tej drogi zawrócić. Tymczasem kłopoty już się zaczynają pojawiać, ponieważ gdzieś te ogromne liczby danych, tzw. big data, muszą być przetwarzane. Nie zawsze wiemy, gdzie i kto ma nad tym kontrolę, i nie wiemy, komu to służy – przestrzega Józef Orzeł.

Kluczowym krokiem na drodze do upowszechnienia technologii IoT ma być również wdrożenie infrastruktury 5G, niezbędnej zarówno do zwiększenia przepustowości sieci telekomunikacyjnych, jak i umożliwienia błyskawicznego przesyłania informacji w ramach sieci urządzeń połączonych. Na jej wdrożenie naciska także Komisja Europejska, która zobligowała każdy kraj członkowski do uruchomienia przynajmniej jednym mieście komercyjnej sieci 5G do końca 2020 roku.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy wzrośnie z 170 mld dol. w 2017 roku do 561 mld dol. w 2022 roku.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/internet-rzeczy-i,p1553820596

Biodrukowanie 3D ludzkich tkanek i narządów. W ciągu najbliższych lat w szpitalach mogą się pojawić drukarki pozwalające tworzyć funkcjonalne organy

0

Z druku 3D coraz częściej korzysta medycyna. Naukowcy testują obecnie biotusz jako materiał umożliwiający drukowanie narządów, kości czy tkanek. Prowadzone są próby na rzecz uzyskania rogówki, skóry, zastawek serca, a nawet samego serca. Obecnie funkcjonujące urządzenia do druku przyrostowego pozwalają tworzyć przymiary medyczne, elementy do zastosowania w stomatologii, jak również biokompatybilne rusztowania do uzupełniania ubytków kostnych lub chrzęstnych. Biodruk 3D może być przyszłością transplantologii i w najbliższych latach nieść ze sobą możliwość tworzenia funkcjonalnych narządów o budowie, kształcie i składzie tworzonym indywidualnie dla danego pacjenta.

– Biodruk to jednoczesne umieszczenie biomateriału oraz komórek warstwa po warstwie po to, aby uzyskać trójwymiarową strukturę, którą następnie będziemy mogli rozwijać w kierunku funkcjonalnych organów. Obecnie nie jest to jeszcze możliwe, ale badania, które są prowadzone w tym zakresie, zmierzają właśnie w tym kierunku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dorota Bociąga, adiunkt w Zakładzie Inżynierii Biomedycznej i Materiałów Funkcjonalnych Instytutu Inżynierii Materiałowej Politechniki Łódzkiej.

Drukowanie trójwymiarowych konstrukcji tkanek z różnych typów komórek i próby ich unaczynienia (waskularyzacji) są coraz częstsze. Naukowcy testują obecnie różnorodne biotusze jako materiał bazowy pozwalający na drukowanie różnych struktur, o różnym kształcie, odpowiedniej wytrzymałości, przepuszczalności i potwierdzonej biozgodności. Biodrukarki 3D osadzają warstwy materiału, aby budować złożone kształty odzwierciedlające części ciała takie jak skóra, kości, zastawki serca czy rogówki. Komórki stosowane do biodruku bezpośredniego, w tym również komórki macierzyste, mogą pochodzić z banków komórek. Mogą być również pobierane od pacjenta i wyhodowywane, aby następnie umieszczone w biotuszu i wydrukowane na organicznym obiekcie.

– W biodruku bezpośrednim od razu drukujemy z materiału, który zawiera komórki. Musimy więc zadbać, aby był on biokompatybilny nie tylko powierzchniowo, lecz także w całej swej objętości. To warunkuje dobrą przeżywalność komórek i ich zdolność do późniejszego namnażania. Materiał musi zarówno odżywiać komórki, jak i pozwalać na odprowadzanie ich produktów przemiany materii. Istotną rolę w tym odgrywa również kształt wydrukowanego elementu – tłumaczy dr Bociąga.

Możliwość wydruku części ciała techniką biodruku 3D może być ważnym krokiem w transplantologii. Pobranie komórek od biorcy przeszczepu i wykorzystanie ich w biotuszu do wydrukowania organu zastępczego, może pomóc ominąć komplikacje związane z przeszczepem, czyli np. długie oczekiwanie na odpowiedniego dawcę lub odrzucenie immunologiczne nowego narządu.

Grupa naukowców z American Friends of Tel Aviv University wydrukowała w 3D w pełni unaczynione serce przy użyciu komórek tkanki tłuszczowej. Druk 3D pomoże też osobom, które wymagają przeszczepów skóry. Profesor Tal Dvir z Uniwersytetu w Tel Awiwie ocenia, że już nawet w ciągu dekady w najlepszych szpitalach na świecie pojawią się drukarki narządów, a sam druk 3D stanie się rutynową czynnością.

– Badania prowadzone są w kierunku różnych działów medycyny. Na rzecz kardiochirurgii są już próby wydruku sztucznych zastawek serca czy samego sztucznego serca. Również w zakresie ortopedii biodruk będzie wykorzystywany do tworzenia różnego rodzaju struktur pozwalających na odbudowywanie ubytków kostnych czy chrzęstnych. Ale nie zapominajmy również o próbach ze sztuczną skórą czy druku soczewek – wymienia Dorota Bociąga.

W farmacji i medycynie nie brakuje już innowacyjnych rozwiązań biodruku. Zespół z Uniwersytetu Swansea w Wielkiej Brytanii opracował np. proces drukowania biologicznego, dzięki któremu przy użyciu regeneracyjnego biomateriału można stworzyć sztuczną matrycę kostną. Naukowcy z australijskiego centrum biofabrykacji BioFAB3D zbudowali z kolei ręczne urządzenie do drukowania chrząstek. BioPen jest wypełniony komórkami macierzystymi, które mogą tworzyć i wszczepiać rusztowania z żywego materiału w uszkodzone stawy.

Naukowcy z Korei Południowej opracowali wydrukowane w 3D sztuczne rogówki, które naśladują wzór sieci włókien kolagenowych w naturalnych rogówkach. Trwają także prace nad drukowaną w 3D tabletką, która zastąpi kilka innych, a każdy lek będzie miał inny czas uwalniania.

Źródło: https://innowacje.newseria.pl/news/biodrukowanie-3d-ludzkich,p1792920626